28 listopada 2021 By POLSKIE DROGI With 373 Views

Paweł Kierenko: UltraKotlina 2021

„Dzień już wstał na dobre. Słońce już ładnie rozświetlało kolorowe liście na drzewach. Trochę wspinaczki leśną dróżką w samotności i tak – jeszcze niezauważanie zbytnio dla nóg – minąłem 30 km”. Zapraszamy do przeczytania relacji Pawła Kierenko z biegu na dystansie 80 km w ramach UltraKotliny, która odbyła się w dniach 9-10 października 2021 r.  


25.11.2021 r.

Autor: Paweł Kierenko

Nie byłem w tamtym rejonie na biegu. Byłem co prawda na Chojniku, ale to inna strona pasma Karkonoszy. Dodatkowo profil trasy UltraKotliny przedstawiony przez organizatorów wydał mi się wręcz dla mnie idealny! Ot kilka podejść na początku pod małe górki, trochę trasy prawie po płasku, a od 54 km podejście w Górach Izerskich na Wielki Kamień i granią do mety z „małym” chopkiem oraz zbiegiem wprost do mety na koniec. Tak to graficznie ładnie wyglądało. Tak, to już ten czas, gdy zwracam szczególną uwagę na profil trasy i przewyższenia, nogi i kolana już dobrze wiedzą – po kilku latach biegania – co znaczą dla nich zbiegi, zejścia na trasie.

Pobudka o 0:30. O 1: 30 wyjazd autokarem na miejsce startu do Janowic Wielkich. Autobus zapełniony do ostatniego miejsca. Kierowca nieźle musi ogrzewać, bo robi się przyjemnie ciepło i sennie w autobusie. Mijamy śpiącą Jelenią Górę. Wreszcie po około godzinie jazdy jesteśmy w Janowicach Wielkich.

Jest godzina 3:00. Ruszamy! Światełka białe, światełka czerwone. Wszystko migocze świątecznie. Lecimy w grupie. Okulary zachodzą co chwila parą od wydychanego ciepłego powietrza. Minęło 2-3 km i już nie było mi ani chłodno, ani ta para mi już nie przeszkadzała. Początek był chyba mocny, bo dość szybko zacząłem myśleć, kiedy zacznie się jakaś górka, żeby z biegania przejść w tryb marsz.

Jednak biegniemy. Jeden zakręt, drugi, pod nogami asfalt albo inne utwardzenie, bo nie wiem, co mijamy. Patrzę na migające światełko na plecach zawodnika przede mną. Nie po to zapisuję się na biegi ultra, żeby cały czas biec i to jeszcze w tempie moich zawodów na asfalcie. Dobra, wreszcie jakiś skręt przed bramą szpitala w lewo i jesteśmy w lesie. Całe szczęście grupa przede mną przechodzi w marsz,  a to znak że jest pod górkę. Wreszcie!!

Chwilę trwał ten marsz pod górkę. Był czas na złapanie oddechu i znowu prosta w lesie. Rozpoczyna się bieg aż do momentu, gdy ciszę lasu przeciął dość mocny krzyk: „ZAWRACAJCIE! NIE TĘDY PROWADZI BIEG”. Tak to jest czasami, gdy nie kieruje się taśmami na ścieżce, a światełkiem na plecach sąsiada z przodu. Całe szczęście że od prawidłowej ścieżki nie odbiegliśmy za daleko.

Noc, trochę lasu, trochę górek, trochę asfaltu. Mijamy okoliczne miejscowości: Radomierz, Komarno. Góry Kaczawskie, ale z tych gór po nocy to widzę tyle, co nic, czyli dwa trzy drzewa do przodu.

W Komarnie (14 km) pierwszy pit stop, kubek ciepłej herbaty i lecę dalej. Wodę ze zbiorniczka na plecach piłem z umiarem, bo jakaś chłodna była w nocy. Za Komarnem trochę górek o wdzięcznych nazwach Ogier, Kobyła i stan ducha oraz nóg był na tyle zadowalający, że był prawie no stop bieg.

Pierwsze odznaki świtu złapały mnie przy wejściu na Łysą Górę. Po godz. 6.00 delikatny róż gdzieś na horyzoncie dość nieśmiało zaczął się rozlewać. Chyba dobrze, że takie widoki były na podejściu na górę, bo można było trochę dłużej pokontemplować te widoki. Potem niestety szlak prowadził tak, że wschód miałem za plecami i już nie było jak podziwiać, a szkoda bo jakoś nie często jestem świadkiem wschodów słońca.  Za to po lewej stronie po wejściu na Łysą Górę widok jeszcze śpiącej Jeleniej Góry. Też było bajecznie.

Wreszcie kolejny pit stop Góra Szybowcowa (27 km). „Wreszcie” nie z powodu, że można odpocząć, wyciągną nogi i złapać oddech, ale „wreszcie” jako oczekiwanie psychologiczne na kolejny punkt, jako potwierdzenie, że kolejny etap biegu za mną. Podbiegając do tego miejsca utkwiło mi w pamięci ognisko, przy którym grzał się jakiś zawodnik oraz pewna pani, która w bagażniku samochodu przygotowywała na kuchence jakiś ciepły posiłek. Pomyślałem sobie „ale ktoś musi mieć suport!”. Pewnie któryś z zawodników z dystansu 140 km, dla których był to już 88 km. Szybkie uzupełnienie płynów, dwa kubki ciepłej herbaty, w rękę garść pokrojonych kabanosów i sera żółtego w kostce i ruszam dalej.

Na tym etapie biegu zejście z góry było jeszcze dla mnie względne. Hop hop, parę krzaków i  już jestem w Jeżowie Sudeckim, który przebiegłem cały trochę ulicą, trochę chodnikiem. Potem szlak gdzieś mnie wyrzucił na obrzeża Jeżowa Sudeckiego, gdzie przez trawy całe białe od przymrozku oraz pola uprawne dotarłem pod Górę Gapy.

Dzień już wstał na dobre. Słońce już ładnie rozświetlało kolorowe liście na drzewach. Trochę wspinaczki leśną dróżką w samotności i tak – jeszcze niezauważanie zbytnio dla nóg – minąłem 30 km. Na treningach nigdy nie zbliżam się do 30 km, a ostatnio nawet do 25 km, stąd też byłem ciekaw, jak noga będzie podawać po 30 km. Nie było źle, wszystko jak na razie grało jak należy. A dodatkowo za moment na trasie pojawiła się nie byle jaka atrakcja turystyczna: Grupa Skalna Wieżyca i wisząca kładka nad Jeziorem Modrym, na której można się było poślizgać, bo na powierzchni był delikatny lód. Jezioro Modre  to sztuczny zbiornik wodny o długości około 1 kilometra powstały przez spiętrzenie wody na skutek działalności elektrowni wodnej Bobrowice I.

Kilka fotek na kładce z jednej, drugiej strony i schodami w górę do schroniska Perła Zachodu. Nazwa odpowiednia do miejsca. Pokrzepiony ładnym widokiem ruszyłem w kierunku kolejnego pit stopu na 40 km, na którym zapowiadana była zupa!! Las, las, parę skał ładnych po drodze, przejście przez ruchliwą drogę krajową 30 (należycie zabezpieczoną przez wolontariuszy, którzy pomagali przejść przez drogę) i jest umowna połowa dystansu – pit stop w Duszycach. Zgodnie z wytycznymi Organizatorów do tego punktu trzeba było dobiec lub dojść w 8 h. Zajęło mi to niecałe 6 h, czyli z dobrym – jak wówczas myślałem – zapasem na nieznaną dla mnie jeszcze wówczas przyszłość, dalszą część dystansu. To tu był jedyny moment na biegu, w którym usiadłem – i to na ławce – i zjadłem pomidorówkę.

Dobrze, że za punktem trasa prowadziła w górę. Można było spokojnie strawić obiad, dogryzając kabanosami i serkiem. Kolejny odcinek trasy ładny krajoznawczo – wyłoniło się wkrótce pasmo Karkonoszy. Pomyślałem wtedy „Jak dobrze, że nie biegnę w tych górach, tylko po łąkach i pagórkach”. I tak biegłem, raz bliżej a raz dalej od tego widoku pasma. Czas jakoś płynął w oczekiwaniu na 54 km w Górzyńcu, gdzie zgodnie z profilem trasy miało zacząć się podejście, a potem inne atrakcje.

Za chwilę ma być oczekiwany już  od startu  54 km Górzyniec. OCZEKIWANY, bo ten punkt jako jedyny na trasie zwrócił moją uwagę na długo przed startem i zaprzątał mi spokój ducha. To było coś w stylu „jak dobiegnę tutaj już zmęczony, to może być kiepsko”. 6- 6,5 km podejście trochę mnie przerażało. I oto dobiegam o dziwo do tego punktu, nie idę a biegnę. Czuję się dobrze, nic nie boli. Wcześniej przekraczam niestrzeżony przejazd kolejowy, potem ostry skręt w prawo ul. Słoneczną i bardzo przyjemny punkt z wodą i jedzeniem Górzyniec.

Tym razem mój plecaczek w wodą zatankowałem prawie pod korek – wszystko przez to wzniesienie, które znane było mi w teorii od początku. A że obiadowa pomidorówka była już historią, wziąłem do ręki dwie kanapeczki plus moje ulubione z poprzednich punktów kabanosy i ruszyłem na podbój góry.

Zaczął się las, ścieżka w górę i idę, idę i idę. Przez jakiś czas dołączyłem do trójki osób, która była przede mną. Raźniej się wchodziło, ale miałem takie poczucie, że oni wchodzą szybciej, tak więc po jednej czy dwóch próbach trzymania ich tempa, zrezygnowałem i wróciłem do swojego tempa.

Cała rześkość, jaką jeszcze miałem tam w Górzyńcu, gdzieś po drodze na górę zaczęła się zmniejszać. Widoki na tym odcinku: po prawej las, po lewej las, przede mną ścieżka leśna. Ścieżka prowadzi w okolicy Zakrętu Śmierci i po przeskoczeniu drogi asfaltowej znowu wchodzimy do lasu i w górę.

Jak opisać prawie 1,5 godzinne wejście pod górę, aby oddać towarzyszące emocje? Gdzieś tam w tym lesie zacząłem uskuteczniać matematykę jak to bywa na moich biegach ultra, a dokładnie wyliczenia, że w limicie ustawionym przez Organizatorów biegu na pewno dam radę: przecież do mety może być 18- 19 km, czyli tyle co nic.

Trochę życia wstąpiło gdy zauważyłem, że na ścieżce poza mną zaczęli pojawiać się weekendowi turyści… najpierw tak nie śmiało, jedna rodzina, grupa znajomych, a za moment (moment na biegach ultra pojęcie dość względne) zauważyłem, że idę w gronie turystów wchodzących do góry i o dziwo z góry zaczynają schodzić osoby. Zaczął się gwar, hałas, nawoływania itp. To niewątpliwie znak, że zaraz będzie jakaś atrakcja turystyczna. Był nią Wysoki Kamień 1085 m.n.p.m. (Góry Izerskie) i budująca się wieża widokowa. Wreszcie przez chwilę poczułem się, jakbym był już na mecie. Najwyższy szczyt tego biegu zdobyty. Teraz tylko już w dół, więc spokojnie meta już jest. Oj w jakim ja byłem w błędzie…

Ostatni pit stop znajdował się na 65 km, czyli jakieś 4 km od tego zdobytego szczytu, Droga prosta jak drut i to dosłownie, bo na końcu tej drogi widziałem dużo kamieni (kopalnię), czyli miejsce, gdzie ma być ostatni pit stop.

Walka na ścieżce toczyła się ostra, żeby podbiec chociaż przez chwilę. Kopalnia w żaden sposób nie chciała się przybliżać. Już widać ładnie te kamienie, czyli kopalnia! Ostatni punkt i 14 km do metyyyyy. A tu ścieżka nagle skręca w lewo! Co jest?! Oddalamy się od kopalni!

Zeszliśmy z tej ładnej prostej ścieżki i skręciliśmy na odcinek pełny wystających korzeni drzew, krzaków i kamieni (no jakże mogło ich zabraknąć). Przedzieram się prawie jak przez jakąś dżunglę, odgarniając te krzaki, i jeden nieuważny ruch nogą, którą nie podniosłem dostatecznie wysoko i leżę na tych kamieniach. Nieźle dał mi popalić ten odcinek, jeszcze ten upadek…. Nic to,  do mety już tylko 14 km i to w dół. Korzystając z rady zawodnika spotkanego gdzieś na trasie, na ostatnim pit stopie do mojego plecaczka zatankowałem samą colę do pełna. Cukier z coli miał mnie ponieść na tym krótkim odcinku do mety…

Odcinek po pit stopie wręcz idealny: asfaltem delikatnie w dół. Ciut siły wróciły i ten odcinek biegłem, podziwiając rowerzystów, którzy jechali w przeciwną stronę… mieli krzepę. Jeden zakręt, drugi zakręt, cały czas asfalt, potem uskok do lasu, ale ścieżka w lesie szeroka, bez korzeni i kamieni. O bolących kolanach zapomniałem. Udało się utrzymać bieg, trucht i szybki marsz. Drzew jakby coraz mniej… teraz się „wypłaszczał” i zrobiło się płasko….. czego chcieć więcej po ponad 10 godzinach biegu. Przecinam drogę w Jakuszycach, jakieś stare domy przy trasie… epicko. To tutaj pasjonaci biegania na nartach pokonują w zimie swoje kilometry. Mijam stawy retencyjne i patrzę przed siebie – cały czas droga po płaskim…. Trochę dziwne. Do końca jakieś 6-7 km, a tutaj płasko jak na Ultra Roztoczu. „Zło” czaiło się za kolejnym zakrętem, gdy zobaczyłem jakiegoś zawodnika przede mną, który schodził z pięknej drogi do lasu. Gdy już podszedłem do tego miejsca, zobaczyłem wąską ścieżkę prowadzącą w górę i to mocno. Psychicznie rozwalił mnie taki widok. Na profilu trasy umieszczonym na numerze startowym jak wół stoi jeszcze jedno podejście. Ale dlaczego ono jest takie strome?! Psychicznie i fizycznie rozbiło mnie te podejście. Nawet nie było już radości na górze, gdy moim oczom ukazał się widok Owczej Skały 1041 m.n.p.m.

Owcza Skała już za mną. Przede mną regularne błoto i woda na ścieżce. Jak to? Na samej górze błoto i woda? Pojedyncze deski niedbale wrzucone w to wszystko. Próbuję iść po tych deskach, pac deska wchodzi w błoto i obie nogi po kostki w wodzie i błocie…..

Nie oszukujmy się. Po 70 km to już marsz, spacer i ciąganie nogami w tym terenie. Ochota na podziwianie widoków zmalała do zera. Dobrze, że jeszcze od czasu do czasu zrobię zdjęcia. Cola ta w plecaczku jakoś nie daje zapowiadanego „powera”, pomimo że piję dużo. Trasa skręca w dół i prowadzi po drodze, po której przemieszczał się parę dni wcześniej sprzęt ciężki do wycinki drzew. Na drodze pełno poprzecinanych gałęzi oraz powalonych drzew, kamienie i… jak wisienka na drodze płynący strumień wody!. Tyle atrakcji na wąskiej drodze w dół.

Miałem poczucie, że meta musi być już blisko (poczucie, bo coś kilometry w zegarku sfiksowały w górach), ale te około 2 km w takich warunkach skutecznie rozbiły mnie na maksa. Dobra, zebrałem się. Wchodzę na taki nasyp na skraju drogi i próbuję szybciej iść i nie wiem, jak i kiedy… widzę tylko moje nogi lecące gdzieś górą, a głowa dołem… To był moment. Upadek numer 2 na trasie. Ląduję na zboczu tej trasy na pociętych gałęziach… Wchodzę na nowo na tę drogę i idę… Jakbym miał na kolanach, to dojdę do tej mety. Przecież ona musi być już niedaleko. Wreszcie koniec tej męki! Droga w lesie „normalnieje”. Zaraz, zaraz! Czy ja dobrze słyszę jakieś głosy z mikrofonu, z głośnika….META????

WOW! Las jakby mniejszy to musi być meta blisko. Nawet ludzi z daleka widać. Zaczynam biec tymi nie wiadomo skąd nabytymi siłami. Zaraz, zaraz… Ci ludzie są ubrani jednakowo, na czerwono!! Ludzie, trzymajcie mnie! Jakieś zebranie ratowników górskich przy jakimś domku, ale to nie jest meta zawodów. No nie skończę tego biegu. Nie ma mety. Skręcam za tym domkiem z ratownikami, a tam Wodospad Kamieńczyk! Dlaczego ja nie analizowałem dokładnie mapy przed startem?! Jestem na wysokości Wodospadu, a to oznacza o zgrozo, że… przede mną ileś tam metrów po kamieniach w dół. Po kamieniach, kocich łbach, miejscami rozwalonymi przez deszcze. Wziąłem się na sposób i jak nie nogami to rękami trzeba pokonać ten odcinek. Podszedłem do poręczy drewnianej przy ścieżce i trzymając się jej mocno zacząłem schodzi w dół. Już chyba nic nie mogło mnie zaskoczyć, zwłaszcza że do końca trasy zostało jakieś 600 – 700 m. Tyle km pokonane, druga część trasy, ta krótsza z wielkimi emocjami i za chwilę ma być upragniona meta.

Odgłosy prawdziwej mety już było bardzo dobrze słychać, czyli tylko spokój i zebrać siły, żeby godnie do mety dobiec. I gdy tak się szykowałem na spokojny finisz, usłyszałem znany mi już głos „hej dogoniłam Cię!!” Głos zawodniczki spotkanej wcześniej na trasie, hen gdzieś wcześniej, z którą parę razy mijaliśmy się i która gdzieś została tam za mną. Jak się okazuje do czasu, do ostatniej prostej. Tutaj nie było już żartów. Ostatnia prosta. Emocje sportowe sięgnęły zenitu, dusza sprintera się obudziła we mnie i po zamienieniu kilku zdań ruszyłem w dół z takim animuszem jakby to była walka o pierwsze miejsce w zawodach! Dosłownie. Nie zważałem już na bolące kolana, ani na stopę, która dosyć już miała karkonoskich kamieni. Biegłem na maksymalnych obrotach.

Przy takich finiszach nieważne jest te naście godzin poprzedzających finisz. Liczy się te dwie, maksymalnie trzy minuty finiszu. Nikt mnie nie przegonił na tym finiszu – ja też nikogo nie wyprzedziłem na tym finiszu, rzec jasna. Wbiegając na metę wydałem już mój tradycyjny okrzyk radości.  Coś w stylu JEEEESSSSTTTT, a dodatkowo przerwałem swoją własną wstęgę przeciągniętą przez linię mety. Tak jak zwycięzca!

Organizatorzy byli tak mili, że każda osoba wbiegająca na metę miała szansę przerwać taką wstęgę. To bardzo dobry pomysł, który popieram z całego serca….  bo każdy, dosłownie każdy, kto pokonał trasę był zwycięzcą. Zwycięzcą swoich raz małych raz większych słabości, które pojawiały się na biegu.

Mój czas na mecie to 12 h 50 minut. Limit wynosił 15 h.

Tags :

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *