4 lutego 2019 By GÓRY & ULTRA, Slider With 224 Views

NEVER QUIT – czeski dramat z włosko-słoweńską scenerią. La Corsa dela Bora 2019

Tytuł odnosi się oczywiście do biegu La Corsa della Bora, na który wyruszyliśmy do Włoch już 2. stycznia 2019. Po drodze zatrzymaliśmy się w Czechach, gdzie przenocowaliśmy i zrobiliśmy dwa treningi w parku, w którym kilka kilometrów dystansu dawało kilkaset metrów przewyższenia. I właśnie pod koniec drugiego z tych treningów rozpoczął się mój dramat.

Autor: Adrian Skoczylas

Tytuł relacji odnosi się oczywiście do biegu La Corsa della Bora, na który wyruszyliśmy do Włoch już 2. stycznia 2019 roku. Po drodze zatrzymaliśmy się w Czechach, gdzie przenocowaliśmy i zrobiliśmy dwa treningi w parku, w którym kilka kilometrów dystansu dawało kilkaset metrów przewyższenia. I właśnie pod koniec drugiego z tych treningów rozpoczął się mój dramat…

Widok z okna w hotelu – Zamek Štramberk, Czechy // Fot. Skoczyliwlasy

Tego ranka mieliśmy zrobić lekkie krótkie rozbieganie, zjeść śniadanie i ruszyć prosto do Triestu. Pod koniec treningu na nierównej ścieżce w dół porozrzucane było sporo kamieni, liści, a wszystko przykrywała cienka warstwa śniegu. Był to ostatni zbieg, chwilę od naszego hotelu, więc postanowiłem nie pędzić i zluzować. Duże nachylenie spowodowało, że kilka wolniejszych i jednocześnie mniej pewnych kroków odwróciło moją uwagę. Lewa kostka uciekła mi do zewnątrz i usłyszałem mało przyjemne chrupnięcie. Wiedziałem, co to oznaczało – skręcona kostka na 3 dni przed startem we Włoszech – „arivederci Roma” pomyślałem i razem z Karolą pokuśtykałem do hotelu. W głowie toczyła się bitwa. Pierwszy zagraniczny start, dwa dni drogi na miejsce, setki przebiegniętych kilometrów, a ja kolejny raz kręcę kostkę przed ultra i to w dodatku 3 dni przed startem. Byłem zły, wściekły na siebie samego – teraz zastanawiałem się już tylko, co będę robił jak reszta będzie biegła w niedzielę.

W drodze z Czech do Triestu zatrzymaliśmy się na jedzenie w japońskiej knajpce w Austrii. Poruszając się w mało płynny sposób, krążyłem, wybierając i nakładając tamtejsze specjały. Idąc do stolika z pełnym talerzem, chwyciłem jeszcze za tradycyjne ciasteczko z wróżbą aka fortune cookie. No i zapowiedziałem przy stole, że to ciasteczko teraz mi powie, czy pobiegnę w niedzielę. Ono ma decydujący głos. Otworzyłem opakowanie, przełamałem ciastko i ze środka wyjąłem karteczkę z napisem: „NEVER QUIT”. Kostka od razu jakby mniej bolała, nowe siły i zdziwienie, że niby głupie ciasteczko, a zna się jednak trochę na bieganiu.

Wróżba z ciasteczka i świnia pełna przepychu // Fot. Skoczyliwlasy

Do Triestu dotarliśmy wieczorem, rozpakowanie w mieszkaniu, które wynajęliśmy i chwila odpoczynku, a potem kuśtykanie z siatkami ze sklepu, mówiąc inaczej pierwsza rehabilitacja kostki. W międzyczasie po zobaczeniu posta na fejsie, napisał do mnie Adam z Fizjoaccess z poradami, co mogę zrobić, aby ratować sytuację. No i zastosowałem się do fachowych wskazówek, jednak nie wiem czemu wszyscy jakoś dziwnie na mnie patrzyli, jak siedziałem przed telewizorem i opukiwałem kostkę widelcem.
Rankiem następnego dnia kostka nie była w wybornej formie, reszta już się ubierała, żeby zrobić rekonesans trasy. Nie chciałem być gorszy, więc założyłem chociaż buty, w których planowałem wystartować. Oczywiście lewy but musiał być odpowiednio poluzowany, żeby w ogóle zmieścić w nim opuchliznę, zwaną dalej stopą. Dotarliśmy na miejsce, to w zasadzie nie były już Włochy, a słoweńska część trasy. Piotrek z Kamilem ruszyli żwawo leśną ścieżką, Karola chwilę za nimi, a zaraz za nią ja, rozpocząłem swój pasjonujących marsz. Celem było stawianie stóp jak najbardziej naturalnie i bez bólu. Najłatwiej oczywiście szło się pod górkę, tam nie bolało prawie wcale. Pierwsza wróciła Karola, przeszliśmy się jeszcze trochę. Potem wróciła reszta i z ich relacji wynikało, że trasa jest bardzo techniczna i trzeba uważać. Fragmenty trasy z kamieniami przysypanymi liśćmi czy odcinki, które porównywali do kamieniołomów w Kazimierzu, gdzie nawet idzie się ciężko, nie dodały mi specjalnie werwy, a kostka zaczęła jakby nerwowo pulsować. Co więcej, Piotrek sam tego dnia delikatnie podkręcił zdrową kostkę.

Traf chciał, że podczas spaceru akurat zachodziło słońce // Fot. Skoczyliwlasy

Wróciliśmy do Triestu i wyszliśmy na mały spacer po mieście, żeby zobaczyć, jakie miejsca ma ono do zaoferowania. Zeszliśmy z Karolą do poziomu morza, szliśmy bulwarami od portu, poprzez molo Audace do głównego placu w mieście Piazza Unità d’Italia. Kawałek dalej naszym oczom ukazał się Canale Grande, czyli kanał z dwoma mostami, który wbija się w głąb miasta – taki trochę zalążek Wenecji.

Fot. Skoczyliwlasy

Nadeszła sobota, a więc dzień do startu. Pojechaliśmy do bazy zawodów – która była jednocześnie metą dla wszystkich dystansów – ulokowanej na stadionie w miejscowości Sistiana-Visogliano. Odebraliśmy pakiety, zrobiliśmy pamiątkowe foto. Jacek z Mirkiem pojechali na rekonesans w miejsce, gdzie byliśmy wczoraj, a my sprawdziliśmy ostatnie kilometry trasy. Asfalt, całość pod górkę, trzy partie schodów, a na ten odcinek wybiegało się z mało ciekawego – dla mojej kostki – terenu. Jednak ja głowę nastawiałem, że jak dotrę do tego miejsca to ten podbieg robię w gazie i nic mnie już nie zatrzyma. Towarzysze zauważyli nawet, że mój chód jest już praktycznie naturalny, bez żadnego kuśtykania. Wracając do mieszkania, zatrzymaliśmy się jeszcze, żeby sprawdzić jak wyglądać może zbieg na plażę – pomyślałem wtedy, że to niemożliwe, żeby trasa prowadziła po czymś takim…


Popołudniem, kiedy reszta już odpoczywała i relaksowała się przed startem, my z Karolą chcieliśmy skorzystać z okazji i coś jeszcze zobaczyć. Wyszliśmy z kamieniczki i za chwilę naszym oczom ukazał się wysoki budynek, na którym stali ludzie. Od razu w głowie powstała myśl, że to jest to miejsce, gdzie musimy dzisiaj wejść. No i podeszliśmy pod wysokie mury, ale nie było żadnego wejścia. Zaczęliśmy krążyć, aż w końcu znaleźliśmy schody, którymi można się było dostać do środka. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że znajdujemy się na wzgórzu San Giusto z małym placem, kolumnami i pomnikiem, na który patrząc, myślałem, żeby tylko jutro mnie tak nie znosili.


Weszliśmy po schodach do twierdzy o nazwie Castello di San Giusto. W środku było oszklone biuro wkomponowane w stare cegły zamku, pełniące funkcję kasy. Jak na typowych polskich cebulaków przystało, zerknęliśmy na cennik. Po 10 ojro na głowę, żeby wejść i pooglądać widoki to jakby trochę sporo. Jednak po zapytaniu w kasie okazało się, że to cena wejścia do muzeum itd., a za wejście na dziedziniec i tarasy cena wynosi tylko 2 euraski. No i jak już weszliśmy, rozpoczął się szał zdjęciowy, akurat zbliżał się zachód słońca, który w połączeniu z panoramą Triestu naprawdę robił robotę. W takich momentach zapomina się o całej reszcie.

Fot. Skoczyliwlasy

Wieczory i noce spędzałem z okładami z kapusty, rolowałem stopy i łydki, chodziłem w opaskach kompresyjnych, robiłem wszystko, aby tylko kostka wróciła do jakiegokolwiek stanu użyteczności. Bodajże w piątkowy wieczór Jacek zapytał o mnie Kamila: „Czy on pobiegnie?”, kiedy siedziałem na kanapie przed TV z nogą wyciągniętą na krześle. Odpowiedź Kamila specjalnie mnie nie zdziwiła, oznaczała po prostu: „pewnie tak”, a brzmiała: „on za wiele wspólnego z rozsądkiem nigdy nie miał”. I tym miłym akcentem przechodzimy do niedzielnego, przedstartowego – nad ranem.

Pobudka przed 5:00 rano, krzątanina, ogarnianie i nutka niepokoju przed startem. Dzień wcześniej miałem już wszystko przygotowane, więc zostało tylko się ubrać. Karola jeszcze mogła sobie smacznie spać, a pięciu wspaniałych chwilę przed szóstą ruszyło opustoszałymi ulicami Triestu na dworzec główny Trieste Centrale, skąd autokary miały zabrać nas na miejsce startu – do miejscowości Pesek na Słowenii. Rano było chłodno, żałowałem, że nie nałożyłem na legginsy chociaż spodenek, żeby osłonić dosyć istotne i podatne na zimno miejsca… W autokarze był tłok, całą podróż przestałem, na szczęście szybko dojechaliśmy na miejsce. Brama startowa, rozgrzewający się biegacze, cała ta atmosfera dodatkowo mnie naładowała. W pewnej chwili, kilka minut przed startem, poczułem coś w rodzaju eksplozji w moim ciele, bardzo pozytywnej eksplozji. Wiedziałem, że ciasteczko się nie myliło, a ja byłem gotowy na bój.

W końcu nadeszła godzina 7:30. Kilkuset biegaczy wystartowało przy akompaniamencie orkiestry. Ruszyłem razem z Mirkiem i Jackiem. Lecz nagle po kilkudziesięciu metrach jakiś gość stopuje cały bieg. Nie wiem, o co chodzi, ludzie się przepychają, stoję w miejscu. Chyba chodziło o to, że był bardzo duży tłok na zbiegu, gdzie porozrzucane były kamienie, a w dodatku było nierówno. I w tym momencie pierwszy szok – biegacze zaczynają już wyciągać kijki, żeby zbiegać… Mirek i Jacek puścili się w dół, a ja ostrożnie, prawie marszem, schodziłem, uważając na kostkę. Było bardzo tłoczno, moje tempo przypominało spacer w Ciechocinku, tętno przez nerwy i złość wysokie, jednak nie chciałem już na pierwszym kilometrze ukończyć biegu ze statusem DNF. Zaraz po tym zbiegu zaczęła się szeroka polno-leśna droga, była płaska, po chwili zaczęła się lekko podnosić. Tam już miałem pełny podgląd na to, co mnie czeka za kilka kroków i wiedziałem, że takie fragmenty muszę wykorzystywać. I ruszyłem. Tempo w okolicach 4:30/km, początek 3 zakresu, klasyczny biegacz torpeda, ale w ogóle się tym nie przejmowałem, chciałem tylko biec! Lekkie mrowienie w kostce, ale było znośne, było naprawdę dobrze. Na tym odcinku wyprzedziłem kilkudziesięciu biegaczy, w tym między innymi Mirka i Jacka, których wcześniej straciłem z pola widzenia na zbiegu.
Niedużo dalej po przekroczeniu małego strumyka, przy którym zaskoczyła mnie obecność służb ratunkowych (był to chyba około 3 km trasy), rozpoczęło się pierwsze podejście, które kojarzyłem ze zdjęć z poprzednich edycji. Na zdjęciach wyglądało dużo gorzej, w rzeczywistości – zwłaszcza, że było na początku biegu – okazało się bardzo lekkie do pokonania. Szkoda, że dróżka była bardzo wąska, bo nie dało się wyprzedzać. A większość osób, wiadomo z kijkami i w ślimaczym tempie przesuwała się bardzo powoli do góry. Ja natomiast czekałem na takie odcinki, bo na nich kostka najmniej dostawała w kość, jakkolwiek to brzmi. Przy takim tempie odpoczywałem i spojrzałem w dół, czy widać chłopaków. Trochę niżej akurat dostrzegłem Jacka i Mirka (był to ostatni moment, kiedy widziałem ich za sobą na trasie), spojrzałem na zegarek i nagle BUM! Zrobiło mi się na chwilę ciemno, tak skupiałem się na tym, gdzie stawiam stopę, że nie zauważyłem powalonego drzewa, w które centralnie przydzwoniłem głową.

Adrian Skoczylas na trasie La corsa dela Bora 2019 / fot. Ridni

Dalej jeszcze chwilą pod górę i rozpoczęły się bardziej płaskie leśne, polne i asfaltowe odcinki. Taaaak! Widziałem, gdzie mogę postawić stopę, kostka nie bolała, a ja frunąłem! Czułem ogromne szczęście, że po całych dniach zamartwiania się i obaw, mogę swobodnie biec. Nawet przez głowę nie przeszło mi, że 3 dni od skręcenia będę miał nogę w takiej formie. Płaskie odcinki uwieńczone były przebiegnięciem po schodach przy zamku, uwielbiam takie smaczki na biegowych trasach.
Chwilę dalej rozpoczęły się kręte leśne ścieżki, ustawiłem się za jakimś biegaczem, bo odpowiadało mi jego tempo. Biegło mi się lekko. Wszystko podbiegaliśmy, nie zważając, że inni wtedy podchodzili. Aż nagle zaczął się fragment poprowadzony po torze dla rowerów MTB. Chłopaki wspominali o nim po rekonesansie. Nie dało się tam rozpędzić i musiałem uważać, żeby zbiegając z muldy, wyrobić się przed następną, zachowując kostkę w całości. Pełen podziw dla ludzi, którzy tam zapieprzają na rowerach. Dwa razy potknąłem się w tym lasku i na twarzy prawie czułem już kamienie, ale jakimś cudem zgięty w pół, ustawałem. Niedużo dalej znajdował się pierwszy punkt odżywczy. Chciałem napić się tylko wody. Pierwszy kubek wylałem zaraz obok namiotu, bo wlałem sobie gazowanej, na szczęście udało mi się dogadać z obsługą i dostać wodę bez bąbelków.

W tamtych okolicach był również świetny punkt widokowy. Niektórych skusił do podejścia i cyknięcia fotki. Ja byłem twardy i leciałem swoje. Za punktem zaczynało się asfaltowe podejście, kawałek podbiegłem, ale potem przeszedłem do marszu. Na początku leśną ścieżką do góry, a następnie były już skały i spore nachylenie. Byłem jeszcze świeży, więc nie sprawiało to dużych problemów. Inni biegacze ustępowali mi drogi, a ja piąłem się coraz wyżej. Po wyprzedzeniu jednego z zawodników, usłyszałem zaraz za plecami osunięcie się kamieni, odwróciłem się i zawodnik leżał. Spytałem, czy wszystko w porządku, uśmiechnął się, powiedział, że tak, więc kontynuowałem wspinaczkę. Jako że było pod górę, to w końcu musiało być w dół. To ten fragment najgroźniej wyglądający na profilu trasy, a w rzeczywistości, kiedy znalazłem się na skraju kamiennego urwiska, pomyślałem – co ja tu robię i którędy ja niby mam schodzić w dół. Złapałem chwilę zawieszenia. To temu odcinkowi Kamil z Piotrkiem poświęcili najwięcej uwag po rekonesansie, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak to będzie wyglądać. Z początku nie miałem pojęcia jak się za to zabrać. Nie widziałem żadnej taśmy. Kolejny biegacz był gdzieś daleko, daleko w dole. Nie tracąc czasu, zacząłem ostrożnie schodzić, w najtrudniejszych momentach podpierałem się na ręku i zeskakiwałem z dużych kamieni. Jakoś powoli sunąłem krętymi zakosami wśród kamieni różnej wielkości i kształtów. Dwóch czy trzech biegaczy wyprzedziło mnie biegiem. Szacun, że byli w stanie tak zapierniczać po tym podłożu. Nie zamierzałem się z nimi ścigać, byłem skupiony na pewnym stawianiu lewej stopy. Dwa raz zaliczyłem podpórkę, kiedy pojechałem w dół na kamieniach. Ale czym dłużej, tym pewniej się czułem na tej nawierzchni. Marzyłem jednak o miękkiej leśnej ścieżce, która o dziwo chwilę po tej myśli się pojawiła, ale tylko na kilkadziesiąt metrów, a za nią ostatni fragment „ulubionych” kamieni. Kiedy dostrzegłem w dole w końcu utwardzoną drogę, poczułem ogromną ulgę i wiedziałem, że to moja nawierzchnia.

Biegnąc dalej, czułem się jakby przemierzał jakieś wysokie góry. Znalazłem się po środku dwóch dużych skalnych wzniesień, obok płynęła rzeka, a ja biegłem ścieżką, która co chwilę miała jakieś drewniane akcenty, wszystko wyglądało jak w filmie. A w zasadzie, jak na zdjęciu, bo rozpoznałem, że jest to miejsce, którego fotka zrobiła na mnie największe wrażenie ze wszystkich oglądanych przed biegiem. I uwaga, postanowiłem wyjąć telefon i zrobić jedyne zdjęć podczas tego biegu, a o to ono:

Czar w końcu prysł, a ja znalazłem się na odcinku wśród jakiś chaszczy i gałęzi. Mało przyjemny fragment, potem trochę trawy i ścieżek. Siedziałem na plecach innego zawodnika, ale na rozstaju dróg w ostatniej chwili odwróciłem się i zawróciłem go okrzykiem, bo zdążył skręcić już w zupełnie odwrotnym kierunku do trasy. Co tam było dalej hmm, punkt odżywczy, w okolicach 20 km, gdzie dwa dni wcześniej zaparkowaliśmy robiąc rekonesans trasy. Wtedy nie podejrzewałem, że gościć nas będzie taka altanka. Napiłem się pysznej herbatki, zjadłem kawałek banana, chwilę odsapnąłem. Ale trzeba było ruszać, bo dowiedziałem się, że jestem na 112. miejscu. Nie wiem, czy była to prawdziwa informacja, podejrzewam, że nie, ale tak czy siak trzeba było brać się do roboty.
Dalsza trasa to cudowne widoki na Triest z wysokości 400 m. Bieg prowadził brzegiem wzniesień otaczających miasto, co sprawiało niesamowite wrażenie. Ale nawierzchnia nie zawsze pozwalała napawać się widokami. Dziwna była część, gdzie w ziemię powbijane były kamienie różnej wielkości, nieregularnie rozmieszczone. Trudno mi było złapać tam jakikolwiek rytm. Jednak było płasko, więc korzystałem i wyprzedzałem.

Zbliżał się punkt na 34,5 km. Tam miałem postanowione, że zatrzymuję się i spokojnie, bez pośpiechu nażeram się. I plan ten zrealizowałem. Zjadłem 5 czy 6 małych kanapeczek ze świeżym pieczywkiem i jeszcze ciepłą włoską szynką – poezja. A wszystko popiłem dwoma kubkami tej pysznej gorącej herbatki, którą serwowali na punktach. Gdybym został tam dłużej, pewnie zjadłbym wszystkie kanapki, ale czas uciekał. Sprawdziłem na zegarku, że 5 minut wcześniej na trasę dystansu 21 km wybiegła Karola. Ja nasypałem jeszcze Isostara (we Włoszech Isostada) przy napełnianiu bukłaka i wybiegłem z punktu. Trochę w dół leśną ścieżką i fragment chodnikiem, podziemne przejście, a potem podbieg. Był stosunkowo długi, więc postanowiłem podejść. Szedłem swoim tempem, wyprzedziłem kilka osób, które punkt opuściły szybciej niż ja (Łemkowyna throwback). Jeden z biegaczy trochę utykał, zamieniłem z nim parę zdań, co by mu i mi zrobiło się raźniej. Wskazał, że ma problem z mięśniem w okolicach podudzia. W sumie to i mnie tam trochę ciągnęło, ale życząc powodzenia, musiałem go wyprzedzić. Rozpoczął się taki pofalowany fragment, czyli co chwilę lekko w górę i lekko w dół, zaraz znowu to samo, i kolejna powtórka, inni tutaj wchodzili, ja w głowie miałem, że nie po to przyjechałem tyle kilometrów do Włoch, aby teraz podchodzić. Następne górki, następne anteny na ich szczytach. Kolejne podejście, a ja wbiegam, bo kieruję mną myśl, że nie po to wbiegałem na treningu po 20 razy na tą samą górkę, żeby teraz maszerować. Głowa tego dnia pracowała jak należy, a ja byłem szczęśliwy i pewny siebie. W końcu po lewej stronie ukazał się wielki budynek jakiegoś, jak się okazało, kościoła. Stojąc z Karolą na molo dwa dni wcześniej, zastanawialiśmy się co to za moloch hen daleko na wzgórzu, teraz już wiedziałem.

Na trasie zaczęło pojawiać się coraz więcej zawodników z trasy Karoli. Wyprzedzałem ich dziesiątki, potem setki. Gdybym wiedział, że za moment będę co chwila szedł, to za wszelką cenę urwałbym te 2 kilometry, żeby uniknąć spotkania z krótszym dystansem na trasie. Wąskie zbiegi, a ja idę, bo przede mną ludzie przyszli na spacer, a nie na bieg. Byłem przerażony tym, co się dzieje. Zawodnicy biegu na 21 km spacerują, robią co chwila fotki, a ja zamiast lecieć w dół, schodzę w tempie 10 min/km. Obstawiam, że jakbym się wybrał na spacer z psem, to bieg ukończylibyśmy w środku stawki. Każdy odcinek, który mogłem podbiegałem, nieważne czy płaski czy pod górę. Jak tylko mogłem biec to biegłem, ale na podejściach zacząłem już klaskać z nerwów, co chwila krzyczałem „sorry”, niektórzy reagowali i mnie przepuszczali, a niektórzy jak zombie wlekli się pod górę. W każdym miejscu, gdzie mogłem pewnie postawić nogę poza ścieżką wykorzystywałem do wyprzedzania, ale w większości przypadków po prostu się nie dało. Czara goryczy i złości się przelała, zacząłem niereagujące osoby chwytać za ramiona i przesuwać na boki. Chyba w całym swoim życiu do tej pory nie powiedziałem więcej razy przepraszam, niż na ostatnich 20 km tej trasy.

Punkt odżywczy na 8 kilometrów przed metą w małym włoskim miasteczku. Miałem godzinę do dyspozycji, aby dobiec do mety w czasie poniżej 7 godzin (dystans 57 km, więc bez szału, ale z taką kostką dawało mi to mimo wszystko satysfakcję). Nie dopuszczałem myśli, że może się to nie udać, tym bardziej, że czułem się bardzo dobrze i spokojnie miałem siły, żeby ostatni asfaltowy fragment lecieć niemal sprintem. Jednak to, co się zaraz zaczęło, posłało cały mój plan w piz**. Same skały na brzegu wzniesienia, małe, duże, okrągłe, płaskie, ostre. Kiedy po nich biegłem, słyszałem odgłosy jakbym biegł po szkle. Ma-sa-kra! Nie potrafiłem po nich biec szybko i płynnie. Ktoś z mojego dystansu mnie wyprzedził, ale pomyślałem, że jak nie tutaj, to dorwę go na finiszu. Całkowicie przerósł mnie ten fragment trasy, nie mam jeszcze takich skilli, żeby sprawnie latać po tak technicznych trasach. Dalej to już asfaltowy podbieg w miasteczku, który prawie cały podbiegłem, bo wyprzedziłem zawodnika z mojego dystansu i nie chciałem, żeby mnie dogonił, ale odwracając się, zauważyłem, że nawet nie podjął walki. Widok zatoczki z portem w dole sprawiał niesamowite wrażenie. Warto było tu przyjechać!


Biegnę sobie po ulicy i zastanawiam się, gdzie są schodki na plażę, po której w końcu trzeba będzie pobiec. Nie ma schodków, jest tylko wskazanie, że tędy. Patrzę – barierka, lekkie zdziwienie, no ale nic, trzeba skakać przez nią i w dół. No i ku*wa doczekałem się, zejście na plażę to w większości kamienie i wąziutkie ścieżki nachylone w niektórych miejscach pod kątem jakiś 40 stopni, wzdłuż liny poręczowe i ekipa ratunkowa, która właśnie znosi z trasy kulejącą zawodniczkę. Siedziałem na plecach innego biegacza, wydawało mi się, że sprawnie biegniemy, ale kiedy zdołałem go wyprzedzić, zniknął zaraz za moimi plecami. W końcu znalazłem się na kamienistej plaży, a bieg po niej to jak jakaś gra, żeby wybierać kamienie, po których będzie się skakać. Nie czułem się pewnie z kostką i nie chciałem na końcówce się załatwić. Raz mniejsze kamienie, raz wielkie głazy, na malutkich kamieniach nogi się rozjeżdżały, ciężko było złapać swobodny rytm. Zaraz przejście między wielkimi głazami, tam wycieczka z dystansu 21 km, a ja stoję w kolejce, jak w sklepie, zamiast szybko pokonać przeszkodę.
Plaża i wcześniejsze skały skutecznie pozwoliły mi zapomnieć o złamaniu 7 godzin. Jednak nie poddałem się i końcówkę pokonałem tak, jak zakładałem. Ruszyłem solidnym tempem. Jedynie schody pokonywałem szybkim marszem, a resztę leciałem w tempie grubo poniżej 5:00. Ostatni kilometr udało się zrobił w tempie 4:15, mimo że było pod górkę. Pamiętacie tego gogusia, który zgrzał mnie na skałach. Tak, teraz ja go zgrzałem na końcówce. A oprócz niego jeszcze 2 czy 3 osoby z mojego dystansu, nie wliczając dziesiątek osób z dystansu krótszego. W końcu wbiegłem na stadion, a tam finisz po czerwonym dywanie i sprint w moim wykonaniu. Gdybym wiedział, że 2 sekundy przede mną ukończył rywal z 57 km to na pewno jeszcze bardziej bym przyspieszył. Czas na mecie 7:05. Teraz spójrzcie na kartkę, na której jeszcze w Polsce rozpisywałem sobie czasy i założenia na ten bieg. Przypadek?

Skierowałem się do miejsca, gdzie było jedzonko i picie, szukałem tych kanapeczek, ale ich już niestety nie było. Musiałem zadowolić się herbatą. Jaka była moja radość, kiedy wśród tłumów, zauważyłem stojącą Karolę. I teraz uwaga! Stoimy, rozmawiamy, dzielimy się wrażeniami z naszych tras, przybijam piątkę z zawodnikiem, którym ukończył bieg chwilę przede mną. Nagle wśród kolejki po jedzenie zauważam tego utykającego biegacza z trasy, z którym chwilę rozmawiałem. On się uśmiecha, zbijamy piątkę i zadowolony mówi: „NEVER QUIT”…

P.S.
Wracając z Karoliną z dworca po biegu, prowadziłem z pamięci i trochę pobłądziliśmy. Ale przy okazji przeszliśmy przez mostek nad Canale Grande, podeszliśmy pod – jak się okazuje symbol Triestu – Katedrę św. Justyna, a także mieliśmy okazję zobaczyć po drodze Teatro Romano, czyli ruiny starożytnego amfiteatru. Tak więc, podsumowując, widzieliśmy chyba wszystkie miejsca warte zobaczenia w Trieście, mimo, że nawet nie mieliśmy o tym pojęcia.

Tags : ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *