3 sierpnia 2022 By GÓRY & ULTRA, Slider With 422 Views

Szymon Biel: Grossglockner Ultra Trail 2022 / Austria [relacja z biegu]

„Pierwsze wzniesienia pokonałem swoim tempem, a po jakimś czasie dogonił mnie trzeci zawodnik. Szybka wymiana uprzejmości oraz wrażeń i już jestem trzeci. To było nadal całkiem satysfakcjonujące nas miejsce. Jednak przed sobą wciąż miałem dwie wspinaczki na najwyższe punkty mojego etapu” – o starcie w sztafecie w ramach Grossglockner Ultra Trail pisze Szymon Biel, który razem z bratem Andrzejem zajął 2. miejsce.


3.08.2022 r. / Szymon Biel

Pomysł na start w ultra rozgrywanym na rundzie wokół Grossglockner (3798 m n.p.m.), czyli najwyższego szczytu Austrii zrodził się w mojej głowie późną jesienią. Przebiegłem kilka długich biegów, całkiem nieźle mi w nich szło, brat jest niezłym biegaczem (Grossglockner Ultra Trail ma kategorię sztafet) i mieszka niedaleko Grossglockner’a (ułatwiona logistyka), zawsze marzyłem o ściganiu w naprawdę wysokich górach. Te kilka powodów sprawiło, że wybór padł na Grossglockner Ultra Trail. Podróż poślubną, miesiąc przed startem, spędziłem na treningu w Dolomitach. Andrzej, jako że mieszka prawie u podnóża „Wielkiego Dzwonnika”, oswajanie z wysokością miał z głowy. Jak się później okazało, trening na wysokości na tak poprowadzonej trasie ma kluczowe znaczenie.

W Alpy przyjechałem trzy dni przed startem. Chciałem, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, a mój organizm zdążył się zaaklimatyzować. Prognoza pogody była bezlitosna. Momentami zastanawialiśmy się, czy impreza dojdzie do skutku. O ile lubimy deszczowe i zimne warunki, to burza z piorunami na alpejskich graniach nie należy do przyjemności. Na szczęście prognozy się nie sprawdziły i w piątek punktualnie o 22.00 Andrzej ruszył na swoją 48-kilometrową trasę, w towarzystwie naszych rywali i prawdziwych twardzieli, którzy postanowili się zmierzyć z szalenie wymagającą 110- kilometrową rundą.


Pierwsza zmiana: 48 km i 2700 m+

Przed wyścigiem powiedziałem bratu: „Pewnie ruszą spokojnie. Ty masz 48 km, oni 110 km, więc nie ma raczej opcji, żeby był gaz od startu”. Ultrasi najwyraźniej nic sobie z tego nie robili i pierwsze 5 km pokonali w nieco ponad 20 minut. Andrzej biegł swoim tempem, zmagając się nie tylko z rywalami z innych team’ów, ale i z fatalną pogodą. Deszcz i mgła ograniczająca widoczność i orientację towarzyszyły mu niemal całą trasę. Na metę swojego odcinka w Kals brat dobiegł jako drugi zawodnik w kategorii drużyn. W tym momencie do liderów traciliśmy niecałe 40 minut. Szybka wymiana wrażeń, wskazówki od brata i przyszła kolej na moją zmianę.


Druga zmiana: 62 km i 3800 m+

O 5:45 wyruszyłem na „moją” trasę: 62 km i 3800 m+ w pionie. Do wyścigu podszedłem z dużym respektem. Tak jak wspominałem, był to mój pierwszy start w tak dużych górach i na takiej wysokości (duża część trasy biegła na ponad 2000 m, a najwyższy punkt miał ponad 2600). Praktycznie od startu wysokie tempo narzucił zawodnik liderującej drużyny. Znając swój organizm odpuściłem go. Nie ma nic gorszego niż zbyt mocne rozpoczęcie wyścigu, a następnie przysłowiowa „bomba” i czekanie na metę przez kilkadziesiąt kilometrów.

Pierwsze wzniesienia pokonałem swoim tempem, a po jakimś czasie dogonił mnie trzeci zawodnik. Szybka wymiana uprzejmości oraz wrażeń i już jestem trzeci. To było nadal całkiem satysfakcjonujące nas miejsce. Jednak przed sobą wciąż miałem dwie wspinaczki na najwyższe punkty mojego etapu.

Z czasem trasa i wysokość skutecznie wysysały ze mnie siły, a ja przełączyłem się na tryb oszczędzania energii (widzenie tunelowe, niechęć do rozmowy z rywalami). Tryb ten działa tak znakomicie, że nawet słysząc głosy kibiców z Polski, nie miałem sił się uśmiechnąć i pożartować, jak to mam w zwyczaju.

Wraz ze wzrostem wysokości pojawił się wiatr, chłód i pierwsze przykurcze. Zimno mi nie przeszkadza, ale przebywanie na 2600 m n.p.m, kompletnie na letniaka, w koszulce na ramiączkach, gdy temperatura wynosi 5 stopni Celsjusza to niezbyt rozsądny pomysł. Postanowiłem sięgnąć po kurtkę do plecaka (bez jego ściągania) i moja ręka zastygła w około 3/4 jej zakresu ruchu. Założyłem chociaż rękawiczki, a kilkaset metrów później byłem już na najdłuższym, bo prawie 20-kilometrowym zbiegu.

Przed sobą miałem już ostatnie wzniesienie. Mój support (żona i wyspany już po swoich zmaganiach Andrzej) błyskawicznie mnie obsłużyli na punktach odżywczych. Jedzenia miałem aż za dużo. Wolę mieć więcej niż mniej, jednak na ostatnich kilometrach wyścigu zabrakło dwóch rzeczy: elektrolitów i magnezu. Potężne skurcze dosłownie zwaliły mnie z nóg, a ja klnąc pod nosem, siedziałem na alpejskim szutrze i wbijałem w swoje nienaturalnie naprężone mięśnie agrafkę, którą odczepiłem z numeru startowego. Dodatkowo jeden z zawodników innego dystansu poratował mnie saszetką elektrolitów i jakoś zbiegłem w świetnym humorze do Kaprun.

Ostatecznie zajęliśmy 2. miejsce w wyścigu sztafet (na końcowy wynik składała się suma czasów obu zawodników drużyny).

Plan na bieg był jeden: zająć miejsce na podium. Udało się go zrealizować. Teraz czas na chwilę regeneracji i wyznaczenie kolejnego celu, który zapewni równie wielkie emocje jak Grossglockner Ultra Trail.


Andrzej i Szymon 110 km pokonali w czasie 14:56:13. Andrzej –  48 km i 2700 m+ (czas: 6:57.03) / Szymon – 62 km i 3800 m+ (czas: 7:59.10).


Jeśli publikowane na naszej stronie treści są dla Ciebie wartościowe, możesz zostać naszym Patronem i dobrowolną wpłatą wspierać finansowo rozwój www.runandtravel.pl i naszą codzienną pracę.

Dzięki Twojemu wsparciu będziemy mogli dostarczać Ci jeszcze więcej biegowo-podróżniczych inspiracji i praktycznych informacji. 

Wejdź na nasz profil (kliknij baner poniżej) i dowiedz się, jak dołączyć do Patronów.

Tags : ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *