Łemkowyna 2026 odbędzie się w drugi weekend października w Beskidzie Niskim. Na biegaczy czeka siedem dystansów – od 10 do 150 km – oraz nowa trasa 18 km przez Jeziorka Duszatyńskie. O tym, dla kogo są poszczególne dystanse, jak przygotować się do biegu, czego spodziewać się na trasie i dlaczego warto zostać w Beskidzie Niskim na cały weekend, opowiada Krzysztof Gajdziński.
- Łemkowyna Trail już w drugi weekend października. Co czeka biegaczy w tym roku i co będzie największym wyzwaniem na trasach? Czy w ogóle jest szansa na błoto?
- W tym roku nowością jest dystans 18 km. Dla kogo jest ta trasa? Czy to dobry wybór dla osoby, która dopiero zaczyna przygodę z biegami górskimi?
- A jeśli ktoś biega już regularnie, ale nigdy nie startował w Łemkowynie, który dystans powinien rozważyć? Co wybrać, jeśli chce poczuć klimat imprezy, ale nie porywać się od razu na ultra?
- Czy na Łemkowynę można przyjechać bez wielkiego doświadczenia w górach? Jakiego przygotowania potrzebuje zawodnik, żeby bezpiecznie i z przyjemnością pokonać wybrany dystans?
- Co najbardziej zaskakuje osoby, które startują w Łemkowynie po raz pierwszy? Trasa, atmosfera, kibice, organizacja, a może coś zupełnie innego?
- Gdybyś miał wybrać jedno, dwa miejsca na trasie, w których zawodnik powinien na chwilę podnieść głowę i zamiast patrzeć na zegarek rozejrzeć się dookoła, gdzie by to było?
- Dla niektórych biegaczy Beskid Niski jest mniej oczywistym kierunkiem niż Tatry czy Karkonosze. Co warto zobaczyć i zrobić przy okazji przyjazdu na Łemkowynę? Czy warto zaplanować cały weekend?
- Jeśli ktoś jeszcze się zastanawia i nie jest pewien, czy wystartować w tym roku – co powiedziałbyś mu dzisiaj? Dlaczego warto przyjechać do Beskidu Niskiego właśnie tej jesieni?
Łemkowyna Trail już w drugi weekend października. Co czeka biegaczy w tym roku i co będzie największym wyzwaniem na trasach? Czy w ogóle jest szansa na błoto?
Krzysztof Gajdziński: Co czeka biegaczy w tym roku? Przede wszystkim piękny, jesienny Beskid Niski, piękne trasy. Aż 7 dystansów: 10, 18, 30, 48, 70, 100 i 150 km. Beskid Niski już pusty. Wprawdzie w ostatnich latach jest bardziej popularny niż wtedy, kiedy zaczynaliśmy Łemkowynę, ale jesienią wciąż jest tu naprawdę bardzo odludnie. O ile latem rzeczywiście widać dużą różnicę, można by wręcz powiedzieć, że Beskid Niski zaczyna być modny, o tyle jesienią wciąż jest dziki i wciąż jest bardzo mało ludzi, nie licząc oczywiście weekendu Łemkowyny ;-).
Czymś szczególnym w tym roku będzie na pewno cała grafika Łemkowyny, którą już niedługo zaczniemy publikować. Jest ona oparta o jedno dzieło, które było dla nas inspiracją. Oczywiście nie w taki sposób, że przełożyliśmy wszystko jeden do jednego, ale punktem wyjścia była rzeźba Bogdana Kareła. To niestety już zmarły łemkowski rzeźbiarz, którego prace pojawiły się na wystawie poświęconej sztuce Łemków w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.
I z tym wiąże się zabawna historia, bo poszedłem zobaczyć tę wystawę podczas zwiedzania kuratorskiego z Michałem Szymko, znawcą sztuki łemkowskiej, którego poznałem już wcześniej i który zna naszą imprezę. Właśnie tam, podczas oprowadzania kuratorskiego, poznałem syna Bogdana Kareła, Piotra. Jakoś tak naturalnie się zgadaliśmy, poznaliśmy się i wtedy wpadłem na pomysł, żeby jedną z tych bardzo charakterystycznych rzeźb wykorzystać jako inspirację do stworzenia grafik tegorocznej Łemkowyny.
Piotrek bardzo szybko się na to zgodził, ale postawił jeden warunek – że tą wizualizacją musi się zająć osoba, która jest Łemkinią. Konkretnie chodziło o Kamilę Trochanowską, którą Piotrek już znał. No i tu znowu widać, jaki ten świat jest mały, bo Kamila robiła nam już w poprzednich latach plakaty Łemkowyny i była kilkukrotnie na samej imprezie wraz z reprezentacją biegających Łemków. Więc to wszystko bardzo naturalnie się połączyło.
Piotr zgodził się na wykorzystanie pracy swojego ojca jako inspiracji, a Kamila przełożyła to na naprawdę piękne grafiki. Będziemy mieli dużo kolorowych elementów, będą piękne koszulki, będzie plakat z tą rzeźbą, więc naprawdę warto to zobaczyć. To jest po prostu bardzo świetna historia pokazująca magię tej krainy i serdeczność ludzi ją zamieszkujących.
Mam nadzieję, że uczestnikom też się to spodoba i że przy okazji uda się trochę przybliżyć łemkowską sztukę. Bo oczywiście wszyscy, którzy tu biegają, świetnie znają już przydrożne kapliczki, cmentarze czy cerkwie, natomiast znacznie mniej osób zna tę współczesną sztukę łemkowską. Zapraszaliśmy już wcześniej na wystawę sztuki Łemków, ale nie wiem, ile osób faktycznie wzięło w niej udział i ile osób ją zobaczyło. A tutaj będzie coś, co będzie można zobaczyć już bezpośrednio na samej imprezie.
W tym roku nowością jest dystans 18 km. Dla kogo jest ta trasa? Czy to dobry wybór dla osoby, która dopiero zaczyna przygodę z biegami górskimi?
Krzysztof Gajdziński: Z nową trasą ruszyliśmy tym razem trochę bardziej na wschód. To bardzo ładna i jednocześnie szybka trasa. Już po drodze na start zawodnicy zobaczą cerkiew w Turzańsku – naprawdę wyjątkowy, bardzo charakterystyczny dla tego regionu obiekt.
Sam profil trasy jest zachęcający i przyjazny – osiemnastka ma wyraźnie więcej zbiegów niż podbiegów. Trasa prowadzi między innymi przez Jeziorka Duszatyńskie, które są przecież jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w okolicy i taką prawdziwą perełką regionu.
Jeżeli ktoś pamięta jeszcze – choć to już naprawdę stare dzieje – oryginalną trasę Biegu Brzeźnika, to właśnie w rejonie Jeziorek Duszatyńskich Rzeźnik się zaczynał. My będziemy teraz biegli w przeciwnym kierunku, ale jest w tym pewna fajna klamra. Miejsce, którego od dawna nie było na trasach zawodów trailowych, w pewnym sensie wraca.
Jeżeli chodzi o to, dla kogo jest ten dystans, od początku chcieliśmy stworzyć coś pomiędzy naszymi dystansami 10 i 30 kilometrów. Dziesiątka dla części osób może być jednak trochę za krótka, szczególnie jeżeli ktoś ma przejechać pół Polski, żeby dotrzeć w Beskid Niski. Z drugiej strony 30 kilometrów to już całkiem sporo dla osób początkujących albo po prostu biegaczy, którzy niekoniecznie lubią długie dystanse.
Dlatego celowaliśmy w trasę w okolicach 20 kilometrów i ostatecznie bardzo naturalnie ułożyła nam się właśnie ta osiemnastka przez Jeziorka Duszatyńskie. Myślę, że powinno to wyjść naprawdę fajnie.
To na pewno będzie bardzo dobry wybór dla osób początkujących. Trasa nie jest szczególnie trudna technicznie, nie ma też bardzo dużo podbiegów. Jest za to przyjemna i bardzo ładna. Myślę, że nawet jeżeli ktoś po drodze złapie mały kryzys, to widoki i sama estetyka tej trasy pozwolą trochę zapomnieć o trudach biegania 😊.
Profil jest przyjazny, dystans też nie powinien odstraszać, więc moim zdaniem to bardzo dobre zawody na początek przygody z bieganiem trailowym.
A jeśli ktoś biega już regularnie, ale nigdy nie startował w Łemkowynie, który dystans powinien rozważyć? Co wybrać, jeśli chce poczuć klimat imprezy, ale nie porywać się od razu na ultra?
Krzysztof Gajdziński: Jeżeli nie ultra, to zdecydowanie wydaje mi się, że najciekawszą opcją jest trzydziestka. I zresztą uczestnicy chyba myślą podobnie, bo 30 kilometrów jest naszym najpopularniejszym dystansem już od kilku lat.
Powiedziałbym, że na trzydziestce procentowo jest najwięcej takiej „skondensowanej Łemkowyny”. Jest najwięcej widoków, jest bardzo mało asfaltu, którego my jako organizatorzy oczywiście całkowicie nie jesteśmy w stanie się wystrzec, ale staramy się, żeby było go jak najmniej. Są piękne zbiegi, fajne podejścia i rzeczywiście ta trzydziestka chyba łączy wszystkie najlepsze elementy w bardzo fajnie skomponowaną trasę na stosunkowo krótkim dystansie.
Oczywiście siedemdziesiątka też jest wspaniała, ale to już ultra. Maraton jest z kolei trochę bardziej zróżnicowany, ma po drodze więcej cywilizacji – uzdrowiska Iwonicz-Zdrój i Rymanów-Zdrój – ciekawe elementy architektury uzdrowiskowej. Maraton góruje nad trzydziestką na pewno tym, że w Puławach można zjeść legendarną zupę dyniową 😊.
Natomiast gdybym miał wybierać coś, co nie jest bardzo długie, to powiedziałbym: trzydziestka.
Czy na Łemkowynę można przyjechać bez wielkiego doświadczenia w górach? Jakiego przygotowania potrzebuje zawodnik, żeby bezpiecznie i z przyjemnością pokonać wybrany dystans?
Krzysztof Gajdziński: Myślę, że tak. Wydaje mi się, że Łemkowyna jest takim biegiem górskim, który wybacza stosunkowo dużo niedociągnięć w przygotowaniu górskim. Nawet jeżeli nie mamy okazji regularnie trenować w górach, nie mamy dużego doświadczenia w biegach górskich czy na trudnych zbiegach, to Beskid Niski jest zdecydowanie bardzo biegowym terenem. To zresztą była jedna z pierwotnych idei, żeby właśnie tutaj zrobić te zawody.
W mojej ocenie Beskid Niski po prostu bardzo dobrze nadaje się do biegania górskiego. To nie są Tatry, Karkonosze, ani wyższe partie Beskidów, gdzie żeby rzeczywiście biegać, po pierwsze trzeba mieć naprawdę bardzo dobrą kondycję, po drugie świetną technikę zbiegów i mocną psychę. Wystarczy zresztą popatrzeć na czasy biegów w Tatrach i zobaczyć, ile osób faktycznie tam biegnie, a ile po prostu te trasy gdzieś tam przetruchtuje albo niemal w całości przechodzi.
Wyższe góry wymagają po pierwsze bardzo dobrej kondycji, a po drugie także techniki. Zwłaszcza na zbiegach mogą się po prostu stać niebezpieczne. Beskid Niski jest pod tym względem bardzo przyjazny. Przede wszystkim, poza naprawdę kilkoma podejściami, nie mamy tutaj jakichś bardzo stromych gór do pokonania. Te najbardziej strome i najdłuższe podejścia są na najdłuższych dystansach – na 150, 100 czy częściowo 70 kilometrów, gdzie jest chociażby Cergowa. Natomiast krótsze dystanse nie mają aż tak stromych i długich podejść.
I chyba jeszcze ważniejsze jest to, że zbiegi są stosunkowo łatwe. Oczywiście mogą być śliskie, ale nawet te śliskie zbiegi są u nas relatywnie bezpieczne. Jeżeli ktoś się potknie, poślizgnie czy przewróci, to zazwyczaj po prostu ląduje w błocie, a nie rozbija kolana albo skręca kostkę na kamieniach.
Także zdecydowanie – jest to teren górski przyjazny dla początkujących.
No i jeszcze jedna rzecz – widoki. One naprawdę pomagają przetrwać kryzysy. Te trasy są bardzo różnorodne, jest dużo kolorów, krajobraz cały czas się zmienia. Mamy otwarte przestrzenie, mamy lasy, jedno przechodzi w drugie. I myślę, że dzięki temu po prostu dużo łatwiej jest przebyć jakiś dłuższy odcinek w górach.
Krzysztof Gajdziński: To jest dobre i trudne pytanie. Co najbardziej zaskakuje? Z jednej strony, z tego, co uczestnicy przekazują nam później w ankietach czy w takich relacjach na gorąco, często pojawia się jesień i błoto. Chociaż z tym błotem bywa też odwrotnie – czasem osoby, które wcześniej dużo o nim słyszały, są zaskoczone, że akurat go nie ma. To po prostu bardzo zależy od roku. W tym roku wygląda na to, że będzie dość sucho. A jesień, to oczywiście niezapomniane widoki. Mieszane lasy wybarwiające się w różnych kolorach, tajemnicze mgły wschodzące do góry z dolin, to wszystko w tej pustce i dzikości terenu. Wiele osób przyzwyczajonych do innych polskich gór jest naprawdę zaskoczona tą estetyką i zakochuje się w tutejszych szlakach.
Natomiast chyba najczęściej przewija się temat atmosfery i obsługi. Rzeczywiście od samego początku mieliśmy bardzo dużo szczęścia do świetnej ekipy wolontariuszy i do takiego naprawdę mocnego wsparcia zawodników na trasie. Uczestnicy to zauważają i często właśnie to podkreślają. Wolontariusze nie tylko zapewniają, że na punktach jest co jeść i pić, ale traktują biegaczy tak, jakby byli ich przyjaciółmi. Obudzą z drzemki, dadzą wsparcie w kryzysie, poklepią po plecach albo wcisną flaska do kieszeni z tyłu plecaka, gdzie zawodnik już nie sięga. To sprawia, że nawet jeśli zawodnik nie ma swojego suportu, to czuje się naprawdę zaopiekowany.
Ciekawe jest też to, jak reagują zawodnicy z zagranicy. Część z nich przyjeżdża do Polski, gdzieś na koniec Beskidu Niskiego, i spodziewa się raczej małego, kameralnego biegu, być może z pewnymi niedociągnięciami organizacyjnymi. Tymczasem trafiają na całkiem dużą imprezę, zdecydowanie niekameralną, a do tego dobrze zorganizowaną.
To rzeczywiście przewija się w rozmowach z zagranicznymi zawodnikami. Czują się tutaj zaopiekowani. Nie mają problemu z barierą komunikacyjną, nie zastanawiają się, co mają robić i gdzie iść, tylko wszystko jest dla nich jasne, zrozumiałe i zorganizowane w taki sposób, jakiego oczekują – a czasem nawet lepiej, niż się spodziewali.
Więc powiedziałbym, że chyba udaje nam się trochę przewyższać ich oczekiwania.
Gdybyś miał wybrać jedno, dwa miejsca na trasie, w których zawodnik powinien na chwilę podnieść głowę i zamiast patrzeć na zegarek rozejrzeć się dookoła, gdzie by to było?
Krzysztof Gajdziński: Takich miejsc jest naprawdę sporo na trasie. Oprócz Cergowej, którą wszyscy znają i której chyba specjalnie nie trzeba przedstawiać, mam dwa takie ulubione miejsca.
Pierwsze to cmentarz wojskowy na Rotundzie, czyli początek trasy 150 kilometrów. Biorąc pod uwagę, że zawodnicy są tam jeszcze w nocy, to jest naprawdę wyjątkowe miejsce. Te drewniane krzyże, ogrodzenie cmentarza, cała ta przestrzeń – nocą wygląda to fenomenalnie. Jest w tym coś bardzo mistycznego, zwłaszcza że wiemy, że to cmentarz z czasów wojny i że pochowani są tam żołnierze. Kiedy któryś z fotografów się tam zapuści, potem przywozi stamtąd naprawdę niesamowite zdjęcia.
Drugie takie miejsce to z kolei sama końcówka – Wahalowski Wierch. Myślę, że to jeden z najpiękniejszych widoków na całej Łemkowynie. Jest już bardzo blisko do mety, więc pewnie sporo osób nie myśli wtedy o zatrzymywaniu się, ale naprawdę polecam. Jeżeli ktoś nie walczy o pudło, to warto się tam choć na chwilę zatrzymać i rozejrzeć.
Widok jest piękny, właściwie 360 stopni dookoła. W którą stronę się nie spojrzy, wszędzie jest pięknie. Wahalowski Wierch jest też takim trochę magicznym miejscem na trasie, bo to nasz ostatni punkt z obsadą. Zawsze czeka tam wolontariusz, który doda zawodnikom kilka słów otuchy. A do tego wysokość Wahalowskiego Wierchu to 666 m n.p.m., co dodaje nieco pikanterii wierzącym w magię liczb 😊.
I prawie zawsze tam wieje. To jest bardzo charakterystyczne – ile razy tam nie byłem, nawet przy dobrej pogodzie, wiatr był naprawdę mocny. Więc z jednej strony to miejsce jest piękne, a z drugiej trochę surowe i niedostępne właśnie przez ten wiatr.
No i mi się jeszcze zdarzyło spotkać tam wilka, w bardzo niedużej odległości, więc w ogóle mam z Wahalowskim Wierchem dużo wspomnień.
Dla niektórych biegaczy Beskid Niski jest mniej oczywistym kierunkiem niż Tatry czy Karkonosze. Co warto zobaczyć i zrobić przy okazji przyjazdu na Łemkowynę? Czy warto zaplanować cały weekend?
Krzysztof Gajdziński: Tak, Beskid Niski jest na pewno dużo mniej popularnym kierunkiem niż Tatry czy Karkonosze. Nawet mimo tej mody, o której wspominałem wcześniej, a która rzeczywiście zaczyna się pojawiać, skala jest zupełnie nieporównywalna. I akurat uważam to za coś dobrego, bo chyba nie jest to miejsce stworzone dla wielkich tłumów. Z mniejszą liczbą turystów jest po prostu dużo bardziej przyjazne.
A jednocześnie jest tutaj naprawdę mnóstwo ciekawych rzeczy do zobaczenia. Oczywiście sporo zależy od tego, czym poza bieganiem się interesujemy. Fani architektury mogą na przykład pojeździć po okolicy i oglądać drewniane cerkwie, których jest tutaj naprawdę dużo i które są bardzo charakterystyczne dla tego regionu. Na zachętę w tym temacie polecam też nasz oficjalny film z 2024, gdzie Krzysiek Zaniewski pokazał trochę cerkwi z regionu
Jeżeli ktoś bardziej szuka przyrody, to oczywiście warto ruszyć na trasy łemkowskie, ale nie tylko. Polecam zapuścić się trochę dalej, w te jeszcze dziksze rejony Beskidu Niskiego, na przykład okolice Nieznajowej, Radocyny. Ciekawy jest też ten fragment trasy 100 kilometrów, który nie pokrywa się z Głównym Szlakiem Beskidzkim, zwłaszcza okolice Jasiela. To są bardzo mało znane, odludne miejsca, a przy tym naprawdę ciekawe. Są to też miejsca, w których znajdziemy pozostałości łemkowskich miejscowości, niegdyś tętniących życiem.
Na pewno warto zobaczyć Olchowiec i wspaniały tamtejszy most kamienny czy Hutę Polańską.
W niewielkiej odległości od Beskidu Niskiego mamy też kilka ciekawych miejsc, już niekoniecznie związanych bezpośrednio z samymi górami. Jest Krosno, które jest naszą bazą, z Centrum Dziedzictwa Szkła, Biurem Wystaw Artystycznych i Muzeum Rzemiosła.. Są uzdrowiska – Iwonicz-Zdrój i Rymanów-Zdrój – z charakterystyczną architekturą uzdrowiskową, świetnymi wodami leczniczymi, grotami solnymi i w ogóle miejscami, które dobrze sprawdzają się na regenerację po starcie.
Bardzo blisko Komańczy, czyli naszej mety, są też Medzilaborce, nieduża miejscowość po słowackiej stronie. Znajduje się tam muzeum Andy’ego Warhola, więc dla tych, którzy zamiast kolejnego szlaku wolą trochę sztuki, to też bardzo ciekawa opcja. No i oczywiście jest Krynica-Zdrój, leżąca na skraju Beskidu Niskiego.
Bez względu na to, czym się interesujemy, jeżeli przyjeżdżamy na Łemkowynę z daleka, to naprawdę warto zostać tutaj trochę dłużej i coś pozwiedzać. W zależności od tego, co was interesuje, można znaleźć naprawdę bardzo różne rzeczy.
Jeśli ktoś jeszcze się zastanawia i nie jest pewien, czy wystartować w tym roku – co powiedziałbyś mu dzisiaj? Dlaczego warto przyjechać do Beskidu Niskiego właśnie tej jesieni?
Krzysztof Gajdziński: Wygląda na to, że ta jesień będzie stosunkowo sucha. Na razie na szlakach jest naprawdę sucho, a prognozy nie pokazują, żeby miały nadejść jakieś długotrwałe ulewy, więc myślę, że jest spora szansa na nieco bardziej suchą niż zazwyczaj Łemkowynę.
Mimo że legenda głosi, że Łemkowyna to przede wszystkim błoto, to chyba jednak wszyscy są w miarę zadowoleni, kiedy jest bardziej biegowo i mniej ślisko. Więc na ten moment to na pewno jeden z powodów, żeby przyjechać.
Drugi to oczywiście nowa trasa, czyli osiemnastka. Jeżeli ktoś jeszcze jej nie próbował, to zdecydowanie warto.
A dla tych, którzy w ogóle nie mieli wcześniej do czynienia z Łemkowyną, przytoczę taką historię, którą obserwuję od lat. Bardzo często początkujący zawodnicy zaczynają od trzydziestki – tym bardziej że kiedyś nie było ani dziesiątki, ani osiemnastki. Potem wracają, biegną 48 kilometrów, później siedemdziesiątkę, a bardzo często kończy się to w końcu na 150.
Więc jest naprawdę coś wciągającego w Łemkowynie i w tym terenie. Wiem też, że mnóstwo zawodników później wraca tutaj już nie tylko na zawody, ale też po prostu krajoznawczo.
Dlatego myślę, że warto przyjechać, zobaczyć i po prostu dać się rozkochać w Beskidzie Niskim.

