3 września 2017 By GÓRY & ULTRA, Slider With 613 Views

Absolute Paklenica 2017. Relacja Bartka Kubery.

2 września 2017 roku odbył się bieg typu vertical Absolute Paklenica w Chorwacji. Na dystansie 12 km z 1750 m+ przewyższeń. Drugie miejsce – z czasem 1:55:05 – zajął Bartłomiej Kubera. Zapraszamy na relację Bartka.

Autor: Bartek Kubera

To był mój dopiero trzeci vertical w życiu, ale nawet gdybym biegał ich w Polsce więcej, to nie przygotowałoby mnie to na start w Chorwacji. 12,7 km i 1750 m przewyższenia to liczby, których u nas w górach nie osiągniemy podczas żadnego alpejczyka. Dodając do tego jakość szlaków w tutejszych górach otrzymujemy mieszankę wybuchową.

Zaczynając od startu z wioski Modrić, w której jedyną rozrywką mieszkańców jest liczenie ryb w morzu, ruszamy asfaltem na sztywno. Po wstępnym resarchu przedstartowym oczekiwałem, że poza zasięgiem może być Niemiec z Salomon Team Germany, pomimo tego, że już dawno biega w kategorii „masters”. Początek jednak dość wolny, z asfaltu zbiegliśmy w krzaki i tutaj zaczął się najbardziej techniczny podbieg w mojej biegowej karierze, który trwał już do samej mety. Był klimacik, bo single track, bo z lewej widok na morze, a z prawej na zamglone pasmo Velebitu. Jednak to, co działo się pod nogami sprowadzało do parteru. To nie były schody jak na Kaspro, tylko sterczące kamienie, tnące podeszwy w butach, do tego dochodziły luźne mniejsze kamienie pomiędzy, które obsypywały się pod butami skutecznie wybijając z rytmu.

Absolute Paklenica / fot. archiwum prywatne

Absolute Paklenica / fot. archiwum prywatne

Tempo, jak pisałem, było wolne. Jak dla mnie bardzo, bardzo komfortowe. Czułem się przez to trochę dziwnie, więc stwierdziłem, że po pierwszym kilometrze przyjaźni czas zacząć się w końcu ścigać. Wyprzedzanie na ścieżce szerokości 30 cm, mając po obu stronach krzaki do kolan z kolcami, nie jest proste, ale 5-6 kroków i mijam dwóch zawodników i jestem z przodu, oddalam się od peletonu. Zyskałem może z 40 metrów przewagi. Teraz wbiegliśmy w busz, który nad ścieżką utworzył zadaszenie, więc czułem się jak w tunelu. Było to może i romantyczne, ale na pewno nie dla moich płuc. Zero wiatru, nie było słońca, ale z racji na burzę czekającą na mnie u góry na mecie, było strasznie duszno. Pierwszy raz tak mnie zatykało, nie byłem w stanie złapać tchu, zwolniłem, żeby nie zemdleć. Stwierdziłem, że na zakrętach, a było ich z milion jak na podejściu na Granaty, będę przechodził do forsownego marszu. W końcu doskoczył do mnie Niemiec, który cały czas truchtał bez większego wysiłku. Chciałem zapytać, czy nie pooddychałby za mnie, ale właśnie mnie wyprzedził i zostawił jakbym stał w miejscu.

Absolute Paklenica / fot. archiwum prywatne

Absolute Paklenica / fot. archiwum prywatne

Teren trochę się wyrównał, roślinność przerzedziła i odżyłem. Na CP1, ustawionym totalnie losowo między stodołą z ubiegłego wieku a kolejną kępą krzaków z kolcami, wylewam na siebie kubek wody i lecę dalej. Niemca już nie widać, za mną też raczej pusto, do mety jeszcze 10 km. Do CP2 teren właściwie mieszany, z krzaków wbiegało się w krzaki, żeby potem kolejną ściankę wbiec przez krzaki dla odmiany. Za drugim punktem pojawił się króciutki zbieg szerszą drogę żwirową. Fajny odcinek dla odmulenia i oceny, jaką mam przewagę nad 3 zawodnikiem oraz ile tracę do 1 miejsca. Ku mojemu zdziwieniu Niemiec był tylko jakieś 300 metrów z przodu, a z tyłu nie widziałem nikogo. Myślę, albo tyły biegną tak wolno albo ja podświadomie chcę dogonić gościa z Salomona i to skończy się dla mnie odcięciem energii gdzieś wyżej. Z takimi myślami przebiegam przez Male Libnije i zaczynam wspinaczkę na Vlaski Grad i nagle błysk. Burza jest po prawej stronie gdzieś tam, gdzie jest meta, ale przecież nie wycofam się dlatego, że na mecie czeka na mnie sztorm, pioruny i armagedon. Chmury zeszły niżej, widoczność na 15 metrów, pierwszego już nie widzę, czułem, że go nie dogonię, może gdyby grupa pościgowa mnie naciskała, bardziej bym się zmotywował, a tak zmęczenie brało górę.

Od Vlaski Grad zostały już ok. 2 km do mety. Chciałem, żeby się to skończyło. Pojawiały się skurcze, potykanie się i pierwsza gleba, inaczej mówiąc deficyt energii stał się moim towarzyszem we mgle. Tabliczki „750 m to go”, „500 to go” po chwili „250 m to go” , te ostanie 250 m było jak 2500 m, w końcu meta na Sveto Brdo 1750 m n.p.m.

Bez fajerwerków, namiot ekipy od pomiaru czasu, brak widoków, jakieś 8 stopni, wiatr i deszcz. Zająłem drugie miejsce z czas 1:55 h. Do Niemca straciłem 3 min. Jak dla mnie niewiele, patrząc na to, że gościu zakonserwowany jak dobre wino, a w Salomonie nie znalazł się przypadkiem. Poza brakiem tlenu na początku i skurczami żołądka na 5 km, jestem mega zadowolony, tym bardziej, że był to pierwszy bieg tak daleko od domu, lecz na pewno nie ostatni…

Absolute Paklenica / fot. archiwum prywatne

Absolute Paklenica / fot. archiwum prywatne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *