9 października 2021 By GÓRY & ULTRA, Slider With 588 Views

Radosław Defeciński: TOR330 – Tor des Géants 2021

12 września 2021 roku w Courmayeur we Włoszech na linii startu TOR330 – Tor des Géants® stanęło 823 biegaczy z 49 krajów. Jednym z nich był Radosław Defeciński, który ukończył bieg na 83. miejscu. Zapraszamy do przeczytania relacji.  


Autor: Radosław Defeciński / 9.10.2021 r.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

W powiedzeniu tym jest duuużo prawdy. Zwłaszcza, kiedy patrzę na moje zmagania z biegami ultra. Przebiegłem m.in.: TDS i UTMB we Francji, 2 x Ronda del Cims w Andorze czy wreszcie Swiss Peaks w Szwajcarii. Naturalną konsekwencją takiego myślenia stał się udział w biegu TOR 330. Zwłaszcza, że doskonale pamiętam – podesłany przez biegowego towarzysza Przemka parę lat wcześniej – link do strony, która opisywała zmagania zawodników na trasie dookoła doliny Aosty we Włoszech. Bieg z widokami na Monte Bianco, Gran Paradiso czy Monte Rosa. Z pełnym zaangażowaniem przeczytałem wtedy relacje z zawodów, trochę jednak nie mieściło mi się w głowie, że można „napierać” przez tyle dni i przebyć grubo ponad 300 km, a dodatkowo przeżyć.

W 2019 roku miałem przyjemność zmierzyć się w Szwajcarii z dystansem 360 km w ramach biegu Swiss Peaks. Zmierzyłem się i wyszedłem z tych zmagań zwycięsko, kończąc zawody. Co ważniejsze jednak, już po mniej więcej dwóch dniach powiedziałem sobie, że nie jest to ostatni raz i chcę się ponownie spróbować zmierzyć z takim dystansem.

Naturalnym wyborem był TOR330 (Tor des Geants). Co prawda, ze względów pandemicznych zawody w 2020 roku odwołano i trzeba było poczekać na edycje w 2021. Doczekałem się jednak.

Nie będę pisał o przygotowaniach. Zwłaszcza, że wszystko kompletnie nie szło zgodnie z planem i wszystko raczej postawione było na głowie. Wspomnę tylko, że z planów udało się tylko przebiec dwa ponad 100- kilometrowe biegi w Polsce oraz wyjechać biegowo na kilka dni w Tatry. Reszta była raczej dość przypadkowym ciągiem zdarzeń. Ot, życie.

Suma summarum, 11 września 2021 r. zameldowałem się w Courmayeur po odbiór pakietu startowego.

Muszę jeszcze wspomnieć, że w między czasie otrzymałem informację, że tegoroczny dystans biegu miał wynosić 349,3 km oraz mieć +/- 30 879 metrów przewyższeń (to suma wszystkich podbiegów i zbiegów). Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie „grubo”. Zwłaszcza po obejrzeniu wykresu trasy zobaczyłem, że organizator wielokrotnie będzie mnie zmuszał do wspięcia się w okolice lub ponad 3000 metrów wysokości. Jednak wyzwanie zostało podjęte i moim celem było wystartować, a następnie zameldować się na mecie w Courmayeur. Plan już miałem. Musiałem go tylko urzeczywistnić.


Miłe początki

W tym celu 12 września o godz. 10:00 przy motywie muzycznym z filmu „Piraci z Karaibów” staruję do zmagań z trasą TOR 330 (miejsce startu oraz motyw muzyczny był mi już znany wcześniej z trasy TDS 2013. Od razu zrobiło się miło i wspomnienia wróciły). Pierwsze 2-3 km to miłe przebieganie przez uliczki Courmayeur przy pokrzykiwaniu zebranych wzdłuż trasy ludzi oraz ogłuszających dźwiękach dzwonków. Następne kilometry to już ostre i mozolne podejścia pod górę na przełęcz Arp (2571 m n.p.m.). W tamtym momencie jest wszystko ok, jeszcze jest ochota do parcia pod górę oraz do szybkich zbiegów. Biegnę i cieszę się, że mogę podziwiać tak piękne widoki. Z tyłu głowy jednak kołacze myśl, że to tylko począteczek biegu i ciężkie chwile są przede mną. Oj przede mną!!!

Drobne problemy zaczynają się na końcówce podejścia na kolejną przełęcz Haut Pas (2857 m n.p.m.) jest to już 31 km trasy. Zaczynam odczuwać braki w mocy. Szybkość spada, oddech robi się krótszy. Trzeba zwolnić i przejść do mozolnego tupania pod górę. Wysokość robi swoje. Już do mnie dociera, że nie będzie to przysłowiowa „bułka z masłem”. Cały czas mam świadomość konieczności jedzenie i picia oraz uzupełniania wszystkich braków na mijanych punktach odżywczych, a punktów tych jest naprawdę dużo i to dobrze zaopatrzonych w jedzenie i picie. Jedyny minus to podawanie produktów przez obsługę (zawsze to dłużej trwa), jednak związane jest to z wymogami pandemicznymi. Wszyscy mamy tego świadomość i z tego powodu wszyscy grzecznie czekają i stosują się do zaleceń.

W trakcie zbiegu z Col Crosatie (2829 m n.p.m.) poznaję biegacza z Grecji, z którym chwilę rozmawiam na temat właściwego koloru oddawanego moczu, tzn. jaki kolor jest właściwy, a co powinno zacząć niepokoić. Takie właśnie rzeczy zajmują człowieka podczas biegu. W międzyczasie nadciąga wieczór, a baza w Valgrisenche na 54 km zaczyna się zbliżać. Docieram do niej o 20:20. Odbieram torbę ze swoimi rzeczami, jem, piję. Zmieniam koszulkę, buty, spodenki, uzupełniam zapasy i o 20:54 wychodzę na następny odcinek trasy. Kolejna baza w Cogne  na 110 km trasy. Tam mam spotkać się ze swoim suportem.

Po drodze muszę pokonać podejścia pod przełęcze Fenetre (2840 m n.p.m.), Entrelor (3002 m n.p.m.) i oczywiście zbiegi w dół kolejnych dolin. Czasami zastanawiam się, jak ścieżki w dół z przełęczy trzymają się zbocza i nie osuwają się. Ba, czasami zastanawiam się, jak to jest, że ja sam się jeszcze trzymam i nie zsuwam w dół, razem z piargami. O ile na podejściach potrafi mi być zimno, chce mi się spać, to na zejściach wszystko mija i dopiero w łatwiejszym terenie wszystko uderza ze zdwojoną siłą. Ma to dobre strony – jestem bardziej uważny i skoncentrowany. Po wschodzie słońca wreszcie docieram na Col du Lauson (3299 m n.p.m.) jest to już 97 km trasy. Z przełęczy muszę zbiec do bazy w Cogne (1531 m n.p.m.), czyli że na odcinku około 13 km muszę zrobić 1768 m zbiegu. Mięśnie nóg dostają za swoje i zaczynają boleć. Gorsza sprawa, że podczas zbiegów jakoś duże palce stóp dobijają do czubków butów i zaczynają coraz bardziej boleć. Obiecuję sobie, że w bazie ogarnę ten problem – zmiana butów, skarpet, oklejenie palców plastrami żelowymi. Będzie dobrze. Do bazy docieram koło godz. 11:00 (13.09). Dobrze, że na miejscu widzę mój suport, czyli żonę i córkę. Od razu jest mi lepiej, a nowe siły napływają. To już w sumie 110 km trasy.

W Cogne ogarniam najpotrzebniejsze rzeczy, czyli jem i piję. Przebieram rzeczy, oceniam stan stóp i oklejam je. O godz. 12:30 mogę ruszać w dalszą drogę. Ku przygodzie. Jeszcze buziaki dla mojego supportu, pomachanie na do widzenia i w drogę. W między czasie zrobiło się naprawdę gorąco. Pamiętać – pić, nawadniać, uzupełniać jedzenie i oczywiście „napierać”!!!


Wkręcam się w trasę

Początek kolejnego odcinka to przydługie przemieszczanie się wzdłuż drogi aż do Lillaz na 114 km. Dopiero teraz znowu wbijam się w piękne góry i mogę podziwiać wodospady i skały. Alpy w pełnej okazałości. Tak dochodzę do Finestra Di Champorcher na wysokości 2827 m n.p.m. Od tego miejsca kolejne kilometry to zbiegi w dół, aż do miasteczka Chardonney. Biegnąc w dół wyobrażałem sobie, że w momencie, kiedy dobiegnę do rzeki i będę biegł z jej prądem, to że będzie prościej, łatwiej. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że kolejne kilometry to nieustanne zbiegi i podbiegi po kamieniach i wysokich stopniach. Następnie przeprawianie się z jednej strony górskiej rzeki na drugą stronę i na odwrót. Mostki zawieszone nad rzeką pozostawiały duuużo do życzenia. Czasami dziury w wiszących mostkach były pozakrywane np. drzwiami od szafy. Ciekawe doświadczenie. Jednak nie była to ostatnia niespodzianka na tym odcinku. W momencie, kiedy sądziłem, że już wychodzę na prostą, aby dobiec do bazy w Donnas chorągiewki wyznaczające trasę zaczęły prowadzić w górę i w górę. Ścieżka zrobiła się wąska i wyboista. Zawieszona gdzieś między niebem a ziemią. W każdym razie, ja ją tak postrzegałem. Na dodatek od dłuższego czasu zrobiło się już ciemno. Jednak po kilku kilometrach ścieżka zaczęła się rozszerzać, a między drzewami zobaczyłem światła Bard. Aby ostatnie przed bazą kilometry nie dłużyły się za bardzo, przyspieszyłem. Biegłem przez starówkę Bard, a następnie przez kolejne ulice, które miały zaprowadzić mnie do Donnas, Tam były moje rzeczy, tam miało być spanie, kąpanie i jedzenie. Tuż przed 22:00 (13.09) po przebiegnięciu 156 km dotarłem do bazy w Donnas.

Na miejscu – pod czujnym okiem supportującej żony – jedzenie, picie, szybki prysznic i spać. O 1:45 (14.09) wymarsz z bazy na kolejny odcinek pełen przygód.


TOR330 pokazuje swoje prawdziwe oblicze

Pierwszy odcinek miał być ostro pod górę, gdyż z wysokości 330 m musiałem dostać się na wysokość schroniska Coda (2 224 m n.p.m.). Chociaż droga prowadziła pod górę, to jednak dookoła były piękne widoki rozświetlonego nocnego Donnas oraz całej okolicy. Piękne były mijane pod drodze zawieszone gdzieś w chmurach skupiska domostw. O tej porze, czyli gdzieś między nocą a dniem, całkowicie mało realne. Wreszcie wydostaję się na otwartą, górską przestrzeń i już mam dosięgnąć schroniska Coda, kiedy potknięcie o wystającą skałę doprowadza do upadku i złamania jednego z kijków. Zostaje tylko jeden. Pierwsza reakcja – złość. Druga – szybki telefon do żony i prośba o wsparcie, czyli dostarczenie pary nowych do kolejnej bazy. Po wszystkich ustaleniach idę zmagać się z kolejnymi kilometrami trasy podpierając się tylko jednym kijkiem. Następne kilometry, to piękne górskie doliny, czasami trudniejsze technicznie ścieżki wyposażonymi w techniczne ułatwienia typu metalowe klamry. W takiej scenerii kilometry mijają dość szybko i nawet zapominam o brakującym kijku oraz obolałych stopach. Niestety kolejne podejścia, a zwłaszcza zejścia wysysają ze mnie powoli resztki sił i motywacji. Potrzebuję chwili odpoczynku i mobilizacji sił. Ostatni odcinek przed bazą biegnę wzdłuż asfaltowej drogi i raz za razem dobiegają do mnie dźwięki klaksonów oraz okrzyki z przejeżdżających samochodów zagrzewające mnie do dalszego wysiłku. Oj, pomaga to w utrzymaniu właściwego tempa. Do bazy w Grossoney Palazzetto na 213 km trasy docieram około 20:20 (14.09). Nie planowałem spania na tym punkcie, jednak dochodzę do wniosku, że godzina snu nie jest złym pomysłem przed całą nocą „napierania” w górach. Z bazy wychodzę w ciemną noc o godz. 22:58. Jestem pozytywnie nastawiony i trochę zregenerowany.

Aaaa i jeszcze jedno, mam dwa nowe kije do szybszego przemieszczania się. Nowe siły wstępują w organizm. Do przodu.

Po drodze, na telefon dostaję motywujące sms-y (Boguś – dziękuję), a po chwili telefon dot. pełnego wsparcia moich wysiłków (Przemek i Marzenka – dziękuję Wam). Pomyślałem, że jeżeli są osoby, które obserwują moje postępy na trasie, to nie mogę zawieść i „drobne” niedogodności nie mogą mi przeszkadzać i być wymówką do zwalniania, czy marudzenia w trasie.

Brzmi patetycznie? Może. Jednak pomaga!!! „Pognałem” więc do przodu nucąc pod nosem tekst piosenki: „…Powiadam wszystko

Za wyjątkiem ciebie chłopaku

Wypływasz jutro

Mandżur pakuj…”

LAO CHE „Hydropiekłowstąpienie”

Nie za długo gnałem, gdyż ostre podejście powstrzymało moje biegacze zapędy. Znowu mozolne tupanie pod górę, aż na wysokość przełęczy Pinter (2777 m n.p.m.) na 223 km trasy. A następnie znowu zbiegi, zejścia coraz niżej i niżej do Champoluc. Po drodze w dół zaliczam parę kopnięć stopą w głazy, a nawet zaliczam niekontrolowany zbieg w dół zbocza. Nie wiem, jakim cudem kilkanaście metrów niżej dalej stoję na obolałych, poobijanych nogach. Stoję i trochę nie wierzę, że nie rąbnąłem na twarz i nie szorowałem nią po zboczu.

No ok, skoro już tak jest, to chyba mogę kontynuować dalszą drogę.

Z punktu w Champoluc wychodzę koło godz. 4:00 (15.09). Niestety pogoda się załamuje i zaczyna padać. Najpierw nieśmiało, potem coraz mocniej. Mam kurtkę, z cukru nie jestem idę, więc do przodu. Docieram do schroniska Grand Tournalin (2535m) i 239 km trasy. Tradycyjnie, jem, piję oraz sprawdzam ewentualne braki wody w bukłaku. Szkoda czasu, trzeba wychodzić. Dalej pada. Do bazy w Valtournenche na 248 km docieram po godz. 10:00. Jestem raczej w dość słabym stanie. Zmęczony, przemoczony, a stopy przedstawiają dość żałosny widok. Opieka mojego supportu, czyli żony, potrafi zdziałać cuda. Tradycyjnie: jem, piję, kąpię się i idę spać. Przed wyjściem opatrzenie stóp, czyli zużycie wszystkich posiadanych żelowych plastrów i tuż przed godz. 14 startuję w dalszą drogę. Niestety pogoda dalej z deszczem. Tylko, że teraz przychodzi ulewa i następnie jest trochę spokoju. Do następnej, ulewy oczywiście.

Są również pozytywy takiej pogody. Wiejący wiatr przegania po szczytach i dolinach chmury. W konsekwencji od czasu do czasu odsłaniają się piękne górskie widoki.


Jesteś na TOR 330 – ciesz się tym

Droga znowu wyprowadza mnie w góry i wspinam się coraz wyżej aż do przełęczy Fenetre de Tzan (2738 m n.p.m.). Po drodze kilkukrotnie gubię drogę lub uważam, że ją zgubiłem. W kluczowych momentach odnajduję jednak upragnione żółte chorągiewki. Z przełęczy mam długi zbieg do Rifugio Lo Magia. Muszę zbiec 700 m w pionie, a bardzo nie podoba się to moim stopom. Oprócz tego zbliża się kolejny wieczór i noc w trasie.

Cały optymizm gdzieś się ulotnił, tempo spadło.

Dotarcie na przełęcz Vessona (2788 m n.p.m i 275 km trasy) nie było łatwe. Kolejne podejścia, wąskie granie, osypujące się piargi, noc, mgła nie ułatwiały drogi. Jednak to, co zobaczyłem na przełęczy przerosło moje oczekiwania. W świetle czołówki zobaczyłem zejście w dół. Wyglądało to, jakbym stał na ogromnej osypującej się górze żwiru, a musiałem przecież się z niej jakoś zsunąć na dół. Mozolnie rozpocząłem te wszystkie manewry i udało się. Następnym problemem stało się dłuuugie zbiegnięcie w dół do miasteczka Oyace. Pokonanie prawie 1500 m w pionie było nie lada wyzwaniem i ciągnęło się niemiłosiernie. Na punkcie dość szybkie jedzenie, picie i w dalszą drogę.

Idę przez miasteczko, zaczynam je okrążać. Wszystko niby ok, ale od pewnego momentu zamiast w górę schodzę w dół. Coś jest nie tak! Po drodze spotykam zawodnika idącego z przeciwnej strony. Chwilę rozmawiamy i ustalam, że idzie do bazy w Ollomont. Nie wiem, jak jest to możliwe, ale pomyliłem drogę. Idę z nim, a po kilkuset metrach dociera do mnie, że już tu byłem. Z braku lepszej alternatywy kontynuuję marsz i po chwili jestem ponownie na punkcie w Oyace. Jestem zły i wkurzony całą sytuacją. Straciłem 40 minut. Ponownie ruszam na szlak i okazuje się, że na jednym z mostków nie zauważyłem żółtej chorągiewki i skręciłem nie tam, gdzie potrzeba. Cóż, musiałem się z tym pogodzić. Obiecuję sobie, że będę bardziej uważał. Kolejne kilometry to mozolne podejścia i jeszcze mozolniejsze zejścia. Jakoś idzie i przed godz. 10 (16.09) docieram do ostatniej bazy w Ollomont (1396 m n.p.m., 298 km trasy). Tradycyjnie- jedzenie, kąpiel, krótkie spanie i przed 13 wychodzę na ostatnie kilometry trasy. Oczywiście w pełni zregenerowany.


TOR330, pokazuje gdzie moje miejsce

Wspięcie się na przełęcz Champillon (2707 m n.p.m.) nie było proste, jednak trzymam tempo podejścia i zdobywał kolejne metry. Czuję się całkiem dobrze, jak na przebyty dystans 300 km. Z przełęczy dostaję się na kolejny punkt w dolinie gdzie spotykam kilku zawodników. Zastanawiają się, czy już wychodzić z namiotu, bo deszcz rozpadał się na dobre. Nie mam takich dylematów i wyskakuję na trasę żegnany okrzykami zagrzewającymi do biegu. Lekki podbieg i…. droga zaczęła się wypłaszczać. Ok, coś dla mnie. W przypływie nagłej energii zaczynam biec. Nogi robią się lekkie i chętne do współpracy, czyli do zwiększania tempa biegu. Widoki piękne, a i padać już prawie przestało. Trzeba taką sytuację wykorzystać do maksimum (nie wiadomo, czy się jeszcze trafi). Kolejne kilometry uciekają nie wiadomo, kiedy i jak. Biegnę jak gdybym parę godzin wcześniej wybiegł w trasę. Na kolejny punkt wpadam – łyk picia oraz coś do zjedzenia i biegnę dalej. Przecież prawie płasko, przecież są siły. Chwilo trwaj!!!

Spowalnia mnie dopiero ostre podejście prowadzące do schroniska Frassati (2537 m n.p.m.) na 330 km trasy. Podejście długie i wymagające. Trzymam tempo i dobrze mi się „napiera”. Ciekawe, czy wytrzymam tak do mety. Oby!!! Następny cel to przełęcz Malatra (2936 m n.p.m). Końcowe podejście zmusza do pełnej koncentracji i mobilizacji sił. Podchodzę już po ciemku, a sama przełęcz jest sztucznie oświetlona i obsadzona obsługą w celu ew. pomocy zawodnikom. Jest dobrze, tak myślę. Meta już blisko!

Ciemność, zmęczenie, długi wymagający zbieg z przełęczy, zbyt szybkie zbieganie w dół. Chyba dobra mieszanina elementów, aby coś się wydarzyło. Niestety jedno potknięcie na zbiegu, potem drugie i przy kolejnym tracę równowagę. Ratuję się jeszcze kilkoma skokami w dół. Jednak przy lądowaniu uderzam z całą mocą i prędkością stopą w skałę. Ból jest ogromny!!! Osuwam się na zbocze. Leżę i dopiero po chwili jestem w stanie się podnieść. Ból w stopie trochę słabnie. Podejmuję próbę kilku kroków w dół. Coś jednak jest nie tak z palcem. Coś boli, a górna jego część jest zbyt ruchoma. Chyba coś się oderwało. Szybko siadam i zdejmuję buta, a następnie skarpetkę. W świetle czołówki widzę mojego obklejonego plastrem żelowym palucha. Jednak spod plastra wydobywa się osocze i krew. Paznokieć pękł, a jego nasada została wyrwana. Wyjmuję wszystkie posiadane plastry z opatrunkiem i próbuję przykleić. Jakoś się trzyma. Nic nie poradzę więcej, muszę jakoś dotrzeć chociaż do kolejnego punktu. Próbuję się przemieszczać. Przesuwam się krokiem dostawnym. Byle do przodu.

Wiem jedno, dotarcie do mety będzie wyzwaniem. A było już tak blisko. Będę walczył jednak. Nie po to przebiegłem te 335 km, abym teraz odpuścił. Nie, to się tak nie może skończyć. Skończy się dla mnie dopiero na mecie. Czas już jest nieważny, miejsce też. Pełna koncentracja na osiągnięciu mety.

Na kolejnym punkcie opisuję obsłudze moje zdarzenie i proszę o dużo plastrów. Tłumaczę, że sam sobie jakoś poradzę, że muszę dotrzeć do mety. Samoprzylepny plaster, który dostaję jest mocny, szeroki i mam go dużo (prostokąt 100 cm x 15 cm). Owijam nim palec, a następnie oklejam całą stopę stabilizując w ten sposób uszkodzonego palucha. Biegania niestety nie będzie, ale wykorzystując kije mogę się przemieszczać. Mam do przebycia jeszcze 15 km i ostre zejście do mety, coś w okolicach 750 m w pionie.

Zejście do Courmayeur jest gehenną i chciałbym o tym zapomnieć. Polega na mozolnym opuszczaniu się na kijach i uważanie, aby nie wyginać uszkodzonej stopy. Cała operacja ciągnie się w nieskończoność (tak mi się przynajmniej wydaje).

Ponieważ jednak wszystko ma swój kres, to i ja docieram do mety o 4:30 (17.09). Jakieś sześć i pół godziny od zdarzenia na zbiegu. Ufff!!!

Po 114 godz. 30 minutach na trasie TOR330, przebyciu prawie 350 km, zrobieniu prawie +/- 31 000m podbiegów i zbiegów docieram na metę zajmuję 83. miejsce. Czy się cieszę? Oczywiście, że tak. TOR330 polecam każdemu. kto chciałby spędzić duuużo czasu z samym sobą i doświadczyć rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło.

Ps.1 Moja rekonwalescencja przebiega właściwie. Mówiąc prawdę, jeszcze nie biegam, ale rowerek już jest!!!

Ps. 2 Czas rozpocząć przygotowania do TOR450.

TOR330 w 2021 roku po raz kolejny – ustanawiając nowy rekord trasy – wygrał Franco Colle. Na mecie pojawił się po  64 godzinach, 43 minutach o 57 sekundach. Pierwszą kobietą na mecie była Silvia Trigueros Garrote z czasem 87:57:50


Tags : ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *