Miśka Witowska ukończyła Trofeo KIMA, jeden z najbardziej wymagających technicznie biegów górskich, zajmując 12. miejsce wśród kobiet. Rozmawiamy z nią m.in. o spełnionym marzeniu, i o tym, dlaczego KIMA to zdecydowanie coś więcej niż „kolejny trudny trail”.
- Marzyłaś o tym biegu przez dziesięć lat, przez sześć podejmowałaś próby, żeby stanąć na linii startu. Czy w pewnym momencie pomyślałaś “być może Trofeo KIMA nie jest mi pisana?”
- Czy przez te wszystkie lata Trofeo KIMA stawała się dla Ciebie coraz większym marzeniem czy raczej coraz większym wyzwaniem do pokonania?
- Napisałaś w swoich social mediach: „są zawody i jest Trofeo Kima”. Co dokładnie sprawia, że Kima zasłużyła u Ciebie na tę osobną kategorię?
- Tegoroczna edycja to piękne spełnienie Twojego marzenia. Zajęłaś świetne 12. miejsce wśród kobiet i 159 w klasyfikacji generalnej na 320 zawodników, którzy ukończyli. Jak “smakowała” meta po tylu latach czekania?
- Kima ma bardzo specyficzną formułę – techniczna trasa, eksponowane odcinki, łańcuchy, dużo podejść i zejść. Czy możemy to jeszcze nazwać biegiem? Gdzie najbardziej poczułaś, że to nie jest „kolejny trudny trail”, tylko zupełnie inna kategoria zawodów?
- Czy Trofeo Kima jest bardziej testem wydolności, odporności psychicznej czy umiejętności poruszania się po górach? A może właśnie dlatego jest tak wyjątkowa, że wymaga wszystkiego naraz?
- Który fragment trasy najbardziej zapadł Ci w pamięć i dlaczego właśnie ten?
- Masz w planach jeszcze kiedyś wystartować w Trofeo KIMA czy raczej zachować wspomnienia z tego roku i szukać kolejnych biegowych marzeń?
- Jakie masz kolejne marzenie na swojej liście?
Marzyłaś o tym biegu przez dziesięć lat, przez sześć podejmowałaś próby, żeby stanąć na linii startu. Czy w pewnym momencie pomyślałaś “być może Trofeo KIMA nie jest mi pisana?”
Miśka Witowska: Nie, nigdy tak nie pomyślałam. Ten bieg odbywa się co dwa lata, a ja miałam po prostu trochę pecha, ponieważ od kiedy postanowiłam wziąć w nim udział, w każdym roku, w którym odbywała się edycja, miałam kontuzję lub pojawiały się inne okoliczności uniemożliwiające mi start. Wiedziałam jednak, że prędzej czy później się tam pojawię.
Czy przez te wszystkie lata Trofeo KIMA stawała się dla Ciebie coraz większym marzeniem czy raczej coraz większym wyzwaniem do pokonania?
Miśka Witowska: Od 2016 roku, gdy po raz pierwszy usłyszałam o tych zawodach, trafiły one na moją listę biegów-marzeń. Przez różne okoliczności musiałam realizację tego marzenia przekładać w czasie, ale nie powiedziałabym, że patrzyłam na Kimę jak na coraz większe wyzwanie do pokonania. Po prostu obiecałam sobie, że w końcu się uda i tak też się stało. 🙂
Napisałaś w swoich social mediach: „są zawody i jest Trofeo Kima”. Co dokładnie sprawia, że Kima zasłużyła u Ciebie na tę osobną kategorię?
Miśka Witowska: Trofeo KIMA to wyjątkowe zawody. Trudno je porównać do jakiegokolwiek innego biegu. Trasa przebiega w trudnym technicznie, prawdziwie górskim terenie. Wyjątkowa jest również atmosfera imprezy, a fakt, że zawody odbywają się co dwa lata i żeby wziąć w nich udział, trzeba wykazać się doświadczeniem w górach i w biegach w trudnym terenie, stanowi ich dodatkową wartość. Zdecydowanie nie są to zawody dla każdego. Dla mnie udział w tym biegu był dużym przeżyciem i z pewnością zapadnie mi w pamięć o wiele bardziej niż standardowy start w zawodach biegowych.
Tegoroczna edycja to piękne spełnienie Twojego marzenia. Zajęłaś świetne 12. miejsce wśród kobiet i 159 w klasyfikacji generalnej na 320 zawodników, którzy ukończyli. Jak “smakowała” meta po tylu latach czekania?
Miśka Witowska: Czułam się bardzo szczęśliwa i przede wszystkim cieszyłam się, że ukończyłam te zawody. Od strony sportowej nie uważam jednak, żeby mój wynik na mecie był szczególnie znaczący. Ze względu na problemy w procesie przygotowań wiedziałam przed startem, gdzie są moje ograniczenia i że pewne elementy tej wymagającej trasy będą dla mnie wyjątkowo trudne.
Te zawody były jednak dla mnie na tyle ważne, że rywalizacja sportowa zeszła na drugi plan, a celem była przede wszystkim meta. W pewnym sensie jej osiągnięcie stanowiło zamknięcie pewnego rozdziału i realizację wieloletniego marzenia. 🙂
Kima ma bardzo specyficzną formułę – techniczna trasa, eksponowane odcinki, łańcuchy, dużo podejść i zejść. Czy możemy to jeszcze nazwać biegiem? Gdzie najbardziej poczułaś, że to nie jest „kolejny trudny trail”, tylko zupełnie inna kategoria zawodów?
Miśka Witowska: Kategoria trudności trasy jest w dużej mierze subiektywna, bo to, co dla jednych jest jeszcze łatwym terenem, dla innych będzie już bardzo trudne. To samo dotyczy definicji trailu i tego, czym jest, a czym już nie jest bieganie.
Jeśli spojrzymy na najlepszych zawodników Trofeo KIMA, zobaczymy, że sporą część zawodów pokonali w biegu. Czy to oznacza jednak, że ten teren jest biegowy? W mojej ocenie absolutnie nie.
Pod kątem trudności technicznych były to zdecydowanie najtrudniejsze zawody, w jakich kiedykolwiek wzięłam udział. Już przed startem wiedziałam, że to nie będzie „kolejny trudny trail”, ale wyjątkowość i trudność tej trasy w pełni ukazały się już na pierwszej przełęczy (z siedmiu, które były do pokonania), czyli około 14. kilometra. I tak było przez kolejne 25 kilometrów.
Dodatkowo trzeba pamiętać, że spora część trasy przebiega na wysokości między 2500 a 2900 m n.p.m., co również znacząco zwiększa trudność.
Czy Trofeo Kima jest bardziej testem wydolności, odporności psychicznej czy umiejętności poruszania się po górach? A może właśnie dlatego jest tak wyjątkowa, że wymaga wszystkiego naraz?
Miśka Witowska: Trofeo KIMA wymaga wszystkich wymienionych kompetencji. Potrzebne jest dobre przygotowanie fizyczne, żeby pokonać blisko 50 km i 4000 m przewyższenia. Jednocześnie kluczowa jest umiejętność szybkiego i bezpiecznego poruszania się w wymagającym terenie górskim, do czego z kolei potrzebne są zarówno odporność psychiczna, jak i obycie w takim terenie.
Który fragment trasy najbardziej zapadł Ci w pamięć i dlaczego właśnie ten?
Miśka Witowska: Nie potrafię wskazać jednego fragmentu. Cała środkowa część biegu jest wyjątkowa, bo wymaga dużej koncentracji i skupienia, a jednocześnie w pojedynczych momentach, kiedy można sobie pozwolić na rozejrzenie się, oferuje przepiękne widoki. Chyba najtrudniejszymi miejscami był zbieg/zejście z przełęczy Cameraccio i podejście na przełęcz Camerozzo. Na tych fragmentach wyraźnie do mnie dotarło, że błąd czy potknięcie mogłyby się bardzo źle skończyć.
Masz w planach jeszcze kiedyś wystartować w Trofeo KIMA czy raczej zachować wspomnienia z tego roku i szukać kolejnych biegowych marzeń?
Miśka Witowska: Być może będę chciała jeszcze kiedyś wrócić na trasę Trofeo KIMA, bo wiem, że stać mnie na lepszy wynik. Nie traktuję tego jednak jako sztywnego celu. Może się więc okazać, że tegoroczny start będzie moim jedynym doświadczeniem na tej pięknej trasie. Czas pokaże!
Jakie masz kolejne marzenie na swojej liście?
Miśka Witowska: Jest ich jeszcze kilka, ale nie będę zdradzać póki co ☺

