22 lutego 2015 By Slider, TRAVEL With 10944 Views

Gran Canaria Marathon 2015

 

Powiedzieć, że nie lubię zimy, to prawie tak jakby nic nie powiedzieć. Nie lubię marznąć. Nie lubię biegać w zimie, bo mnie kolana bolą, a i zimny kebab smaczny nie jest. Ze sportów zimowych tylko sanki. No dobra, jeszcze śnieżkami lubię rzucać, ale nie lubię obrywać, więc można powiedzieć, że lubię połowicznie. Jak widać z opisu powyżej, za zimą nie przepadam. Żyjąc jednak w przekonaniu, że formę najlepiej (podobno) budować właśnie zimą, postanowiłem znaleźć rozwiązanie wyżej wymienionego problemu.

Ciepło, niedrogo i żeby można było pobiegać
W maju 2014 r. pojawił się pomysł, aby delikatnie złamać zasady i ominąć chociaż trochę zimę. Założenia były takie. Po pierwsze, ma być ciepło. Po drugie, ma być niedrogo. Po trzecie, ma być ciepło. Po czwarte, fajnie byłoby pobiegać. Siadamy do komputera, wyszukujemy i jest! Gran Canaria Marathon w styczniu 2015. Koszt biletów lotniczych od wtorku do wtorku to ok 500 zł za osobę (w obie strony), nocleg na miejscu 50 zł od osoby/dobę, koszt maratonu 30 Euro. Mojej drugiej połowy tak łatwo nie dało się wywieść w pole super urlopem na wyspach kanaryjskich, gdyż pierwsze pytanie, jakie padło brzmiało: Maraton czy Ultra?

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Mija pół roku. W Warszawie -2°C, odprawa, samolot i lecimy! Przylatujemy, później odprawa itp.. Widzę palmy, a termometr pokazuje 18 stopni – nie jest źle. Autobus za ok. 4 euro zabiera nas z lotniska do centrum Las Palmas, gdzie mamy hostel.
Hostel jak to hostel. Czysty, z łazienką w środku, kontaktami, gdzie można podłączyć np. Garmina, do tego 2 osobne łóżka (które zsunęliśmy) 2 szafki nocne, stolik i szafa, czyli  wszystko, czego potrzeba. Rano okazuje się, że na 4 piętrze w hostelu jest jeszcze kuchnia, gdzie można sobie gotować i zostawić rzeczy w lodówce.

Dzień 1 (środa)
Zaczynamy zwiedzanie Las Palmas. Nie będę się za dużo rozwodził. Napiszę tylko, że dziennie robiliśmy ok. 30 km pieszych wycieczek, a wszędzie wkoło woda i palmy. Temperatura oscylowała w okolicach 20 stopni, a niebo na przemian raz czyste, raz zachmurzone.
Do oceanu mieliśmy rzut kamieniem, a ceny w sklepach były podobne do naszych (z malutką różnicą – cena wina – dla przykładu, jeśli u nas to wino kosztuje 20 zł, tam zapewne kupicie je za 1 euro).
 
Dzień 2 (czwartek)
Wycieczka na południe Gran Canaria. Jeśli w Las Palmas było ciepło (20 stopni), to południe wyspy jest zdecydowanie cieplejsze 27 stopni. Dojazd autobusem przez całą wyspę to koszt ok 4 euro, więc nie jest źle. Cel to wydmy, plaża i kąpiel w oceanie.
Wydmy są rewelacyjne! Co prawda, ktoś mógłby powiedzieć, że to po prostu trochę większa piaskownica, ale ja cieszyłem się jak dziecko w Disneylandzie. Możliwość chodzenia w styczniu bez koszulki na bosaka po gorącym piasku była rewelacyjna. Dodatkowo, obok była plaża i ocean!!!

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Pojawiła się tabliczka informująca, że 800 m dalej jest plaża nudystów (ostrzeżenie dla osób, które taki widok mógłby gorszyć). My niezgorszeni idziemy dalej. Ps. Plaża nudystów przereklamowana, stanowczo za dużo facetów 🙂
Kiedy piasek parzy już w stopy, pora zanurzyć się do wody! Z plecaka wyciągam kąpielówki i upss… Kąpielówek brak. Ale czy to mnie powstrzyma? Słowa Moniki: Chyba tego nie zrobisz? I w stroju Adama pędzę wśród turystów w stronę oceanu (jeszcze nigdy tak szybko nie wbiegałem do wody). Ciepło nie było (temp. wody ok. 18 stopni), za to przynajmniej dno było piaszczyste. Radośnie w wodzie oczekuję na falę, która mnie obmyje. Jak na filmach chciałem, by przepłynęła nade mną i tu niestety malutki problem. To nie film. Zbagatelizowałem falę i jak mnie nie walnie, to tylko się cieszyłem, że dno było piaszczyste, bo żwirkiem mógłbym sobie zrobić peeling całej twarzy. Ledwo udało mi się podnieść, jak fala się cofnęła i zanim dotarłem do brzegu, udało jej się mnie przewrócić jeszcze raz. W tym czasie Monika na brzegu miała ze mnie ubaw i dokumentowała wszystko fotograficznie (zdjęcia musiały przejść cenzurę). Później wysychamy na wydmach, spacer, sklep, sangria, plaża i pora wracać do Las Palmas. Głodni idziemy jeść!

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Wybór jest spory. Począwszy od knajpek chińskich, włoskich, lokali nastawionych na turystów itp. My wybieramy coś na kształt naszych barów mlecznych, gdzie jak widzimy siedzą tylko lokalsi. Monika z racji tego, że potrafi komunikować się po hiszpańsku, zamawia nam jedzenie (ja nadrabiam uśmiechem i po angielsku proszę o specjał kanaryjski). Za 7 euro najadamy się jak mopsy. Zupa z ciecierzycy, paella, deser + lampka wina i gratis od barmana kieliszek „czegoś” z bitą śmietaną posypane cynamonem (to coś to rum z miodem) PYCHA!!! Najedzeni kończymy kolejny dzień. Następne dwa dni to również zwiedzanie i jedzenie, jedzenie i zwiedzanie, więc tego wam oszczędzę. Przejdę od razu do soboty i odbioru pakietów startowych.

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Dzień przed biegiem
Biuro zawodów zlokalizowane było ok. 3 km od hostelu. Samo Expo było niewielkie. Kilka stoisk ze sprzętem, ze cztery stoiska promujące maratony i wreszcie idziemy po pakiet startowy.

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

W pakiecie standardowo: numer startowy (imienny) + agrafki; Koszulka techniczna Brooks, jakieś orzeszki, batoniki, garść ulotek, informator biegowy i kupon na coś po biegu. Później pasta party i wracamy (skromne pasta party). Dzień przed maratonem trochę się oszczędzałem, czyli w nogach było tylko ok. 15km spaceru i nie więcej niż 1 wino.

Dzień Startu…
Na termometrze naście stopni. Bolą mnie nogi i ogólnie nie czuję, aby miało być dobrze. Z uśmiechem na twarzy zaczynamy jednak delikatny rozgrzewkowy truchcik. Ustawiamy się w boksy startowe i czekamy na odliczanie. Pierwszy kilometr rozpoczynamy biegiem pod górę. Nie wiem dlaczego, ale byłem przekonany, że maraton na tej wulkanicznej wyspie będzie płaski. Lekko nie jest, a do tego tłoczno.
Po 3 km trochę się rozluźnia i biegnę w grupie Kanaryjczyków w tempie 4:30, czyli nie jest źle.  To trochę za szybko dla mnie jeśli chodzi o maraton, ale jest fajnie.

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Trasa początkowo wiedzie przez miasto, a potem przy oceanie. Po malowniczej prostej wzdłuż portu skręcamy ponownie do miasta. Parę kilometrów między budynkami i kolejna prosta, ale tym razem biegniemy wzdłuż plaży w kierunku biura zawodów. I na przemian mam, jak to w życiu, raz pod górę, a raz z górki. Punkty z wodą rozstawione co 5 km, a z gąbkami co 2,5 km, więc trasa obstawiona przyzwoicie:)
Kanaryjczycy biegną równym tempem. Nie patrzę więc nawet na zegarek, tylko cieszę się z biegu. Podziwiam widoki i chłonę zapach asfaltu, bo mijany zegar z termometrem pokazuje 20 stopni.

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Od 18 km czuję, że moi Kanaryjscy koledzy przyśpieszają, a może to moje zmęczenie robi swoje. Ale nic to, biegnę dalej. Jest trochę pod górę, więc może mi się wydaje. Biegniemy dalej i już mi się nie wydaje – na pewno przyśpieszamy, ale może wiedzą coś, czego ja nie wiem, więc się dalej ich trzymam. Na ok. 20 km stoi człowiek, który pokazuje kto, w którą stronę ma biec i okazuje się, że moi Kanaryjscy koledzy biegli półmaraton, a ja przez swoje gapiostwo przyśpieszyłem pod górę do 4min/km i teraz trzeba to wytracić. Na nawrotce złapałem kubek z izotonikiem (i tu kolejny błąd, bo to nie było izo, co mogłem przeczytać w broszurce informacyjnej biegu, tylko słodki sok pomarańczowy). Na kolejnym okrążeniu bardzo skutecznie wytraciłem prędkość. Wytraciłem ją tak skutecznie, że bałem się, czy nie zatrzymam się zaraz, by zanurzyć rozpaloną słońcem głowę w misce z wodą.
Ale wlokę się dalej, mam wrażenie, że mijają mnie wszyscy emeryci, osoby z nadwagą, nawet kraby i ślimaki, ale się nie poddaję. Wbiegam na metę z czasem 3:33:03 (wg. Gremlina), a długość biegu to 43 km.

(fot. Cezary Doroszuk)

(fot. Cezary Doroszuk)

Na mecie chwila odpoczynku. Pomimo wszystko jestem zadowolony. Normalnie z takiego czasu bym się nie cieszył. Nawet nie ma czym się chwalić, ale i tak jestem zadowolony. Medal w kształcie wyspy Gran Canaria wisi już na mojej szyi, a cały ten wyjazd zasili galerię wspomnień na stare lata. Posiłek regeneracyjny, przebieramy się i kierunek ucztowanie. Wielka paella z owocami morza + butelka wina. A co należy mi się!

Ostatni dzień (przed wylotem)
Jak wiadomo po maratonie należy się regeneracja czyli… Wypad w góry połączony z pływaniem w oceanie. No bo w końcu nic tak nie wymasuje nóg jak wspinaczka, i nic tak nie zrelaksuje jak orzeźwiający ocean. W sumie wyszło 2 godziny w górę i 2 w dół, by popływać przez 15 min i poleżeć na plaży przez 2 godziny. Błogie lenistwo. Mógłbym pisać i pisać, ale staram się streścić do minimum.
Wyjazd podsumowując polecam!
Jest to mój trzeci zagraniczny maraton i jak tylko zdrowie pozwoli i fundusze to nie ostatni. Jestem mega zadowolony z widoków, które mogłem zobaczyć i z ludzi, których mogłem poznać. I już nie mogę się doczekać kolejnej podróży. Za rok, jak się uda, powrócę tu na Trans Gran Canaria, czyli 125 km radosnego hasania po górach.

Cezary Doroszuk
Zapraszamy na fan page  Napędzany Kebabem – Cezary biega, pisze, je.

Tags :

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *