Na pomysł startu w biegu Tiirismaa Trail wpadłem zupełnym przypadkiem, szukając jakiegoś kilkudniowego wypadu run&travel dla rodziny. Nie byliśmy wcześniej w Finlandii, więc dwudniowy city-break w Helsinkach, a później weekend na fińskim odludziu wydawał się ciekawym pomysłem.
Co wiemy o biegu Tiirismaa Trail w Finlandii?
Tiirismaa Trail odbywa się od kilku lat w sierpniu (widziałem, że jest także zimowa wersja) w Messilä, obok Lahti. To największy w południowej Finlandii kompleks narciarski (nie, skocznie narciarskie są gdzie indziej). I faktycznie, na miejscu jest około 120-130 metrowa wysokości-względnej górka, gdzie jest kilka wyciągów. Ale – co pewnie ważniejsze – wokół są kilometry szutrowych dróg, które zimą zamieniają się w trasy do biegówek.
Bieg to całkiem spory festiwal z kilkoma trasami do wyboru: 63 km, 42 km, 21 km, 16 km, 12 km, 8 km i biegi dla dzieci. W tym roku (nie licząc biegów dziecięcych) było ponad 500 uczestników.
Główna baza zawodów zlokalizowana była przy hotelu na terenie wspomnianego centrum narciarskiego. Sam hotel to główny budynek (nowoczesny), stary dwór (w którym była restauracja) i kilkanaście domków w stylu starych skandynawskich sklepów. Fajna miejscówka i udało się tam właśnie wyhaczyć noclegi. Zaraz obok pole golfowe, a poniżej – przy samym jeziorze duży kamping.
Z transportem publicznym jest w miarę OK. Z Helsinek do Lahti dostać się można szybko i dość tanio (pociągi z Helsinek kursują co kilkadziesiąt minut). Gorzej w Lahti. Latem żaden autobus w dzień tam nie dojeżdża (google pokazywał autobusy jeżdżące w nocy – między północą a szóstą rano). Jest opcja, żeby jechać autobusem i potem iść 2,5 km (ale z wielką walizką to słaba opcja). Został więc Uber, który na szczęście tam działa. W miarę zatem budżetowo udało się dotrzeć (myślałem o wynajmie samochodu, ale szybko zrezygnowałem, jak sprawdziłem ceny).
Uwaga! Na miejscu nie ma sklepu. W recepcji hotelu można kupić jakieś drobne słodycze. Restauracja też nie działa poza śniadaniami. Na szczęście jest opcja restauracji na polu golfowym (z dobrym i dość tanim lunchem) oraz ewentualnie baru (bardziej fast-food) na kempingu. Tam też można ewentualnie kupić jakieś kanapki.
Pakiety na sam bieg dość spartańskie – numer startowy (z chipem w numerze) i bon na jedzenie po biegu [ale jakie jedzenie :-)].
Pierwsze 22 km - to był prawdziwy trail!
Wybrałem dystans 42 km. Start był o 8.30 rano. Plusem było to, że po wczesnym śniadaniu (które specjalnie było tego dnia od 6.30), mogłem wyjść sobie z pokoju na start o 8.25.
42-kilometrowa trasa składała się z dwóch części. Pierwsza część była na wschód i południowy-wschód od miejsca startu.
Najpierw w dół stokiem narciarskim, a potem nad jezioro. Po około półtora kilometra wylądowaliśmy nad brzegiem jeziora. To duuuuuże jezioro. Nazywa się Vesijärvi i jest częścią – poprzez kanał Vääksy – jeszcze większego jeziora, które nazywa się Päijänne. System ciągnie się na kierunku S-N na ponad 125 km w linii prostej. Dobrze, że nie kazali nam obiegać jeziora, bo długość linii brzegowej (tego całego systemu) to 2789 km.
Ścieżka nad jeziorem, którą biegliśmy około 2 km, tyleż urokliwa, co trudna technicznie: kamienie, korzenie. Trzeba było mocno uważać i drobić kroki. Dobre techniczne bieganie.
Pierwsza część miała niecałe 22 km. Po tych 2 km nad jeziorem wróciliśmy w las. I tam wpadliśmy w istną plątaninę ścieżek. W sumie poruszaliśmy się cały czas na stosunkowo niewielkim obszarze, ale cały czas klucząc ścieżkami. Wiele z nich było naprawdę wąskich: myślę, że góra pół metra szerokości.
Poruszaliśmy się głównie lasem o różnym charakterze – a to świerki, a to brzozy. Były także fragmenty podmokłe i czasami ścieżka sprężynowała, kiedy biegliśmy skrajem mokradeł. W wielu miejscach było pełno krzaczków jagodowych, borówkowych. No i grzyby. Masa grzybów. Na tym fragmencie nie było specjalnych dużych przewyższeń, choć w zasadzie cały czas były hopki góra-dół, i na tych 22 km jakieś 600 metrów w górę (i 600 metrów w dół) się zebrało. W końcu jakby nie było to morena czołowa Salpausselkä.
Jedno trzeba przyznać – to był prawdziwy trail. Chociaż w wielu miejscach obok były proste i szerokie szutry, to trasa, gdzie tylko mogła leciała wąskimi, leśnymi ścieżkami. No i trzeba też powiedzieć, że była naprawdę świetnie oznaczona. Jeden z lepiej oznaczonych biegów, w których brałem udział. Nie było praktycznie miejsca, w którym mógłbym mieć wątpliwość, gdzie biec.
Jedyne, co może być potraktowane jako pewien minus, to zaopatrzenie punktów odżywczych. Była ich wystarczająca ilość: w sumie 6 na trasie 42 km (nie licząc punktu na mecie), ale była na nich „tylko” woda i izotonik oraz chipsy i żelki, a także sól. Przydałyby się (mimo wszystko) na niektórych punktach: jakieś ciastka i owoce. No ale z drugiej strony posiłek na mecie, to wynagrodził.
Ciekawostka – całe jedzenie było podawane (przygotowane) w filtrach od kawy. Na pewno super higieniczne rozwiązanie. Chociaż z drugiej strony jestem ciekawy, ile sztuk tych filtrów od kawy im zeszło..
Bardziej górskie drugie 22 km
Po niecałych 22 km wróciłem po trasie na miejsce startu, żeby rozpocząć drugą część biegu. Była zdecydowanie bardziej „górska” i biegła na zachód od miejsca startu. I na tym odcinku trasy również kręciliśmy się w sumie na dość niewielkim terenie, klucząc góra-dół. Na tej drugiej części zebrało się 850 metrów w górę (i w dół).
Po niecałych 22 km wróciłem po trasie na miejsce startu, żeby rozpocząć drugą część biegu. Była zdecydowanie bardziej „górska” i biegła na zachód od miejsca startu. I na tym odcinku trasy również kręciliśmy się w sumie na dość niewielkim terenie, klucząc góra-dół. Na tej drugiej części zebrało się 850 metrów w górę (i w dół).
Zaczęliśmy od podbiegu pod wyciągiem na górę, żeby potem zbiec trasą narciarską i potem ponownie wdrapywać się w górę. Potem jeszcze kilka razy biegliśmy w górę i w dół. W sumie – chociaż kręciliśmy się na wysokościach 130-220 m.n.p.m. – to czułem się, jakbym był w partiach leśnych Karkonoszy jeśli chodzi o rzeźbę terenu, roślinność, kamienie. To chyba jednak po prostu taka specyfika krain bardziej borealnych. Chociaż nie, w polskich górach nie ma tak gęstego i grubego mchu na kamieniach. Tu można było się poczuć, jakby to był plan zdjęciowy do Frozen…
Ostatecznie na deser jeszcze raz polecieliśmy w dół po stoku narciarskim, na samą górę pod wyciągiem (jeszcze innym), zbieg prawie na sam dół i pod kolejnym wyciągiem w górę na metę. Na mecie dzwoneczki (prawdziwe, fińskie, wykończone porożem renifera), którymi dopingowała mnie Rodzina.
Meta z fajnym widokiem na jezioro. Na samej mecie ponownie zestaw obowiązkowy, tzn. żelki, chipsy, woda i izotonik. Chociaż potem pojawiły się także banany i dodatkowo można było wziąć słodkie ciastko albo żytnie bułki ze sobą. Gościowi z Polski pozwolili wziąć to i to.
Na mecie na każdego czekał posiłek regeneracyjny. Był przygotowany przez lokalną restaurację i była to w sumie opcja: all U can eat. Do wyboru: świeże warzywa, z których można było przygotować sałatkę, makaron w sosie pomidorowym, kurczak w sosie, ryż, ziemniaki, musaka, jakiś mix kaszy-soczewicy-fasoli. A do tego jeszcze kawa i ciastko. Mniam! Było warto wcześniej „cierpieć” na punktach odżywczych
Bieg na pewno polecam. To całkiem inne bieganie niż w Polsce. Ciekawe doświadczenie.
Zdjęcia w tekście: archiwum autora, materiały organizatora: Joni Solenen, Susanna Tervo, Anna Leena Sorvisto.

