14 kwietnia 2018 By GÓRY & ULTRA, Slider With 508 Views

Sięgając za horyzont. Ultra Sierra Nevada

Natalia Haczyk w swojej książce „Sięgając za horyzont. Z pamiętnika ultraski” zabiera nas na trasy najbardziej znanych, dla większości biegaczy wręcz kultowych, biegów ultra. Ultra Trail du Mont Blanc, Andorra Ultra Trail, The North Face Lavaredo Ultra Trail… Jeden z rozdziałów swojej książki poświęciła biegowi Ultra Sierra Nevada, w ramach którego pokonała 100 km. Zapraszamy do przeczytania fragmentu książki.

14.04.2018

Autor: Natalia Haczyk

Nawlekałam korale na sznurek. Kolejno, cierpliwie, jeden po drugim. Zawsze marzyłam o takich własnoręcznie zrobionych koralach. Każdy koralik odpowiednio dobrany, o doskonałym kształcie. Ciężko się nawleka malutkie. Łatwiej te większe. Nie lubię monotonii, więc każdy był inny. Jeszcze jeden i moja praca będzie uwieńczona sukcesem. Został ostatni – i nagle sznurek się przerwał… Korale zaczęły spadać na podłogę. Jeden po drugim uciekały pod meble, tocząc się z hukiem po parkiecie. Zdenerwowana próbowałam zatrzymać te uciekające kulki, jakby od tego zależało moje szczęście. Tyle pracy i wysiłku mnie kosztowało ich wykonanie i teraz mam się pogodzić ze stratą?

Obudziłam się zlana potem. Spojrzałam na zegarek. Dwie godziny do startu. Sen o koralach siedział mocno w mojej głowie. Każdy koralik to etap moich przygotowań do Ultra Sierra Nevada. Wszystko przemyślane, zaplanowane i przygotowane. Oprócz pogody, która zaskoczyła nawet rdzennych mieszkańców Andaluzji. Nie pamiętali takich upałów od kilku lat. Leżałam w łóżku, myśląc o śnie. Coś stało na przeszkodzie mojego startu. Jeszcze raz popatrzyłam na przygotowane do biegu rzeczy. Plecak z wyposażeniem, ciuchy, buty, kijki, czołówka. Niczego nie brakuje. Skąd ten niepokój? Pomyślałam sobie, że chyba po raz pierwszy nie chciałabym biec sama. Spędziłam dużo godzin w samotności podczas startów i treningów. Lubię te chwile spędzone ze sobą. Lubię tę samotność długodystansowca. Ale dziś coś było nie tak. Nie wiem, dlaczego. Popatrzyłam na Jarka. Jeszcze spał. Postanowiłam nic mu nie mówić. Zawsze radziłam sobie z lękiem. Poradzę sobie i teraz. To na pewno przez ten upał.

30 minut do startu. Ubrana do startu założyłam plecak. Jeszcze tylko czołówka i można wychodzić. Nacisnęłam przycisk, aby odblokować światełko. Nie świeciła. Jeszcze raz na spokojnie – zero reakcji. Co się mogło stać? Dotychczas działała bez zarzutu. Trzęsącymi się rękoma wyciągnęłam baterie. Kasia (koleżanka, która przyjechała z nami), widząc moje zdenerwowanie, zaproponowała swoją pomoc. Wyczyściła miejsce na włożenie baterii bardzo dokładnie. Włożyła inny, zapasowy zestaw. Światła nie było. Nagle zawyła syrena i w całym apartamencie zgasło światło. Oblał mnie zimny pot.

Przy świetle latarki z telefonu jeszcze raz zrobiłyśmy wymianę baterii. Czołówka nie działała. Miałam inną, zapasową. Ponieważ organizator zalecał mieć dwie, wzięłam na wszelki wypadek. Była jednak zbyt słaba na kilkugodzinny bieg po górach. Nadawała się jedynie, aby coś znaleźć w plecaku lub zawiązać sznurówki. 20 minut do startu. Popatrzyłam na Jarka. Miałam teraz zrezygnować? Zapytałam, czy pobiegnie ze mną do świtu. „Czyli do 7 rano” – odpowiedział. Słońce tu wstaje później.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że zabieram mu szansę na bieg własnym tempem. Zgodził się. Wybiegliśmy z apartamentu. Do startu mieliśmy niedaleko. Mijając termometr, spojrzeliśmy na cyferki. 36 stopni! Była prawie północ. Zlani potem przeszliśmy kontrolę przedstartową i stanęliśmy na samym końcu grupy gotowych do startu biegaczy. Zepsutą czołówkę na wszelki wypadek miałam w plecaku. Może zaświeci później.

Start Ultra Sierra Nevada na dystansie 100 km / fot. materiały prasowe organizatora

Końcowe odliczanie i ruszyliśmy z końca stawki przy dźwiękach jakiejś szalonej muzyki. Początek trasy prowadził uliczkami Granady, obok Alhambry cały czas pod górę. Przy oświetlonych uliczkach kibicowali mieszkańcy. Radośnie machając w naszą stronę, krzyczeli – Animo! Niektórzy, widząc mnie, dodawali: Chica grande!

Po jakimś czasie uliczka zamieniła się w polną ścieżkę. Jarek zaświecił czołówkę. Wspinaliśmy się pod górę. Trasa nie była wyjątkowo ciekawa. Miasto zostało za nami, a do Sierra Nevada był jeszcze spory kawałek podejść i zbiegów po okolicznych górkach. Na zbiegach nie widziałam zbyt wiele. Starałam się korzystać ze świateł czołówek innych biegaczy. Jarek biegł za mną, próbując oświecać mi ścieżkę. Nie zawsze to jednak było możliwe. Na bardzo wąskich technicznych i krętych zbiegach widziałam przed sobą tylko swój cień.
Opracowałam więc metodę, którą nazwałam fotograficzną. Patrzyłam przez moment na oświetloną ścieżkę, starając się zapamiętać ułożenie kamieni, i zbiegałam. Zaliczyłam kilka upadków. Na szczęście nie były kontuzyjne. Jeszcze nigdy nie czekałam tak na wschód słońca jak tym razem. Byłam wykończona brakiem widoczności. Jeśli pod górę szło sprawnie, to na zbiegach nie miałam szans się rozpędzić przez brak widoczności. Czułam, że Jarek za mną też się męczył. Choć nie narzekał i twierdził, że tempo mamy dobre.

Głośna muzyka słyszana z oddali dawała znak, że zbliżamy się do punktu. Punkty na Ultra Sierra Nevada obstawiały kluby biegowe. Ten pierwszy był niezwykle muzyczny. Ubrani w jednakowe stroje wolontariusze pomagali nalewać do bidonów wodę, izotonik i colę. Otworzyłam bukłak. Był prawie pusty. Na odcinku 12 km wypiłam litr wody. Było bardzo gorąco. Nigdy nie doświadczyłam jeszcze tak wysokiej temperatury w nocy. Nie wiedząc czemu, czułam potworny głód już od startu. Zjadłam trochę owoców. Garść paluszków do ręki i biegliśmy dalej. Pilnowaliśmy nawodnienia. Co kilka minut pociągałam z rurki camelbaka.

Jeden z punktów odżywczych na trasie Ultra Sierra Nevada – punkt najbardziej muzyczny / fot. materiały prasowe organizatora

Wspinaliśmy się coraz wyżej. Dookoła był ciemny las. Ogromne drzewa iglaste zrzucały szyszki w rozmiarze XXL. Jedna taka szyszka ledwo mieściła się w moich dłoniach. Ścieżka robiła się coraz węższa. Była porośnięta cierniami. Odchylając kijkami kolczaste rośliny, przedzieraliśmy się do przodu. Nogi miałam podrapane do krwi. Ściekający pot wżerał się w rany, wywołując nieprzyjemny ból. Gorąco. Zero myśli w głowie. Zero piosenek. Peleton biegaczy rozciągnął się. Długie odcinki biegliśmy sami. Nagle zawodnik przed nami zatrzymał się. „Aqua!” – krzyknął. I zaczął ściągać buty. Przed nami była rzeczka. Nauczeni doświadczeniem, nie traciliśmy czasu, wchodząc od razu do wody. Zimna woda przyjemnie chłodziła stopy i co najlepsze – obmyła moje krwawe rany. To była dobra decyzja – nie ściągać butów, gdyż w krótkim czasie czekały nas jeszcze dwie przeprawy.

Natalia Haczyk na trasie 100-kilometrowego biegu Ultra Sierra Nevada / fot. archiwum prywatne

Góry były coraz wyższe, a widoki ładniejsze. Z zapartym tchem patrzyłam na krajobraz, starając się zapamiętać jak najwięcej. Biegliśmy zboczem góry. Na dole po obu stronach był kanion. Tak pięknych widoków w brzasku zorzy nigdy jeszcze nie widziałam. Byłam zauroczona. Wskazówki zegara zbliżały się do siódmej. Nad górami wstawał świt. Mieliśmy za sobą ponad 40 kilometrów. Pożegnaliśmy się z Jarkiem, życząc sobie nawzajem powodzenia, i po chwili zniknął za wzgórzem. (…)

Czy Natalia spotka jeszcze Jarka na trasie? A może spotkają się dopiero na mecie? Czy dopadł ją kryzys na 100-kilometrowej trasie? Jak radziła sobie z upałem Andaluzji? O tym wszystkim przeczytacie w książce „Sięgając z horyzont. Z pamiętnika ultraski” >>>> TU

A może sami chcecie się przekonać jak biega się po górach Sierra Nevada? Piąta edycja imprezy, w ramach której odbywają się biegi na czterech dystansach – 6 km, 40 km, 62 km i 100 km – odbędzie się w dniach 13-14 lipca 2018 r. Więcej informacji o Ultra Sierra Nevada znajdziecie na naszej stronie >>>> TU

Ultra Sierra Nevada / fot. materiały prasowe organizatora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *