14 czerwca 2019 By GÓRY & ULTRA, Slider With 707 Views

Jak muszki w walce o pudło namieszały, czyli Artur Jendrych o swoim starcie w Ultra Trail Hungary.

Jest 8 czerwca 2019 roku. Punktualnie o północy z urokliwego węgierskiego miasteczka Szentendre na 112-kilometrową trasę Ultra Trail Hungary – biegu w randze Discovery Race w ramach Ultra Trail World Tour – wyrusza 270 biegaczy. Wśród nich jest m.in. Artur Jendrych, ubiegłoroczny zwycięzca Łemkowyna Ultra Trail na dystansie 150 km.

Jest 8 czerwca 2019 roku. Punktualnie o północy z urokliwego węgierskiego miasteczka Szentendre na 112-kilometrową trasę Ultra Trail Hungary – biegu w randze Discovery Race w ramach Ultra Trail World Tour – wyrusza 270 biegaczy. Wśród nich jest m.in. Artur Jendrych, ubiegłoroczny zwycięzca Łemkowyna Ultra Trail na dystansie 150 km.  Przez pierwsze prawie 50 km Artur biegnie na pierwszej pozycji i wszystko wskazuje na to, że to właśnie on będzie zwycięzcą węgierskiego biegu. Na kolejnym jednak punkcie pojawia się jako drugi. Ostatecznie bieg kończy na 15. pozycji. Co się wydarzyło na trasie, że nie udało się utrzymać pozycji lidera? Zapraszamy do przeczytania relacji Artura po biegu.

Tekst: Artur Jendrych

Salomon Ultra Trail Hungary to ogólnie bieg ułożony pode mnie od samego początku. Z reguły nie prowadzę tak długich biegów. Wytrzymuję tempo, gdy reszta zwalnia i tak zajmuję dobre miejsca. Tym razem było inaczej. Biegnąc spokojnie, bez zbędnego forsowania tempa prowadziłem bieg. Biegnąc i rozmawiając z Tamasem (Belus Tamás – ostateczny zwycięzca biegu, który dystans 112 km pokonał w czasie 12:54) na luzie wygrałem premię Petzl między 10 a 20 km. Jak na mnie biegłem bardzo luźno i spokojnie. Tamás sprawdzał po punktach jak nasza przewaga rośnie, 5/7/9 minut, więc biegłem bez spiny, kontrolując wszystko.

Belus Tamás i Artur Jendrych

No i przypadek. Na około 40 km wpadłem w chmurę muszek, połknąłem kilka i chciałem je odkrztusić. To spowodowało odruch wymiotny. Zwymiotowałem dwa razy. Wtedy Tamás dał mi jakieś sole i po połknięciu zwymiotowałem trzeci raz. No i poleciała większość tego, co przyjąłem od startu (płyny, żele i cała reszta). Nie przejąłem się tym jednak bardzo, bo za kilka km miał być punkt odżywczy. Dobiegliśmy do niego wspólnie. Tam wypiłem trochę zupy, żeby uspokoić żołądek i z powrotem móc przyjmować płyny i żele. Po 50 km powoli zaczynało coś dziać się energetycznie. Czułem, że ciężko mi gonić Tamása. Odpuściłem ściganie i powoli posuwałem się do przodu. Dociągnąłem jakoś do przepaku na 65 km. Tam przyjąłem, co miałem przygotowane. Wiedziałem, że to jedyny sposób, by wrócić do biegu. Niestety fizjologii nie oszukam i na wszystko potrzeba czasu. Do punktu na 74 km, na który dobiegłem trzeci, strasznie się męczyłem. Na tym punkcie stwierdziłem, że muszę naprawdę odpocząć i zebrać siły. Postanowiłem poczekać na Michała Tyburka, by razem lecieć do mety.

Michał Tyburek i Artur Jendrych

Po kilkunastu minutach z punktu wybiegliśmy razem z Michałem na 8/9 pozycji. Przebiegliśmy razem 3/4 km. Po czym mówię do Michała, że czuję, że energia wróciła i mogę biec swoim normalnym tempem. Michał zachęcił mnie, by zostawić go i wrócić do walki o podium. Rzuciłem się w pościg 8 pozycji. Po kilkunastu kilometrach przebiłem się na 3. pozycję i miałem ponoć jakieś 5 minut straty do drugiego zawodnika. Te kilkanaście kilometrów przebiegłem 17 minut szybciej od zwycięzcy i ponad 20 minut szybciej od drugiego zawodnika. Zacząłem myśleć, że to jeszcze można wygrać i dojdę ich na zbiegu. Niestety, wybiegając szybko z przedostatniego punktu w pogoni za chłopakami nie zjadłem i nie nawodniłem się odpowiednio. A do kolejnego punktu z wodą było kilkanaście km. Zabrakło mi płynów.

Na zbiegu, kilka km przed metą poczułem, że w łydki idą lekkie skurcze. Po chwili nogi odmówiły posłuszeństwa. Za mało energii i mikro składników przyjąłem przez te wymioty. Postanowiłem, że ukończę bieg, ale już nie ścigając się. Do mety ruszyłem marszem jak turysta. Szkoda mi było zmasakrować nogi. Na ostatnim punkcie posiedziałem trochę dłużej. Nie myślałem już o zawodach. Po nawodnieniu i schłodzeniu się ruszyłem do mety spacerkiem. Na jakieś 250 m przed metą zobaczyłem gościa, który mocno finiszuje i chciał mnie wyprzedzić, bo szedłem. To mu się nie dałem i odpaliłem końcówkę 🙂 Taki to bieg z przypadkiem w roli głównej. Bieg z kilkoma lekcjami i doświadczeniem. Wiem, że mogłem to wygrać. Nawet na luzie pilnując sobie wszystkiego. No ale cóż przypadek, mówi się trudno i biega się dalej.

Trasa Ultra Trail Hungary nie jest szczególnie trudna. W wielu momentach jest bardzo prosta. Kilka stromych podejść, po których można się mocno rozpędzić na szybkich zbiegach. Najbardziej zaskoczył mnie odcinek po 30 km, gdzie trasa była poprowadzona na dziko między drzewami. Trzeba było mocno wypatrywać wstążek, żeby się nie zgubić. Ciekawe a zarazem trudne okazały się dwa ostatnie podejścia w końcówce biegu. Myślę, że wielu zawodników przeklinała sobie w duchu w tym miejscu.

Organizację biegu i pracę wolontariuszy na punktach oceniam na 6. Niczego nie brakowało i nikt niczego nie żałował. Życzliwości i uśmiechów nie było końca. No i zapewnienie przez organizatora lodu na punktach SUPER. Ciekawym rozwiązaniem, z którym spotkałem się pierwszy raz była forma pomiaru czasu. „Zegarek ” dla biegacza i mobilne punkty w rękach wolontariuszy. Świetne rozwiązanie. Dużo punktów kontrolnych, które pozwalają przeanalizować start po biegu.

Czy poleciłbym UTH na debiut na 100 km? Myślę, że nie do końca. Nie jest to trudny bieg technicznie, ale warunki pogodowe, jakie są w trakcie zawodów sprawiają, że ukończenie tego biegu nie należy do najłatwiejszych. Mówią o tym same liczby – na 270 startujących na mecie zameldowało się tylko 150 biegaczy.

Pod kątem organizacyjnym, trasy, widoków i całej reszty poleciłbym ten bieg i myślę, że jeszcze tam wrócę. Wrócę odczarować Węgry.

Zdjęcia: materiały prasowe Ultra Trail Hungary

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *