18 lipca 2019 By GÓRY & ULTRA, Slider With 1238 Views

A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady? Bojko Trail 2019 w relacji Tadeusza Podrazy.

Nie trzeba było długo czekać, aby niedosyt towarzyszący po powrocie z Portugalii zaczął mnie gnębić. Te brakujące 40 km, których nie udało się zrobić na OMD Viriatus musiało zostać gdzieś wybiegane. Zerkając w kalendarz szybko się okazało, że lipiec o dziwo jest puściutki. W ruch poszła więc maszyna wyszukiwania, ale jak na złość nic nie mogłem namierzyć. Coś, co byłoby stosunkowo blisko, byłoby fajne i z otwartymi zapisami. Tonący brzytwy się chwyta, więc już nawet zacząłem patrzeć na biegi 10 km (ot desperacja :-(). Pomocna dłoń przyszła od portalu runandtravel.pl, który na FB wrzucił informację o poszukiwaniach wysłannika na Bojko Trail. Impreza miała być za tydzień w ukraińskich Bieszczadach. Dwie szybkie wiadomości z pytaniami, jedna do runandtravel.pl, druga do naczelnego Zbója – Sławka. Odpowiedzi przychodzą szybko, obie pozytywne.

Kochanie, jedziemy na Ukrainę!!!

Preludium

Wciąż w wirze pourlopowej pracy, przygotowania do wyjazdu zostały zredukowane do minimum. Jako że Ukraina jest poza Unią Europejską i wjazd do tego kraju jest bardziej skomplikowaną sprawą, na początek szybka checklista najważniejszych pozycji:

  • paszporty – mamy
  • zielona karta na auto – trzeba pojechać do salonu
  • zgoda od właściciela auta – potrzebna wizyta u notariusza
  • waluta – kupimy na granicy
  • ubezpieczenie – mamy wykupione roczne (Bezpieczny Powrót)
  • nocleg – trochę za późno na szukanie, bierzemy namiot
  • sprzęt i jedzonko – z tym nie ma problemu

Sprzęt pakujemy w czwartek późnym wieczorem i ustawiając budzik na wczesne godziny poranne próbujemy choć trochę wypocząć. Trasę dojazdu wybrałem nietypowo – przez Słowację i przejście graniczne Vysne Nemeckie / Użhorod. Dystans i czas zbliżony do tras przez polskie przejścia, ale w tym wypadku po ukraińskiej stronie do przejechania tylko 110 km. Wydaje się, że może być szybciej. Pokonanie samego przejście zabiera 2h. Drogi po stronie ukraińskiej dużo lepsze niż oczekiwałem, no może za wyjątkiem ostatnich 10 km samego dojazdu do Żdeniewa. Atmosfera na bazie sielankowa, temperatura 26 stopni, nic tylko wyłożyć się na leżaczku (których nie brakowało) w słoneczku popijając chłodne złociste. Odbieramy pakiety, krótka dyskusja z Anią odnośnie miejsc rozbicia namiotu. Ostatecznie stawiam na swoim wybierając płaskie miejsce. Jeszcze szybkie jedzonko i pora szykować się do trasy.

Trasa

Na Bojko Trail do wyboru mamy pięć tras:

  • 10 km / +1000 m przewyższenia
  • 20+km / +/-1000 m przewyższania
  • 40+ km / +/- 2397 m przewyższania
  • 80+ km / +/- 3824 m przewyższania
  • 150+ km / +/- 8500 m przewyższania

Oczywistym jest, że jedyną sensowną dla mnie trasą jest 150 km (jak nie ma dłuższej ;-)) . Start z Wołowca na Połoninę Borżawę, którą trzeba zdobyć dwa razy, kolejno przechodząc przez Boziowo dociera się do Żdeniewa. Wejście na Pikuj i przejście grzbietem przez całe pasmo na północny zachód. Powrót przez Roztoki i wejście na Ostrą. Na deser pozostaje jeszcze pętla przez połoninę Równą, aby zakończyć bieg w Żdeniewie. Limit czasu na pokonanie całości 40 h. Ania wybiera trasę 20+ km z Roztoki poprzez Ostrą do Żdeniewa.

Połonina Borżawa

Po dotarciu do Wołowca i po wyjściu z autobusów czeka na nas kontrola sprzętu obowiązkowego. Potem wspólne zdjęcie i równo o godzinie 18:00 ruszamy. Z przyjemnie ciepłego dnia zrobiło się bardzo parno. Już na pierwszych kilometrach w tle słychać pierwsze odgłosy burzy, a wystarczy spojrzeć za plecy, aby ujrzeć jej oblicze. Jak zawsze zaczynam spokojnie, przed nami mozolna wspinaczka – w końcu na 9 km trzeba pokonać 1000 m podejścia.
Pokonawszy odcinek leśny ścieżka wbija się na grań zbocza połoniny, której nie opuści już bardzo długo. Tutaj nic nie chroni przed coraz mocniejszymi porywami. Gdy wiatr, z początku orzeźwiający, zaczyna przynosić pierwsze krople deszczu nie czekam i szybko zakładam kurtkę. To była dobra decyzja.

Na listach sprzętu obowiązkowego praktycznie każdego biegu górskiego jest coś takiego jak KURTKA. Ktoś powie ja nie potrzebuję, jestem twardzielem. Na Bojko też byli tacy, co jej nie wzięli (mimo że była sprzętem obowiązkowym), dostali 30 minut kary, ale myślę, że to, co ich spotkało na Borżawie było dużo większą karą. Pogoda w górach może zmieniać się błyskawicznie, a nie zawsze jest się gdzie schować. Gdy wiatr nie tylko próbuje zerwać z ciebie całe ubranie, ale też zdmuchnąć Cię z grani, gdy deszcz nie pada, ale zacina w poprzek, gdy całe ciało jest atakowane igiełkami gradu, a temperatura drastycznie spada, te 150-200 g w plecaku może nie tylko uratować dupę, ale nawet zapewnić jako taki „komfort”. Jeżeli chcecie biegać po górach, jeżeli chcecie brać udział w ultramaratonach (zwłaszcza na długich dystansach) i cieszyć się medalem na mecie – ludzie nie żałujcie na dobrą kurtkę, taką z kapturem i podklejanymi szwami. WARTO ją mieć w plecaku !!! Naprawdę warto !!!

Przez blisko 15 km mieliśmy okazję podziwiać piękno tej połoniny. Pomimo, że widoczność była mocno ograniczona po prostu nie mogłem się powstrzymać, aby się nie zatrzymać i nie robić zdjęć. Tuż przed zmrokiem ponownie schodzę w las rozpoczynając zbieg do głębokiej doliny, tylko po to, aby ponownie wbić się na Borżawę od strony wierzchołka Stij.


Pomału zaczynam łapać swój rytm. Jak to zwykle bywa tuż po starcie większość zawodników mnie wyprzedziła, teraz zaczynam ich doganiać. Przed północą doganiam zawodniczkę, która w mojej ocenia ma poważne problemy. Jej latarka padła, a zapasowy akumulator czeka dopiero na przepaku 🙁 Już samo poruszanie się po ciemku na trasie jest bardzo trudne, nie wspominając o szukaniu oznaczeń. No niestety koleżanka nie ma wyjścia, do najbliższego punktu będzie skazana na moje towarzystwo. 😉 Na jej szczęście ciągle wieje wiatr, który mocno ograniczając komunikację nie dał mi szans na zanudzenie jej tematyką biegów ultra :-). Zanim dotrzemy do punktu na Płaju ponownie mija nas wielu zawodników, znowu będę miał kogo ścigać. Koleżanka pozostaje na punkcie czekając na świt, ciągle ma szanse na dotarcie na przepak w limicie czasu, ale będzie to już bardzo trudne. Niestety za błędy się płaci – światełko to obok kurtki również bardzo ważny przedmiot, a zapasowy akumulator pomimo że waży dobrze mieć w plecaku. Długim zbiegiem opuszczam Borżawę.

Boziowo

O poranku zaczynam 800-metrowe podejście na Boziowo. Górka o tyle fajna, że z jej szczytowych polan roztacza się widok zarówno na połoninę Borżawę, gdzie byłem nie tak dawno, jak i na trzy kolejne atrakcje Pikuj, Ostrą i Połoninę Równą widniejące daleko przed nami.

Widok przepiękny, choć góry te wydają się być strasznie daleko i dla niektórych doganianych przeze mnie zawodników widok ten nie był motywujący. Nasza trasa będzie przebiegać niebezpiecznie blisko mety, łatwo wtedy zrezygnować. Lecz zanim dotrę na kolejny punkt czeka jeszcze jedna atrakcja – przejście przez rzekę.

Pikuj

Przed podejściem na Pikuj czeka na nas punkt z przepakiem w Żdeniewie. Mimo że staram się to zrobić szybko, blisko 30 minut poświęcam na odpoczynek, przebranie się, uzupełnienie wody, zapasów i jedzonko. Tuż przed wyruszeniem w dalszą drogę przebiegają przed nami zawodnicy trasy 40 km. Pikuj udaje się zdobyć całkiem sprawnie i pozostaje blisko 18 km grzbietem, zaliczając kolejne mniejsze lub większe górki. Po drodze mijam punkt w Żurawce, gdzie rozchodzą się trasy 40 km i 150 km.

Jak na tym odcinku mieszałem się z zawodnikami z trasy krótszej, to po rozejściu pozostaję sam. Jedynie na horyzoncie pojawiają się jacyś pojedynczy zawodnicy, których pomału doganiam. Jest pięknie. Kolejny punkt znajduje się w Roztoce, jednak aby do niego dotrzeć trzeba jeszcze pokonać 9 km szutrowej drogi. Oj, jak ja nie lubię takich etapów. Lekko pod górę, kamienista, dziurawa ciągnąca się w nieskończoność.

Ostra

Pokonanie Ostrej zajmuje mi 2,5 godziny. Początkowo przez las wchodzi się na wierzchołek, z którego rozciąga się panorama na Pikuja i całe pasmo, które przebyliśmy, z drugiej strony widok na ostatni etap – Połoninę Równą. Za dnia udaje się zbiec na przełęcz Perełuki, gdzie znajduje się ostatni punkt (odwiedzany dwa razy). Od tego miejsca nie goni mnie już limit czasu.

Połonina Równa

Na tę ostatnią górkę podchodzę już w blasku latarki. Kluczenie przez las w poszukiwaniu trasy wydaje się mozolne i wolne, ale jest niczym w stosunku do betonowych płyt prowadzących na szczyt. Ten stosunkowo niewielki odcinek wydaje się nie mieć końca, podobnie jak cały 22 km odcinek, którego przebycie zajmuje mi 5 godzin. Ponowna wizyta w punkcie na Perełukach i nie pozostało nic innego jak zbiegać w kierunku mety. Ostatnie fragmenty jeszcze dają mocno w kość kolanom. Gdy dobiegam do asfaltu niebo zaczyna błyskać sugerując, że należy się pośpieszyć. Po 34 godzinach i 17 minutach docieram na metę. Jak to zwykle bywa na imprezach tego organizatora, Sławek osobiście czeka z kieliszkiem, pasem i medalem.  Z nieba zaczynają spadać pierwsze krople deszczu.

Na trasę Bojko Trail 150+km wyruszyło 90 zawodników, 35 z nich postanowiło lub musiało zakończyć na 70 km w Żdeniewie. Na metę dotarły 3 kobiety i 47 zawodników. Całkiem niezłe wyniki 🙂 Ja ostatecznie kończę na 28. pozycji open. Zawodnicy, którzy byli dłużej niż ja na trasie nie mieli lekko. Druga burza, nie dość, że ostro ich sponiewierała, to równocześnie zmieniła szlaki w górskie potoki, a nasze pole namiotowe w basenik. Trzeba było posłuchać Ani i rozbić się wyżej.

Epilog

Trzeba przyznać, że trasa Bojko Trail 150+ jest jedną z najładniejszych na tego typu biegach (w porównywalnych górach), jakie widziałem do tej pory. Może to dlatego że pochodzę z Bieszczad i miłe sercu są mi takie widoki. Wielkie ukłony dla Sławka Konopki za jej wymyślenie i całą organizację tego biegu. Sławek wysoko podnosisz poziom :-).
Wielkie dzięki dla runandtravel.pl nie tylko za podesłanie pomysłu, ale również za pakiet. W tej chwili jesteście chyba jedyni, którzy w pełni ogarniają szeroko pojęty świat biegów górskich, ultra i o podobnej tematyce.
Na koniec jeszcze jedno podziękowanie – dla Pani celniczki ze słowackiej granicy ;-), która umożliwiła nam podczas powrotu, po 6 godzinach stania na granicy, ponowne ładne zapakowanie auta, tuż po tym jak kazała nam wszystko wypakować ;-). Następnym razem do sprzętu obowiązkowego trzeba dorzucić dobrą i grubą książkę :-D.

Zdjęcia w tekście: archiwum prywatne / Tadeusz Podraza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *