9 marca 2020 By GÓRY & ULTRA, Slider With 1005 Views

Moja druga setka i druga na Słowacji, czyli Ewa Wzorek o Kysucka Stovka 2020

„Wiecie, co jest piękne w tych górach na Słowacji? Że nie ma tam praktycznie ludzi. Jesteś w górach i nie widzisz ani jednego domu, nie słyszysz, czy coś gdzieś jedzie po ulicy. Słyszysz tylko ćwierkające ptaki. Czyż to nie jest piękne? Ah, jest!” Zapraszamy do przeczytania relacji Ewy Wzorek z Kysucka Stovka, która odbyła się 6 marca 2020 r.

9 marca 2020 r.

Tekst i zdjęcia: Ewa Wzorek

Kysucka Stovka na dystansie 113 km z łącznymi przewyższeniami 4700m (+/-) to jeden z cyklu biegów organizowanych pod patronatem Slovak Ultra Trail. Zdecydowałam się na start w tym biegu już na początku roku po propozycji mojego kolegi. Oczywiście zgodziłam się, bo wiedziałam, że zdobędę kolejne fajne doświadczenie i znowu za granicą!

Gdy przyjechaliśmy, udaliśmy się do Hali Sportowej w Kysucke Nove Mesto, gdzie mogliśmy odebrać pakiety startowe. W pakiecie znajdowała się torba, opaska GARMIN, magnes i ku naszemu zdziwieniu nie było takich jak zawsze na biegach numerów startowych, które się przypina, lecz kartka z 6 punktami kontrolnymi i napisanym obok numerze. Udaliśmy się następnie na odprawę i ruszyliśmy z zawodnikami wspólnie na start, który znajdował się 1 km od Hali w Radol’i.

Punkt 21.00 ruszyliśmy w deszczu. Temperatura była ok. 0°C. Człapaliśmy sobie spokojnie, zdając sobie sprawę, ile kilometrów nas czeka. Pierwszy punkt znajdował się na 8 km, a drugi? 27 km dalej! Więc uzupełniliśmy płyny i ruszyliśmy dalej. Warunki na trasie od samego początku pokazały nam, że będzie niezła wyrypa. Ile tam było błota!!! Wszędzie błoto, które totalnie nas zabijało… A pomyśleć, że to był początek trasy, a gdzie tam do 113 km!?!? Sami zobaczcie!

Gleba też była, a nawet dwie! Ale za to było miękko. No ale nic, trzeba iść dalej, a tam gdzie da się coś biegać, to biec. Na początek byle do punktu K2 na 35 km! Start zaczął się w nocy, więc zdawałam sobie sprawę, że może mnie znużyć. I tak też się działo. Byłam zmęczona tym, że tak mi się chce spać, ale przede wszystkim tym błotem na trasie! Rany! Co to było!? Ale gdy dotarliśmy do punktu, zjedliśmy zupę, uzupełniliśmy to, co trzeba było i siły wróciły.

Ruszyliśmy zatem dalej i wyżej. Cieszyliśmy się, że jeszcze 2-3 godzinki i będzie dzień. I wtedy to też się zaczęło. Ok. 38-40 km miałam halucynacje. Gdy podchodziliśmy pod górę, z małej odległości zobaczyłam znak z nazwą szczytu, więc się ucieszyłam, że zaraz będzie z górki! A tu suprise! Słuchajcie! Podchodzę, a tam taśma biało-czerwona (oznaczenie trasy). Kolejna sytuacja miała miejsce w podobnym odstępie czasu, gdy pięliśmy pod górę i był śnieg. Po lewej stronie w oddali zobaczyłam, że śnieg jest na dachu. Pomyślałam: „O super! Dom w środku lasu, ale czad!” Podchodzę bliżej, a to nachylona polana okryta śniegiem! Zadaję sobie pytanie „Jak!?” Wtedy sobie zdałam sprawę, że to dopiero 40 km, a tu takie rzeczy się dzieją, a do kolejnego punktu jeszcze kawałeczek. Ale cały ból wynagradzały widoki, zobaczcie!

Na ok. 50 km powiedziałam do kolegi – „Maciek, zaraz będę miała kryzys”. Maciek nawet się nie zastanawiając powiedział do mnie: „Ewa, zjedz snickersa”. Zrobiłam to i poczułam się lepiej i teraz, gdy piszę tę relację, to wiecie.. chyba musiałam zacząć gwiazdorzyć… A snickers nigdy mnie nie zawodzi! Dotarliśmy do punktu na 53 km, który znajdował się na zewnątrz, tradycyjnie uzupełnienie i heja dalej! Po mniej więcej pięćdziesięciu kilku kilometrach moje stopy dawały o sobie znać. Całe przemoczone skarpety i buty, więc zaczęłam odczuwać lekki ból stóp z każdym stawianym krokiem. Na szczęście jeszcze nie było najgorzej i mogłam iść dalej. A zawody odbywały się bez przepaku. Ruszyliśmy dalej w górę w kierunku chaty na Wielkiej Raczy, a zbiegając w dół spotkaliśmy po prawej stronie krówki.

Następny punkt był na ok. 66 km w Oscadnicy, Dedovka. Gdy tam dotarliśmy, zjedliśmy kolejną ciepłą zupkę, dostaliśmy energizery i ruszyliśmy dalej. Trasa prowadziła w dół asfaltem, dopiero później w górę. Ale chwila, chwila.. Stopy nie dawały o sobie zapomnieć. A do tego znowu te halucynacje! Zobaczyłam w środku lasu przechylonego, zaniedbanego busa. To były porozwalane gałęzie.. Później dwie kobiety siedzące pod drzewem ubrane w wojskowe ciuchy! A co się okazuje? Dwa duże pniaki pod drzewem! No nie! Naprawdę!? Paranoja! Kolejny punkt znajdował się na 86 km. Bliżej końca, a jednak tak daleko.. Pouzupełniane i dalej w trasę, bo ostatni już punkt na 104 km. Ale gdzieś w międzyczasie było tak pięknie!

A od 94 do 104 km zaczął się dla mnie kryzys, totalny kryzys. Ciągną się te kilometry i ciągną, stopy bolą, ale nie zwracam uwagi, bo jak będę myśleć, to będą boleć jeszcze bardziej! Idę do przodu, idę, ale półżywa.. Ledwo stawiam jedną nogę za drugą. Maciek coś do mnie mówi, ja nic nie słyszałam, nie reagowałam. Jeju, jakbyście mnie Wy wtedy zobaczyli! Brrr. Znowu jest noc, znowu jest ciemno, znowu z tą czołówką i druga noc coraz chłodniej.. Maciek idzie przede mną, a ja za nim. Wpadam w śnieg, wpadam w błoto, które spokojnie dałabym radę ominąć. Po prostu tak słabo widzę, tak bardzo nie mam sił, tak bardzo mam dość, tak bardzo chcę być już na mecie. Ale nie poddaję się. Bo od samego początku wiedziałam i powtarzałam sobie podczas biegu w trudniejszych momentach, że „Ja i tak wiem, że to ukończę, że dam radę, pomarudzę trochę, ponarzekam, znienawidzę bieganie na chwilę, ale zrobię to”. Po prostu ja to wiedziałam. Dotarliśmy do ostatniego punktu kontrolnego, tam zupka, kawka i już tylko 9 km do mety! Jakie już??? Aż 9 km!!!!! Wyszliśmy z punktu, Maciek włączył muzykę i do przodu! To już ostatnie 9 km! Nieważne, że znowu pod górę, nieważne, że potem w dół, nieważne, że stopy nam płakały, byle do tej mety, ciśniemy! Gdy już byliśmy na dole, to było jeszcze chwila, jeszcze moment! Ostatnie metry do mety biegniemy! MEEEEEETA! Jeju, jaka ulga!!! Znowu się udało! Oficjalnie mój najdłuższy dystans, bo 113 km! Ale na jakim przewyższeniu! 4700 m!
Otrzymaliśmy gratulacje i dyplomy i poszliśmy zjeść przepyszny gulasz.

Moi kochani, jaka to była wyrypa! To błoto mnie totalnie zabiło! Pierwszy raz w życiu miałam takie halucynacje i omamy! Pierwszy raz byłam taka nietomna! Był to bardzo trudny bieg, dużo chodzenia, ale trasa świetna. Nie było przepaku, bieg zimą w górach. Trochę hardkor, prawda? Ale wiecie co jest piękne w tych górach na Słowacji? Że nie ma tam praktycznie ludzi. Jesteś w górach i nie widzisz ani jednego domu, nie słyszysz, czy coś gdzieś jedzie na ulicy. Słyszysz tylko ćwierkające ptaki. Czyż to nie jest piękne? Ah, jest!
Apropos punktów! Świetnie wyposażone! Zadbali o nas! Mieliśmy wegetariańskie posiłki, poza tym mogliśmy skonsumować kanapki z nutellą, masłem orzechowym; rodzynki, orzechy, ciastka, batony, owoce, babeczki czekoladowe (miazga!), a również posilić się herbatką, colą czy izo. Co do trasy piękna, ciężka, czasem się zastanawiałam, czy nie jestem przypadkiem na Łemkowynie. Tyle błota było, którego do końca życia nie zapomnę! Oznaczenia myślę, że lepsze niż rok temu na Leteckiej Stovce, ale było dużo takich miejsc, gdzie nie wiadomo było, gdzie iść! Czy prosto, czy w prawo, czy w lewo! Dobrze, że są te tracki 😉 I fajnie biec takie dystanse w towarzystwie! Jest weselej, druga osoba Cię motywuje! Dzięki Maciek!


Chcę Wam powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, że jedyny ból, który odczuwam to delikatny ból łopatek od plecaka. Stopy na końcówce trasy były tragedią, ale teraz już są ok. A nogi? A nogi nic! Nie wiem jak to możliwe, ale jestem sama pod wrażeniem, że po pokonaniu takiego dystansu nogi mnie nie bolały i nie bolą! Chyba się dobrze regeneruję! I mimo tego bólu, halucynacji, nietomności i wszystkich innych dolegliwości, które doznałam w trakcie biegu, zapierałam się, że nigdy więcej, to szybko mi przeszło i już czekam na kolejne! I za to kocham górskie ultra, że dzieją się rzeczy nieprawdopodobne! Przekraczamy granice swoich możliwości!
A na koniec chcę Wam powiedzieć, że da się robić rzeczy, które wydają się nam niemożliwe. Zdradzę Wam mój mały sekret. Silna psychika i wiara w siebie, więcej nic nie trzeba. Wszystko oczywiście zależy od Ciebie, ale pamiętaj, że wszystko jest w zasięgu Twojej ręki i wszystko jest możliwe! Tylko po prostu zrób to, czyli UWIERZ W SIEBIE! A wszystko stanie się prostsze! Róbcie rzeczy niemożliwe i pokonujcie swoje granice, bo to jest piękne! I właśnie w takich chwilach zdajesz sobie sprawę, jakim jesteś silnym człowiekiem.

———————————————————–

Portal www.runandtravel.pl jest polskim partnerem mediowym stowarzyszenia Slovak Ultra Trail

Kalendarium biegów na sezon 2020 znajdziecie >>> TU

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *