Kiedy walka o podium przegrywa z żywiołem. Tomasz Zyśko o Gotland Run 511K

Rozmawiała Monika Bartnik
16 min. czytania

„Trząsłem się z zimna i nie miałem żadnego zabezpieczenia, aby przetrwać tam noc” – tak Tomasz Zyśko opisuje moment, w którym po 440 kilometrach Gotland Run musiał podjąć najtrudniejszą decyzję: zejść z trasy, mimo że walczył o podium.

Spis treści

Tomasz opowiada o Gotland Run – biegowej wyprawie dookoła szwedzkiej wyspy, gdzie zawodnicy sami planują sen, jedzenie i strategię, a jedyną pomocą z zewnątrz jest ta, którą sami sobie zorganizują. I o cyklonie, który w kilka godzin zmienił walkę o podium w walkę o przetrwanie.

Skąd pomysł, żeby zmierzyć się właśnie z Gotland Run 511K? Co było w tym wyzwaniu najbardziej kuszące?

Tomasz Zyśko: Tak naprawdę chciałem zapisać się na Western States Endurance Run, lecz niestety nie zostałem wylosowany. Dlatego zacząłem poszukiwać jakiegoś biegowego substytutu, który byłby albo znanym albo ciężkim biegiem. Wszystkie znane biegi były już obstawione, więc zacząłem kombinować z biegami naprawdę długimi. 

Gotlandię polecił mi znajomy Duńczyk – Tommy Jacobsen i stwierdziłem, że to spełnia te wymagania, które sobie postawiłem. Dodatkowo nigdy nie biegłem takiego dystansu, więc to też było dla mnie wyzwanie i nowe doświadczenie – a przecież o to chodzi.

Gotland Run to nie jest klasyczny ultramaraton, ale bardziej biegowa wyprawa - zawodnicy sami planują sen, jedzenie i strategię pokonywania trasy. Co najbardziej zafascynowało Cię w tej formule?

Tomasz Zyśko: I tak i nie. Na trasie masz sześć punktów, gdzie możesz się przespać i coś zjeść. Tak więc nie musisz mieć ze sobą wszystkiego, czyli śpiwora i jedzenia liofilizowanego. To też powoduje, że plecak z rzeczami, mimo formuły self-support, nie jest bardzo ciężki i możesz biec a nie raźnie maszerować. Ja osobiście nastawiałem się na to, że trasę pokonam biegnąc a nie idąc. Same wymagania czasowe dopuszczają jednak formułę, że możesz potraktować start jako wyprawę.

Ważne jest to, że jest formuła self-support, czyli jakakolwiek zorganizowana pomoc z zewnątrz jest niedozwolona. Oczywiście możesz coś sobie kupić (jak akurat znajdziesz sklep, a z tym łatwo nie jest), ale nie możesz mieć osób z całym zapleczem wspierających ciebie. 

Przed startem mówiłeś, że chciałeś powalczyć i pokonać trasę znacznie szybciej niż przewiduje limit. Jak wyglądał Twój plan na te 511 kilometrów?

Tomasz Zyśko: Mój plan był zrobić trasę w 3 dni z kawałkiem. Wiedziałem, że chcę biec, choć nie do końca zdawałem sobie sprawę, z czym to się wiąże. Biegałem 200-250 km wiele razy, ale taki dystans był dla mnie nowym doświadczeniem. Dlatego też pozwoliłem sobie skorzystać z pomocy Pawła Żuka (którego gorąco pozdrawiam), który dawał mi rady, jak rozłożyć sen, aby być wypoczętym (haha), a jednocześnie, aby nie „zastygnąć” z nogami. I tej formuły się trzymałem. Jednak, gdy wyszedłem poza dystanse, jakie były mi znane, musiałem już coraz więcej improwizować oraz dostosowywać założenia w zależności od  zmieniających się warunków.

Co jest większym wyzwaniem - samo bieganie, organizacja snu, jedzenia czy podejmowanie decyzji przez wiele dni z rzędu?

Tomasz Zyśko: Te priorytety zmieniają ci się podczas biegu. Pierwszy dzień jest taki, że wiesz, na co się piszesz i trzymasz się planu. Wiedziałem, że chcę dojść do drugiego punktu, ale zabrało mi to więcej czasu niż mogłem przypuszczać (porównywałem sobie to z Ultrabalatonem). Im dalej jednak coraz trudniejsza była organizacja odpoczynku i snu. Do tego dochodzą kontuzje mechaniczne, które wychodzą po 300-350 kilometrach, a ponieważ nie możesz przyjmować pomocy z zewnątrz musisz kombinować samodzielnie, jak walczyć choćby z otarciami czy opuchlizną. Dopiero wtedy stajesz przed naprawdę ciężkimi wyzwaniami.

Co okazało się największym zaskoczeniem po wejściu w ten tryb funkcjonowania? Czy coś, czego nie dało się przewidzieć przed startem?

Tomasz Zyśko: Walczyłem z jednej strony z Achillesem, który mi napuchł (potocznie gdyż oczywiście chodzi o staw skokowy), zaś z drugą nogą miałem problem z kolanem (a może bardziej z pasmem). I to są takie rzeczy, których przewidzieć ani wytrenować do końca nie możesz. Podczas biegu kontaktowałem się z moim rehabilitantem i paroma znajomymi – jak minimalizować skutki kontuzji. Do tego masz coraz gorszą kondycję stóp, które zwyczajnie zaczynają się odparzać i tworzą się rany na podeszwach. Więc każdy krok zaczynasz realnie czuć bólem, bo przy każdym kroku, ranę podrażniasz i nie pozwalasz jej się zagoić. Tak więc ogólnie wydolnościowo byłem w dobrej/bardzo dobrej kondycji jednak od pewnego okresu organizm zaczął się buntować.

Jak wyglądały najtrudniejsze momenty? Co pomagało Ci iść dalej, kiedy organizm albo głowa zaczynały protestować?

Tomasz Zyśko: Pominąwszy końcowe wydarzenia, o których za chwilę, to chyba jeden z najcięższych momentów przeżyłem w nocy przed ostatnim dniem. Już bolało mnie wszystko, a doszedł jeszcze problem snu. Szliśmy drogą, po której jeździły samochody, a ja odpływałem w sen. Rzeczywistość mi odjeżdżała i szedłem śniąc. Wyglądałem jak pijany, bo siłą rzeczy człowiek się wtedy zatacza. Zszedłem z drogi, przykryłem się folią aluminiową, nastawiłem alarm na „za 15 minut” i poszedłem spać mimo padającego deszczu. To postawiło mnie na nogi. 

Punkty wsparcia były bardzo słabo oznakowane – pierwszy i drugi znalazłem bez problemu ale … trzeci już szukałem i dzwoniłem do organizatorów, podobnie z piątym (dołożyłem dobre 4 kilometry) a trzeci … ominąłem co spowodowało, że walczyłem później z sennością.

Po pierwszych dniach byłeś bardzo wysoko w klasyfikacji i pokonałeś już setki kilometrów. Kiedy poczułeś, że ten bieg naprawdę zaczyna być walką nie tylko z dystansem, ale też z okolicznościami?

Tomasz Zyśko: Tak, urwaliśmy się we trzech i szarpaliśmy wzajemnie. Zmienialiśmy się – raz byłem drugi, później trzeci. Pod koniec drugiego dnia pierwszy z nas miał 367 km, ja miałem 365, a osoba za mną 364, zaś już czwarta osoba ledwo przekroczyła 300. Tak więc sama widzisz, że równo szliśmy i ja jakoś dawałem radę, mimo że kilka razy pomyliłem drogę i musiałem się cofać. 

Trzeciego dnia zaczęło padać i mimo że dzień rozpoczął się pogodnie trafiliśmy na solidne opady. A deszcz w Szwecji jest naprawdę intensywny i żadne biegowe kurtki tu nie pomagają. Już po chwili zaczynają przeciekać niezależnie, jaką membranę posiadasz.

Ostatecznie, ze względu na warunki pogodowe, musiałeś zakończyć bieg 69 kilometrów przed metą. Co dokładnie wydarzyło się na trasie?

Tomasz Zyśko: Tak opady, o których mówiłem przerodziły się w cyklon. Byłem już na 440 kilometrze i brakowało mi dziesięciu kilometrów do tego, aby dojść do ostatniego punktu, w którym zamierzałem się wysuszyć, naładować telefon i ruszyć dalej. 

Była godzina 19-20, a ja jestem w jakiejś osadzie, gdzie są raptem trzy domy i las dookoła. Na domiar złego telefon zaczął mi się wyładowywać. Znalazłem stary przystanek autobusowy i tam się skryłem. Wiatr przybierał na sile (ok. 100 km/h), woda z nieba się lała, zaś temperatura realna spadła do 12-13 stopni. Ja byłem w przemoczonych ciuchach i trząsłem się z zimna i nie miałem żadnego zabezpieczenia, aby przetrwać tam noc. Bieg miał być przerwany, później poszedł komunikat, że jest on normalnie kontynuowany i mamy sobie radzić. 

Nie miałem możliwości ucieczki i zapewnienia sobie jakiegokolwiek lokum na noc, zmarznięty podjąłem decyzję i zadzwoniłem do rodziny. Ci, nie przyjechali sami (bali się, że wiatr wywróci kampera, którym podróżowaliśmy), a wysłali po mnie taksówkę, która zabrała mnie z tego przystanku. Po godzinie byłem w domu – zmarzłem tak, że nie potrafiłem nic mówić, tylko trząsłem się.

W takich projektach często najtrudniejszą decyzją nie jest rozpoczęcie walki, ale jej zakończenie. Jak wyglądał moment, kiedy podjąłeś decyzję, że tym razem trzeba zejść z trasy?

Tomasz Zyśko: W zasadzie ja znalazłem się w matni. Wiedziałem, że jeśli mam kontynuować to muszę spać w tej wiacie w przemoczonych ubraniach. Z drugiej strony trząsłem się z zimna i bałem się zwyczajnie spędzić tak noc. Na żadną pomoc, jak choćby przedostanie się do jakiejś stodoły i tam przenocowanie, nie mogłem liczyć, bo nie sposób było wyjść spod dachu. Dodatkowa presja to kończąca się bateria w telefonie, co potęgowało mój stres – no bo jak padnie, to nawet wycofać się nie mogłem ani po pomoc zadzwonić. Tak więc mimo że byłem trzeci z dużą przewagą nad następnym zawodnikiem i za chwilę miałem ukończyć to wybrałem opcję – DNF.

Czy z perspektywy czasu patrzysz na ten start jako na niedokończone wyzwanie czy raczej jako ogromne doświadczenie i sukces?

Tomasz Zyśko: Miał bym pretensję do siebie, gdbym zszedł po 100 kilometrach. Ale jeśli cały czas jesteś w czołówce – idziesz na rekord trasy, a po 450 kilometrach dopada ciebie cyklon – to nie możesz być rozczarowany startem. Zrobiłem, co mogłem i ze startu jestem zadowolony. Sami Szwedzi mnie podziwiali, gdyż znacząco ich wyprzedziłem, mimo że trasy nie znałem i obcokrajowiec zawsze ma ciężej.

Gotland Run prowadzi wokół całej wyspy, przez wybrzeże, drogi, szutry i bardziej terenowe fragmenty. Jak zapamiętasz samą Gotlandię?

Tomasz Zyśko: Tego jest około 30%, gdzie faktycznie biegniesz poza głównymi trasami. Większość jednak wyścigu to wyścig po ulicy. A Gotlandia jest piękna – bieg ten nie reklamuje się pięknymi widokami, a szkoda. Klify, wybrzeże, las to gotlandzki „banał”, a widoki są naprawdę pocztówkowe. Ludzie są bardzo sympatyczni  i otwarci z pomocą – duże posesje, starannie utrzymane i zadbane. 

To, co jest dziwne to nie ma tam sklepów ani restauracji. Mimo że mijałem miasteczka to sklep widziałem tylko 2-3 razy, co jest dodatkowym utrudnieniem w całym biegu. Nawet stacje benzynowe są zamykane około godziny 21-22 i rzadko która prowadzi sklep.

Czy podczas takiego wielodniowego biegu, mimo zmęczenia i koncentracji na zadaniu, pojawiały się momenty zachwytu miejscem, przez które biegniesz?

Tomasz Zyśko: Piękno przyrody docierało do mnie, chociaż jak biegnę to faktycznie biegnę a nie robię zdjęcia, mimo że mogłem sobie na to pozwolić. Raczej przede wszystkim myślisz o tym, jak zaplanować sobie następne ruchy – kiedy sen, kiedy żel kolejny, czy mam wystarczającą ilość wody etc. niż o otaczającej przyrodzie. 

To, na co zwracałem uwagę to… znaki drogowe z ograniczeniami prędkości. Podczas kolejnych dni dzielisz sobie odcinki na mniejsze i mówisz – “to idę, to biegnę”. Jak widziałem znak np. ograniczenie do 90 km/h mówiłem sobie „ok. będę biegał do dziewięćdziesiątki”.

Szwedzi są ogromnymi pasjonatami amerykańskiej motoryzacji, więc siłą rzeczy zauważasz, gdy mija Ciebie taki klasyk z lat 50. czy 60.  z bulgoczącym silnikiem.

Masz za sobą wiele ekstremalnych projektów ultra. Czego nauczył Cię Gotland Run, czego nie dały wcześniejsze starty?

Tomasz Zyśko: Przede wszystkim tego, że mogę dużo. To nie jest oblegany bieg, ale startował 40-45 osób, a ja byłem w stanie walczyć o pudło pośród tych, co się zdecydowali. No i ja cały czas mogłem biec – oczywiście urazy mechaniczne mi przeszkadzały, ale nie byłem zmęczony tak, abym miał odcięcie. To tylko pokazuje, że trzeba mierzyć wyżej i dalej.

Czy po takim doświadczeniu masz ochotę wrócić kiedyś na Gotlandię i dokończyć te brakujące kilometry?

Tomasz Zyśko: Nie lubię patrzeć wstecz. Nie lubię wspomnień i kombatanctwa – „a Panie, a my tam w 2004 roku to biegaliśmy i przebiegliśmy”. Dlatego też nie chcę być strażnikiem danego biegu, jak i nie zamierzam sobie coś udowadniać dobiegając te brakujące 69 kilometrów. Ja już pokazałem sobie, że potrafię, a jest tyle fajnych miejsc do odwiedzenia, więc akurat ta Gotlandia nie jest priorytetem. 

Wydaje mi się również, że o wiele ciekawszy byłby to bieg gdyby „support” był dozwolony, gdyż wtedy bardziej jesteś Kipchoge niż Bearem Gryllsem i więcej zależy od Ciebie, a nie od warunków, jakie cię spotkają. To czyni też szanse bardziej wyrównanymi dla wszystkich. Wtedy na pewno pomyślałbym o tym, aby jeszcze raz doświadczyć takiej przygody.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować tym wszystkim, którzy byli ze mną i mnie wspierali podczas tego biegu. Bardzo to było pomocne i budujące.

Jakie kolejne wyzwanie pojawia się dziś w Twojej głowie?

Tomasz Zyśko: Pojawiło się ono w mojej głowie, gdy obudziłem się następnego ranka po zejściu z trasy. To będzie też długi bieg – ponad 400 km, ale na razie nie zapeszajmy. A jak na razie kibicowałem tym, którzy startowali na Badwater (gratulacje) oraz biegnącym Authentic Phidippides Run – Rafał Woś trzymam kciuki.  

Czy po tylu latach biegania ultra nadal szukasz przede wszystkim kolejnych granic do przesunięcia, czy bardziej miejsc i doświadczeń, których nie da się przeżyć w żaden inny sposób?

Tomasz Zyśko: Chyba i jedno i drugie. Wiesz ja mimo tych lat cały czas jestem głodny biegania i przesuwania tych granic. Nie cofam się, ale idę do przodu. Po Badwater miałem taki okres, gdzie szukałem wyzwań i czułem się wypalony. No bo co dalej robić, jak się przebiegło marzenie, o które od lat walczyłem. Chwilę to trwało zanim się pozbierałem i na nowo zacząłem siebie określać. Na pewno nie chcę przestać ani usiąść na laurach, by stać się „opowiadaczem”. A zawsze ten smak zwycięstwa i pokazania sobie – można więcej, szybciej, dalej daje pozytywnego kopa. A jeśli to się dzieje w jakimś ciekawym miejscu – to tym lepiej.

Udostępnij ten artykuł