24 sierpnia 2018 By GÓRY & ULTRA With 1102 Views

Dawid Kubaś i jego 100 Mil Krajom Malych Karpat. Relacja z biegu.

„Winny się tłumaczy, więc zacznijmy od tego, dlaczego się nie udało… Wydawało mi się, że po przebiegnięciu trzykrotnie 110 km i jednej setki już czas na kolejny krok. Miał nim być dystans 208 km trasy A w ramach 100 Mil Krajom Malych Karpat w Chtelnicy na Słowacji.” Zapraszamy do przeczytania relacji Dawida Kubasia z tegorocznej edycji imprezy 100 Mil Krajom Malych Karpat w Słowacji.

Tekst: Dawid Kubaś

Winny się tłumaczy, więc zacznijmy od tego, dlaczego się nie udało… Wydawało mi się, że po przebiegnięciu trzykrotnie 110 km i jednej setki już czas na kolejny krok. Miał nim być dystans 208 km trasy A w ramach 100 Mil Krajom Malych Karpat w Chtelnicy na Słowacji. Z pokornym założeniem, że jeśli będzie to za dużo, to 170 km w ramach trasy B tego biegu będzie w zupełności zadowalające (można było zmienić trasę na ok. 160 km). Niestety, ani jedno ani drugie nie zostało osiągnięte.

Dlaczego? Moim zdaniem, głównie z powodu upału. Do tego doszła kontuzja stopy. Mimo już jakiegoś doświadczenia w górskich biegach ultra moje dotychczasowe najdłuższe starty odbywały się w temperaturach znacznie niższych niż impreza na Słowacji (sporo ponad 30 st. w ciągu dnia) i to chyba zaważyło. Zawsze czułem się raczej słabym biegaczem w wysokich temperaturach. Uwielbiałem za to chłód, nawet mróz i bieganie górskie w zimie Mieszkam w Kotlinie Kłodzkiej, więc prawie wszystkie treningi robione są w terenie. Mimo kilku treningów w upałach, żeby przyzwyczaić organizm (wydawało mi się, że idzie ku lepszemu), okazało się – co w sumie jest dość oczywiste – że jednak jest znacząca różnica między 20-30 km a dystansem kilkukrotnie dłuższym w takich warunkach. Bieg zakończyłem na jednym z punktów odżywczych po przebyciu 78 km z zagotowanymi stopami, mocno spuchniętą lewą stopą i wymęczony upałem. Cóż, nieudane starty też się zdarzają, takie życie biegacza.

Od jakiegoś czasu poszukuję w bieganiu braku masowości czy komercjalizacji.

100 Mil Krajom Malych Karpat jest tego esencją.

Parę słów o samym biegu. Jest on czymś zupełnie innym od tego, co w większości znamy w Polsce. Jest jednak też czymś, czego od jakiegoś czasu poszukuję w bieganiu – braku masowości czy komercjalizacji. 100 MKMK jest tego esencją. Pakiet startowy właściwie nie istnieje. Jest to wydrukowana na zwykłym papierze kartka A4 z rozmieszczeniem punktów kontrolnych, druga z kilometrażem i kilkoma wskazówkami (np. o sklepach, restauracjach czy trudności trasy na danym odcinku), mała koszulka na dokumenty i zwrotny chip do pomiaru czasu. I koniec, ale czy trzeba czegoś więcej?

Organizatorem jest ewidentnie legendarny w towarzystwie Slavo Gesk, którego serdecznie z tego miejsca pozdrawiam! Podczas odprawy przedstartowej wyjaśnia on może kilkunastu osobom przebieg trasy. Reszta generalnie zajmuje się integracją, rozmowami, przez co niełatwo jest cokolwiek usłyszeć, a Polakowi też zrozumieć, bo przecież odprawa jest tylko po słowacku 🙂 Ale wspólnymi siłami z drugim startującym Polakiem – Mirkiem Ostrowskim (wielkie pozdrowienia dla finiszera najdłuższej trasy!!!) co nieco zrozumiałem. Żeby trochę wczuć się w klimat, to opiszę jak wyglądało wyjaśnienie pierwszego odcinka, który biegło się w nocy. Parafrazując: „Na tym odcinku będą elementy odblaskowe, z tym że w niektórych częściach będą też odblaski z innego biegu. Te z innego biegu będą takie ładniejsze, więc wy biegnijcie tymi brzydszymi”. Nie wiem, dla kogo ta informacja była pomocna, ale oddaje klimat odprawy i można się było przynajmniej trochę pośmiać. Trasa generalnie oznaczona oszczędnie i jestem przekonany, że gdyby nie track w zegarku zgubiłbym się kilka razy, albo przynajmniej częściej zaglądał na mapę, żeby się upewnić, że wszystko jest okej. Oczywiście głównie biegła szlakami turystycznymi i początek danego odcinka, np. w kolorze żółtym były oznaczony tylko na początku, coś w stylu „od teraz biegnij żółtym aż do kolejnej zmiany szlaku” i poza tym szlakiem nie ma już dalej innych oznaczeń konkretnie przypisanych do biegu, więc już po jakimś czasie głowa robi się niespokojna, przynajmniej moja. Czy na pewno tędy? Nie było jakiegoś skrętu? Przy wgraniu tracka jednak problem znika całkowicie.

Kolejna oryginalna sprawa. Punkty kontrolne na trasie. Wiadomo na punktach odżywczych chipy były odbijane, ale na samej trasie bardzo często, bo co jakieś 3-4 km znajdowały się „samoobsługowe” punkty kontrolne w formie: koszulka na dokumenty przybita do drzewa, w niej naklejki z numerem punktu kontrolnego, które trzeba było naklejać na kartę startową. Bardzo szanuję pomysł. Wiadomo, że służy on eliminowaniu oszustów, ale prawie 40 takich punktów? 🙂 Jestem pewny, że łatwo czasem jakiś pominąć, tak z resztą słyszałem od innych biegaczy startujących w poprzednich latach. Nie chcę być źle zrozumiany. Nie były to pochowane punkty jak w biegach na orientację, tylko znajdowały się bezpośrednio przy trasie, ale na pewno trzeba być bardzo uważnym, szczególnie przy większym zmęczeniu. Aha, na odprawie Slavo mówił, że dwóch takich punktów, mimo że były na karcie startowej, jednak nie będzie, ale tego nie zrozumiałem. Na szczęście wspomniany już Mirek mi to wyjaśnił (jeszcze raz dzięki). Tak, że trzeba uważać na wszystko.

Wszystkie wyżej wymienione smaczki wyglądają może jak narzekanie, ale mocno podkreślam, że nim nie są. Moim zdaniem, właśnie tworzą wspaniały, bardzo oryginalny klimat. Jednym słowem LUZ. Tym bardziej w połączeniu z wielką życzliwością wszystkich – organizatorów, zawodników czy obsługi punktów odżywczych.

Punkty zasługują w ogóle na osobną historię. Część ich ulokowana jest w domach prywatnych ludzi, którzy w sposób ewidentny są niesamowicie zaangażowani w to, co robią i jest to dla nich zupełnie oczywiste. Generalnie naprawdę na kilka – kilkanaście godzin poświęcają się dla zawodników. Jest gdzie usiąść, odpocząć czy nawet po prostu iść do normalnej toalety. Generalnie z taką formą obsługi, że ludzie nie będący wolontariuszami organizują dla zawodników tak wiele, nie spotkałem się nigdzie w Polsce poza moim ukochanym Biegiem Kreta (który nawiasem mówiąc stanowi najlepszy przykład niekomercyjnego biegu na świecie). I dla uzupełnienia. Na punktach full wypas – słodkie, słone, mięsne, warzywne, gorące dania co jakiś czas (do 78 km była pomidorowa, parówki, rosół i makaron z warzywami, dalej nie wiem, ale jestem w pełni przekonany, że równie dużo), magnez w tabletkach, woda, izo, cola, herbata, kawa i wieeele innych rzeczy. Aha – co rzadko u nas spotykane – na każdym punkcie obsługa dokładnie wie, co cię czeka w dalszej części trasy i udziela konkretnych, dobrych rad. Więc podsumowując. Może i chaosu dość dużo (chyba tak patrząc z perspektywy zawodnika z Polski, bo dla innych startujących lokalsów było to zupełnie normalne), ale nic nie może przysłonić ciepła, życzliwości, humoru, które tworzą Klimat (duże K nieprzypadkowe) tego wydarzenia, które polecam każdemu poza amatorami wypasionych pakietów startowych.

Oczywiście serdecznie dziękuję runandtravel.pl za umożliwienie startu!! I mimo, że ten był nieudany, to polecam się na przyszłość z jakimś pakiecikiem 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *