31 lipca 2017 By GÓRY & ULTRA, Slider With 2016 Views

Wielka Fatra, czyli ultra bieganie 50 + na Słowacji. Relacja Kamili Gruszki.

Bliskość gór Słowacji sprawia, że coraz częściej Polacy trafiają na biegi organizowane u naszych południowych sąsiadów. Tereny mają różnorodne, góry zacne, a i wpisowe na zawody przeważnie niższe niż w przypadku polskich biegów górskich. Do tego zachwala się swojską atmosferę, zaangażowanie organizatorów i doping na trasach. Miałam okazję zweryfikować te informacje podczas zawodów Ultra Fatra, których trasa przebiegała przez Park Narodowy Wielkiej Fatry.

Autorka: Kamila Gruszka

Bazą biegu było Gimnazjum w Rużomberku przy placu Andrieja Hlinka. Zadbane miejsce z kolorowym Urzędem Miasta, kościołem oraz mauzoleum Hlinka u podnóża skarpy, skąd otaczające góry było widać jak na dłoni – tylko pozazdrościć Słowakom, że mają je na wyciągnięcie ręki niemal wszędzie naokoło. Zacieniona aleja, którą będziemy pokonywać kolejnego dnia ostatnie metry biegu, zabudowana jest po obu stronach niskimi domami. Rzut oka na otoczenie po wyjściu z samochodu i już czuję, że mi się tu podoba. Od granicy w Chyżnem jechałam zaledwie godzinę, od wyjazdu z domy trzy. Tak blisko, a widać, że jakoś tu inaczej. Lubię poznawać nowe miejsca!

fot. Kamila Gruszka

fot. Kamila Gruszka

Veľká Fatra to dla mnie także terra incognita. Bieg wybrałam ze względu na termin (29 lipca akurat miałam wolny weekend) i fakt, że odbywał się na Słowacji. Uświadomiłam sobie ostatnio, jak mało znam słowackie góry i postanowiłam to zmienić. Dystans tylko jeden do wyboru – 55 km. Akurat „pięćdziesiątki” to moje ulubione biegi. Niepokoi jedynie skala przewyższeń – w różnych miejscach organizatorzy podają od +3660 m do nawet +3800 m. Czasy zwycięzców poprzedniej edycji pokazują, że łatwo nie będzie. Dziewczyna, która zajęła w zeszłym roku 3. miejsce, zrobiła trasę w 9 godzin i 56 minut, czyli tyle, ile ja początkowo planowałam, a nie zamierzałam przecież pchać się na podium! Przyjechałam tu nie na ściganie się, tylko na krajoznawczą wycieczkę – taki mam plan. Porobić zdjęcia, pozachwycać się, pogadać z ludźmi na trasie… Limity są długie. Na całość 13 godzin… Na 38 km trzeba się zameldować do 9 godzin… Powolutku do przodu i dasz radę… – pocieszam samą siebie. Ostatecznie okazało się, że nieźle trzeba było przebierać nogami, żeby się wyrobić.

fot. Kamila Gruszka

fot. Kamila Gruszka

Głównymi organizatorami biegu są Filip Plánka i Stanislava Balážová, czyli charakterystyczny wąsacz i Stanka. W 2016 roku ultra fatra zorganizowali po raz pierwszy, tegoroczna to druga edycja. Tylko 200 uczestników, tak więc jest to bardzo kameralny bieg. Na liście ponad 10 Polaków. – Może drożdżówkę? – częstują jedzeniem przeznaczonym dla wolontariuszy w biurze. Tym mnie ujęli. Dogadujemy się trochę po angielsku, trochę po polsku – w końcu to takie podobne języki. – Wyposażenie obowiązkowe macie? – dopytują. No jasne! Trzeba mieć: ubezpieczenie, dokument potwierdzający tożsamość, naładowany telefon z numerem do organizatorów, kubek na napoje na punktach, min. 1 l wody, folię NRC i bandaż elastyczny, plecak lub nerkę, 10 euro w razie czego na trasie i 5 na depozyt za czipa (zakładany na rękę, jak na basenie). Dopytuję tylko, gdzie w Rużomberku można kupić mapę, żeby sobie na spokojnie przeanalizować trasę (polecam Intersport, 5 minut drogi od biura zawodów, czynny do 20.00). Jeśli ktoś wcześniej nie wgrał sobie tracka GPS do zegarka, może to zrobić w biurze. To właśnie na tym punkcie wyposażenia obowiązkowego skupiają się głównie organizatorzy. – Ale na trasie będą oznaczenia, prawda? – próbuję potwierdzić. – Tak – odpowiada Filip. – Biegniecie po szlakach i będą znaczki szlaku, ale żadnych dodatkowych taśm nie wieszamy. Ups… No to niespodzianka, bo za biegami na orientację nie przepadam. Na szczęście na numerze mamy dokładnie wypisane po kolei nazwy szczytów i przełęczy w kolorach odpowiadających kolorystyce szlaków. Track GPS też mi się udało do zegarka ostatecznie wgrać – zawsze to dodatkowe potwierdzenie, że jesteśmy na właściwej ścieżce. Zresztą okazało się, że zawsze biegłam z kimś obok, kto znał trasę i kierował w dobrą stronę.

fot. Kamila Gruszka

fot. Kamila Gruszka

W cenie wpisowego mamy zapewnione spanie na sali gimnastycznej. Do dyspozycji są toalety i prysznice. To kolejne dla mnie nowe doświadczenie. Taki wspólny nocleg z innymi biegaczami sprzyja integracji, można pogadać o strategii, usłyszeć dodatkowe wskazówki, zaplanować kolejny wyjazd, bo okazuje się, że jest wiele osób, które zaliczają różne ciekawe zawody w całej Europie. O 23.00 gaśnie światło. Do 4.30 mamy czas, by się wyspać. Niewiele. O 5.30 spod gimnazjum ruszają autobusy do miejscowości Dolny Harmanec, gdzie o 7.00 zaplanowano start. Wrócić do Rużomberku musimy na własnych nogach…

Bieg zaczyna się mocnymi podejściami. Na 18 km mamy już 2000 m przewyższenia! Ale dla osób, które trenują w Beskidzie Wyspowym, a ja do nich należę, nie jest to jakoś bardzo przerażające, choć faktycznie ciągną się dłużej. Na górze natomiast hale niczym z Bieszczadów – grzbietowe trawiaste połoniny, na widok których uśmiech nie schodzi z twarzy. Jest po prostu pięknie! Tylko nogi jakoś nie potrafią przestawić się z ostrego podchodzenia na płaskie odcinki i wcale nie lecą szybko do przodu. A zaczynają się kolejne pagórki na trasie: Ostredok (1592 m n.p.m.), Ploska (1532 m n.p.m.), Rakytov (1567 m n.p.m. ) i parę pomniejszych kulminacji. Te kopuły szczytowe na grani przypominają mi z kolei Czerwone Wierchy w Tatrach Zachodnich. Tylko skala jakoś w tej Wielkiej Fatrze zaburzona – niby wysokości bezwzględne nieduże, ale jak się patrzy z góry w dół, to doliny wydają się oddalone przynajmniej o kilometr. Poraża też bezkres zieloności kolejnych wzniesień w okolicy. Widząc góry ciągnące się po horyzont, łatwo można dać się przekonać, że Wielka Fatra to najdziksze góry Słowacji. Choć turystów weekendowo-plecakowych też trochę spotykamy. Pozdrawiają, dopingują, klaszczą. Daje to kopa!

fot. Kamila Gruszka

fot. Kamila Gruszka

Na najwyższych szczytach musimy pamiętać o zrobieniu dziurkaczem dziury w numerze. Punktów kontrolnych jest aż 8, ale w tym 3 do samodzielnego odmeldowania się. Uznaję to też za element folkloru słowackiego, bo z takim zwyczajem spotykam się po raz pierwszy. Dziurkacze w pewnym momencie przestają działać, ale na mecie nie ma to znaczenia, przynajmniej w przypadku osób nie z czołówki. I tak każdy dostaje posiłek (ogromna porcja, którą trudno przejeść w wersji mięsnej i wege do wyboru), a na piwo załapują się wszyscy w okolicy, nawet nie biegacze. Medali nie ma – wiem, że wiele osób będzie zaskoczonych tym faktem. Dla mnie metalowe krążki nie mają aż tak dużego znaczenia, a bez medalu wracałam już z biegów w Czechach i z Dolomitów. Za to w pakiecie każdy miał piękną techniczną koszulkę marki Craft bardzo dobrej jakości.

Przed biegiem zastanawiałam się, jak będą zaopatrzone bufety na trasie. W tej materii nie ufałam Słowakom, nie byłam pewna, jakie panują na Słowacji zwyczaje. Ale było wypaśnie! Woda, izo i pepsi na każdym punkcie, poza tym słodycze, orzeszki, suszone owoce, cząstki pomarańczy, a nawet arbuzy, kiełbasa i chleb ze smalcem (choć te ostatnie 3 rzeczy nie wszędzie). Ciepłego nie dostrzegłam co prawda nic, ale w temperaturze ponad 25 stopni na ciepły posiłek chyba nikt by się nie skusił… Wzięciem cieszyło się piwo!

fot. Kamila Gruszka

fot. Kamila Gruszka

Na punkt kontrolny Smrekovica docieram ponad godzinę przez limitem. Sporo zapasu, ale wydawało mi się przed biegiem, że będę w stanie być wcześniej. Nic z tego. Idę równo przez cały czas: każde 10 kilometrów to ok. 2 godziny. Jak już wydaje mi się, że przyspieszę dzięki zbiegom, to na horyzoncie wyrasta kolejna hopka, pod którą trzeba się gramolić. Między Smrekovicem a Malino Brdo też wierzę, że czeka mnie już tylko zbieg do Rużomberka. – Czy to last top? – pytam fotografa, który jak anioł stróż będzie mi już towarzyszył do samego końca. – To przedostatni. Ostatni jest tam, za 2 kilometry – pokazuje na zielony pagór, który z tej perspektywy nie wydaje się groźny. Tyle że podejście na niego od Malino Brdo jest niczym wejście na osławiony Szczebel w Beskidzie Wyspowym: stromo i ostro pod górę, a do tego ze świadomością, że przecież to już ostatnie kilometry biegu, dlaczego mnie to spotyka! Wydaje mi się, że ta góra wykończyła sporo osób. W każdym razie wielu z panów, z którymi wcześniej mijałam się na trasie, na mecie meldowało się długo po mnie – różnica wynosiła nawet godzinę. A ja? No cóż, lubię podejścia, najczęściej trenuję w Beskidzie Wyspowym, więc Sidorovo nie wyssało ze mnie wszystkich sił. Zachowałam je na zbieg do Rużomberku i ostatni kilometr po asfalcie. Ostatecznie skończyłam ultra fatrę w 10 godzin i 56 minut. Taka kilkugodzinna wycieczka wyszła mi po słowackich górach.

fot. Kamila Gruszka

fot. Kamila Gruszka

Ultra Fatra to naprawdę mocny bieg z ostrymi podejściami, choć przeplatanymi łagodnymi trawiastymi odcinkami na grani. Trudności przypominały mi bardzo te spotykane w Beskidzie Wyspowym, tyle że w skali makro. Ale psychicznie do ogarnięcia. Ciekawie było podpatrzeć zwyczaje panujące na biegach słowackich. Człowiek czuje się tu bardziej swojsko, jak członek jednej wielkiej biegowej rodziny. Wszelkie potknięcia się wybacza, a właściwie nawet nie dostrzega, bo najważniejszy jest bieg i teren, w jakim się odbywa, a nie komercyjna oprawa.

Więcej o biegu na stronie (również w języku angielskim): ultrafatra.sk

Serdecznie dziękuję runandtravel.pl za możliwość wcielenia się w redakcyjną wysłanniczkę na te zawody.

Kamila Gruszka, autorka bloga www.barswiat.pl, gdzie promuje rodzinną turystykę aktywną, współpracuje z Ceneria.pl – outdoorową porównywarką cen oraz firmami z branży outdoor, pisze artykuły dla magazynów o tematyce podróżniczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *