29 maja 2019 By GÓRY & ULTRA With 777 Views

Pola, łąki, lasy, bagna… a pośrodku tej niesamowitej przyrody jesteś Ty. Ultraroztocze 2019 w relacji Mateusza Piątka.

„Pola, łąki, lasy, bagna… a pośrodku tej niesamowitej przyrody jesteś Ty, wsłuchany w śpiew ptaków, stukanie dzięciołów, omijający setki jakichś dziwnych robaczków pod stopami. Roztocze to kraina, w której można się po prostu zatracić.” Zapraszamy do przeczytania relacji naszego „wysłannika” Mateusza Piątka z tegorocznej edycji Ultraroztocze.

28.05.2019 r.
Tekst: Mateusz Piątek

Pola, łąki, lasy, bagna… a pośrodku tej niesamowitej przyrody jesteś Ty, wsłuchany w śpiew ptaków, stukanie dzięciołów, omijający setki jakichś dziwnych robaczków pod stopami. Roztocze to kraina, w której można się po prostu zatracić. Tutaj czas płynie wolniej, a w głowie przewijają się piosenki typu: „Parostatkiem w piękny rejs…” albo „Oprócz błękitnego nieba…”. W normalnych okolicznościach ktoś spotykający mnie na trasie biegu śpiewającego Krzysztofa Krawczyka pomyślałby – „No świr!”, ale nie tutaj. Biegnę dalej i spotykam ludzi leżących na łące, na piasku przy rzece, chłodzących stopy w wodzie, czy pijących piwo „U Gargamela”. Ten bieg ma wyjątkowy klimat. Ale od początku…

Ultraroztocze wchodzi do kolekcji tzw. „tour de zbój”, organizowanego przez Fundację Na Ratunek, w skład którego wchodzą biegi: Ultraroztocze, Bojko Trail, Ultrajanosik i Ultrawydma. Medal z każdego z nich jest wyjątkowy, bo stanowi element układanki i wszystkie złożone w jedną całość stanowią jeden „supermedal”. Bieg odbywa się w krainie, w której jeszcze nikt wcześniej nie organizował biegów tego typu – Roztoczańskim Parku Narodowym. Charakter wydarzenia jest nie tylko sportowy, ale także charytatywny, ponieważ część opłaty za bieg od uczestników przeznaczona jest na wsparcie biednej rodziny z miejscowości, w której organizowany jest bieg. Podobnie jak w przypadku pozostałych wydarzeń biegowych organizowanych przez Fundację.

Mateusz Piątek / fot. archiwum prywatne

Co roku w innym miejscu zlokalizowana jest baza biegu… Inna jest również trasa, co dodatkowo uatrakcyjnia ten bieg. Co roku organizator serwuje na tym torcie coś w rodzaju wisienki. Kiedyś był to tzw. Mordor, Kamieniołomy, a teraz… Zdecydowałem się na start na dystansie 60+ km. Trasa wiodła z miejscowości Zwierzyniec do Suśca, gdzie była baza zawodów. Był to drugi, po najkrótszej 30-tce, najbardziej oblegany dystans na zawodach. Biuro zawodów, znajdujące się w Gminnym Ośrodku Kultury, czynne było już od 18.00 w piątek. Tuż po tej godzinie zgromadziła się bardzo duża kolejka chętnych po pakiety. Poza 60-tką i 30- tką startowały dystanse 90 km, 120 km oraz sztafeta na 60 km podzielona na 4 etapy. Tuż przy biurze zawodów rozłożyły się Panie z lokalnych Kół Gospodyń Wiejskich z pysznościami. Ich towarzysze smażyli kiełbasy na zewnątrz budynku, a one serwowały w środku pyszne ciasta, chleby ze smalcem i ogórem czy podobne specjały za dosłownie symboliczną kwotę.

Mateusz Piątek / fot. archiwum prywatne

W pakiecie standardowym dostaliśmy chustę wielofunkcyjną z logo biegu, mapę biegu, mapę Roztocza, magazyn „Magiczne Roztocze”, worek na przepak na metę, galaretki z firmy Wawel, zniżki na lokalny basen i jakieś ulotki.
Jak już wspomniałem, startowaliśmy ze Zwierzyńca, a dokładnie Zwierzyńczyka w parku miejskim. Budzę się rano, a tu grzmoty, burza. Po cichu liczyłem, że to przejdzie do startu. Start przewidziany był na godz. 8 rano. Przed 7.00 w okolicach biura zawodów podstawiły się autobusy czekające na biegaczy zmierzających na start. Tyle co przyjechały i rozwiały się gdzieś burzowe chmury, zrobiło się cieplej a co za tym idzie – duszno. Wyjechaliśmy z lekkim opóźnieniem. Po około 30 minutach dotarliśmy na miejsce. W parku było kilka zbiorniczków wodnych z mostkami, po których mieliśmy przebiegać. Organizator opowiada nam o trasie, życzy dobrej zabawy i w końcu ruszamy.

W początkowej części ma prowadzić nas Michał – jeden z organizatorów, który będzie biegł z przodu, żeby czołówka nie miała problemu z nawigacją w parku. Ruszyliśmy w całkiem przyjemnym tempie za Michałem i obiegliśmy cały park w Zwierzyńczyku skąpany w porannej mgle i rosie. Po prostu bajkowy klimat! Samo obiegnięcie całego parku to około 1,2 km. Niestety nie spotkaliśmy po drodze konika polskiego. Od razu za parkiem rozpoczynał się Roztoczański Park Narodowy. Zdziwiłem się, że Michał cały czas przed nami biegnie i nas prowadzi. Grupa się już rozbiegła, za mną nikogo nie widziałem, a nie chciałem zostać sam, więc trzymałem się czołówki biegnącej z Michałem. Zaczął się pofałdowany leśny teren. Wbiegliśmy na drewniane kładki i po lewej ukazał się pierwszy staw – Echo. Wcześniej ostrzegali, że te drewniane kładki mogą być śliskie i tak faktycznie było. Nie dało się tutaj gnać, ile fabryka dała. Biegliśmy jeszcze kilometr leśnymi ścieżkami aż tu nagle w lesie wyrosły nam schody – na Bukową Górę. Takie, po których za bardzo nie da się biegać, trzeba podchodzić, bo są nierówne. Widziałem całą czołówkę jak wraz z Michałem podchodzili i nawet nie próbowałem tam wbiegać.
Wybiegliśmy z lasu i trafiliśmy na podleśne ścieżki albo raczej krzaczory, gdzie kiedyś były ścieżki, a teraz przejechał jakiś ciągnik. Buty już były mokre od rosy, a ja oglądałem ramiona, czy po drodze nie łapię żadnych kleszczy. Wszystko byłoby ok, gdyby nie wysokie trawy, po których bardziej się przedzieraliśmy niż biegaliśmy. Dzięki temu już na pierwszych kilometrach miałem nogi poparzone pokrzywami. Osoby będące z tyłu oraz kolejne dystanse, które tam dobiegły pewnie miały lepiej, bo ścieżka była już wydeptana.

fot. archiwum prywatne

Dalej zaczęły się pola. Ścieżką jechał traktor, który nie bardzo miałem jak wyprzedzić… No chyba, że wbiegnę w las. Pan zjechał mi na bok w ściółkę leśną, przepuszczając mnie i dając mi całą ścieżkę i jeszcze życzył mi powodzenia! Dawno nie spotkałem się z taką życzliwością ze strony mieszkańców. Pola pełne żółtego rzepaku i zieleni o tej porze roku wyglądały obłędnie. Dookoła kolory, a Ty biegniesz pośrodku ścieżką w polach! Za polami zbiegaliśmy do pierwszej wioski – Szozdy, gdzie znajdował się pierwszy punkt z samą wodą. Miałem wrażenie, że jak tam dobiegłem tej wody jeszcze nie było, a w namiocie stali sami wolontariusze. Mam nadzieję, że tylko dla pierwszych zawodników nie zdążyli dowieźć albo gdzieś ją schowali. Na szczęście bidon pełny – to lecę dalej. Kolejny punkt z wodą na 20 km w kolejnej wiosce. Znowu wbiegamy w las, teren lekko pofałdowany, ale biegnie się przyjemnie. W ogóle nie czuć podbiegów, które są krótkie i niezbyt strome, a zbiegi co najważniejsze – bezpieczne, bo nie ma tutaj kamieni, jest miękko.

Niestety koło godziny 9.00 zaczyna robić się upalnie. Wychodzi słońce, a ziemia paruje. Kiedy wybiega się z lasu w pole, chce się znowu wrócić do lasu. Niestety długie fragmenty trasy wiodą otwartymi terenami polnymi. W oddali widać już Górecko Stare i drugi punkt. Tutaj czeka druga zmiana sztafety. To 20 km naszej trasy. Musimy przebiec kawałek asfaltem, co w tej temperaturze jest katorgą. Wbiegam wreszcie do lasu, a tam jakiś pies nadbiega w moją stronę. Właśnie pogonił poprzednich biegaczy. Mnie jednak postanawia oszczędzić. Wbiegamy do rezerwatu Szum. Tutaj robi się ciekawie. Trasa prowadzi leśną ścieżką spacerową przy linii brzegowej rzeki Szum. Co chwila mamy strome podbiegi i zbiegi, ale dosłownie kilkumetrowe. Trasa bardzo przyjemna, ale zrobiło się trochę błota po porannej burzy i czasem noga potrafi ujechać. Jeszcze podobny fragment przez Górecko Kościelne, mijamy kapliczkę na wodzie pełną kwiatów i balonów, która wygląda jakby miało się w niej odbyć wesele i znowu asfaltowy fragment. Ten odcinek w pełnym słońcu wysysa resztki sił i wody do końca. Na szczęście po chwili wbiegamy w kolejny, piaszczysty las. A za lasem kolejna wioska i znowu słońce. Do tej pory głównie poruszaliśmy się czerwonym szlakiem, do którego się przyzwyczaiłem. Przebiegam przez wioskę, na ławeczkach siedzą ludzie, którzy mnie pozdrawiają, dzieciaki patrzą z zaciekawieniem. Widać, że życie tutaj płynie dużo spokojniej niż w mieście. Ludzie do siebie wychodzą i ze sobą rozmawiają. Zaraz skręcamy z asfaltu zgodnie ze szlakiem, by za chwilę z niego zboczyć i wejść na jakąś stromą górę. Nie może być za prosto. Szlak wiedzie obok w dole, ale zgodnie z oznaczeniami musimy gramolić się po najwyższych górkach w okolicy, żeby za chwilę zbiegać lasem, poza szlakiem. Docieramy do plaży w Józefowie, tutaj już pełno ludzi o tej porze, w tym rybaków i rodzin z dziećmi. Kawałek za plażą znajduje się cmentarz żydowski i kamieniołom w Józefowie. Ta atrakcja mi się wyjątkowo spodobała.

fot. archiwum prywatne

To stąd robione były statuetki dla najlepszych biegaczy na Ultraroztoczu. W kamieniołomie jest słynna wieża widokowa, na której rok temu powiewała flaga biegu. Powoli czuję, że się odwodniłem, brakuje mi picia, a żar leje się z nieba. Czeka nas teraz niemiły, asfaltowy fragment przez Józefów. Tutaj już nie chce mi się biegać. Asfaltowy odcinek po przyjemnych leśnych ścieżkach działa demotywująco. Ale jest punkt odżywczy na 34 km – mnóstwo owoców, izotoniki, kawa, herbata, woda, cola, ciastka, ciasteczka, bułeczki, cukierki, kabanosy, pomidory, cytryny, sól. Wszystko czego dusza zapragnie. Jest też woda, którą można się przemyć i kolejna zmiana sztafety. Wychodzę ledwo z punktu. Nigdy nie byłem w Józefowie, więc spokojnie oglądam miasto. Mam skurcze. Nie da rady biec. Stawiam na wycieczkę po mieście, żeby to trochę rozchodzić. Kawałek dalej znowu trafiamy w pola i lasy. Odkryłem, że całkiem przyjemnie się biega po tym piasku i zaczynam to lubić. Staram się jak najwięcej przebywać w cieniu drzew i nagle trafiamy na długi, płaski, leśny odcinek. Tutaj wyprzedza mnie kilka osób, kiedy zatrzymuję się przy drzewach rozciągnąć swoje skurcze. W tym pierwsza kobieta – Aneta. Staram się jakiś czas dotrzymać jej tempa, ale mi ucieka. Ścieżka robi się monotonna, od kilku km tylko las, las, płasko, nic się nie dzieje.

Żeby było ciekawiej nagle skręcamy w prawo i wdrapujemy się na czworakach na małą górkę, na której kilka dni wcześniej organizator specjalnie usuwał drzewa, żebyśmy mogli tamtędy przejść. Po raz kolejny zboczyliśmy ze szlaku, żeby tylko wbiec na tę górkę i tuż przed wejściem w kolejny kamieniołom – w Nowinach zaraz na niego wrócić! Kolejny punkt odżywczy miał być na 46 km. Mniej więcej po takim dystansie zacząłem mijać ostatnich biegaczy dystansu 30 km, którzy startowali godzinę po nas z Józefowa. Zorientowałem się, że coś nie gra, jeżeli po 47 km nadal nie było punktu. Sporo osób szło zrezygnowanych, bo też liczyli, że ten punkt będzie wcześniej. Na szczęście od około 48 km zaczęły pojawiać się na drzewach informacje o kontroli wyposażenia obowiązkowego – w tym wypadku folii NRC i tak kilkakrotnie, żeby się przygotować aż wreszcie pojawił się punkt na 49 km. Chłopaki weryfikowali wyposażenie, a na punkcie znowu wypas, czyli to samo, co w Józefowie i do tego pieczone ziemniaki z ogniska!

Po załadowaniu brzuszka poleciałem dalej. Tutaj nie spotykałem prawie nikogo ze swojego dystansu, była to raczej 30-tka. Niedaleko za punktem czekała na nas wisienka na torcie – Bobrowisko! Pojawiły się informacje o wkraczaniu na teren bobra, zakładaniu kaloszy… Nagle w krzakach widzę straszną kukłę, a pod butami wodę. Ktoś z boku zdejmuje buty, ktoś wyciąga ręcznik. Nie zastanawiając się ani chwili cisnę w butach przez wodę. Ten odcinek to była przeprawa przez mokradła, stopy zapadały się w błoto, wyciągałem buta razem z ciągnącym się glutem błota, a woda obmywała mi piszczele i łydki. Zaraz za bobrowiskiem zaczęło się chlupanie w butach, które towarzyszyło mi już prawie do końca. Na szczęście zaszło słońce i nie było już tak gorąco. Wbiegliśmy do rezerwatu nad Tanwią, gdzie były kolejne odcinki wzdłuż rzeki po drewnianych kładkach tuż przy potoczku. Zrobiło się chłodniej i przyjemnie. Pamiętam jak mijałem jakąś plażę przy potoczku i część biegaczy siedziała sobie na piasku, mocząc stopy w wodzie. Wszystko nagle zwolniło, na liczniku ponad 50 km, więc po co tak gnać. Następne odcinki leśne trochę się dłużyły aż dobiegliśmy do Gargamela.

Organizator zafundował tutaj biegaczom open bar i mogliśmy poczęstować się piwem na 6 km przed metą. Sporo osób siedziało na zewnątrz z kuflami piwa i wodą. Super pomysł, bardzo przyjemne miejsce na wypoczynek! Za chwilę zbiegało się w dół po schodach, żeby znowu znaleźć się przy rzece – Tanwi i to na wyciągnięcie ręki, bo biegliśmy praktycznie przy samym zwierciadle rwącej rzeki po dość błotnistym i wyślizganym korycie. Tutaj trzeba było uważać, żeby się nie ześlizgnąć. Jeszcze kawałek lasem i już było słychać metę, a na mecie Sławka przybijającego piątkę i witającego każdego zawodnika.

Mateusz Piątek / fot. archiwum prywatne

Od razu dostaliśmy imienne medale, wodę, piwo i pyszny bigos. Przy mecie były także Panie z koła gospodyń wiejskich, u których można było dodatkowo się najeść i napić za naprawdę przyzwoitą kwotę. Od 14.00 rozpoczęła się część artystyczna. Zaczęło się od występu orkiestry dętej, był też koncert zespołu folklorystycznego. Sami lokalsi. Szkoda, że w trakcie występów rozpoczęła się burza, bo pod sceną było pusto, ale wszyscy chętnie słuchali siedząc pod parasolami i popijając pyszne roztoczańskie piwo.

Finalnie udało się dotrzeć do mety na 7. miejscu open i 1. w kategorii wiekowej Senior. Dekoracja i losowanie nagród odbywało się w niedzielę w południe. Fajnie było uczestniczyć w wydarzeniu, które miało drugi szczytny cel, jakim była pomoc potrzebującym rodzinom z gminy Susiec. Aż serduszko mocniej zapukało na wiadomość, że z naszych opłat udało się zebrać prawie 10 tys. złotych.

Mateusz Piątek / fot. archiwum prywatne

Na uwagę zasługuje naprawdę fajna organizacja biegu. Imienne medale, ciekawa trasa w niby mało ciekawym miejscu, prowadząca wyjątkowo fajnymi fragmentami Roztocza, z oznaczonymi ciekawostkami na trasie, takimi jak Bobrowisko, które potrafiło poprawić humor nawet najbardziej wymęczonym biegaczom. Do tego mostki, potoczki, plaże, kamieniołomy. Bardzo duża różnorodność atrakcji na trasie. Chociaż było płasko i przyjemnie, to odwiedziliśmy naprawdę fajne miejsca i nie dało się nudzić. Bardzo podobało mi się zachowanie strażaków, blokujących ruch podczas, gdy przebiegaliśmy przez jezdnię. Często sami musimy uważać, nawet będąc bardzo zmęczeni, co nie jest takie proste i ta mentalność tamtych ludzi. Po wizycie na Roztoczu na pewno się wyciszyłem i zupełnie inaczej patrzę na pewne rzeczy. Wycieczka warta uwagi – jak najbardziej!

Zdjęcie „otwarciowe”: Magdalena Sedlak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *