Ultramaraton dla szaleńców? Michał Wolański opowiada o swoim starcie w Marathon des Sables 2026.

Rozmawiała Monika Bartnik
22 min. czytania

„Ultramaratonem dla szaleńców po pustyni” ekscytował się już w czasie studiów. Blisko dwie dekady później stanął na starcie Marathon des Sables 2026, jednego z najtrudniejszych biegów etapowych na świecie. Michał Wolański – zajął 134. miejsce na 1500 startujących! – opowiada kulisach startu: przygotowaniach, strategii, sprzęcie i trudnościach na trasie.

Spis treści

Co sprawiło, że nadszedł moment, w którym powiedziałeś sobie: „Chcę wystartować w Marathon des Sables”?

Michał Wolański: Moja historia z MDS jest dość zabawna, bo po raz pierwszy przeczytałem o nim będąc jeszcze na studiach. Miałem wtedy akurat okres „zajawki na bieganie” i pamiętam jak z ekscytacją opowiadałem koledze z akademika, że jest właśnie taki „ultramaraton dla szaleńców po pustyni”! Nie sądziłem jednak wtedy, że taki wyczyn jest w ogóle w zasięgu moich możliwości. Fascynacja MDS jak widać została ze mną przez kolejne blisko dwie dekady (!), bo gdy zacząłem kilka lat temu podchodzić do biegania trochę bardziej serio i wyznaczać sobie coraz ambitniejsze cele, informacja w mediach o 40-rocznicowej edycji MDS Legendary była niczym znak. Byłem akurat w trakcie przygotowań do Monte Rosa Walserwaeg by UTMB, ale nie miałem wątpliwości, że jestem gotów zaplanować już kolejny cel. Ustawiłem przypomnienie w kalendarzu i na MDS zapisywałem się jak tylko wystartowały zapisy – nie mogłem tego przegapić.

Czy to był Twój debiut w biegach etapowych?

Michał Wolański: Startowałem w przeszłości dwukrotnie w Etapowej Triadzie w Krościenku. Ale zarówno dystans, jak i formuła „self-sufficient”, tak bardzo odróżniają MDS od wszystkiego innego z czym miałem wcześniej do czynienia, że traktuję to jak debiut.

Czy miałeś kiedykolwiek wcześniej okazję startować w warunkach pustynnych?

Michał Wolański: Nie, pustynia była dla mnie całkowitą nowością. Biegałem wielokrotnie po plaży czy piaszczystych wzniesieniach w lesie. Natomiast różnorodność terenu na Saharze jest nieporównywalna z niczym innym i już po dwóch dniach zacząłem rozróżniać co najmniej kilka rodzajów piasku – gdzie każdy zachowuje się inaczej pod stopą.

Jak wyglądały Twoje przygotowania fizyczne do biegu?

Michał Wolański: Przygotowania zacząłem na około pół roku przed startem. Kluczowe było dla mnie, aby nie doprowadzić do żadnej kontuzji, więc stopniowo zwiększałem tygodniowy kilometraż, wplatając regularne treningi funkcjonalne/siłowe oraz dużo rozciągania.

Jeśli tylko pozwalają na to warunki, treningi biegowe w zasadniczej większości wykonuję w lesie, więc o przygotowanie stabilizacji kostki oraz podbiegi się nie martwiłem. Na późniejszym etapie, w okresie surowych mrozów styczeń-luty, największym wyzwaniem stało się wyrobienie tych przynajmniej 80-90 km tygodniowo. Wtedy bardzo dużo treningów wykonywałem na bieżni mechanicznej, czasami biegając jednego dnia rano i wieczorem. MDS to z jednej strony wytrzymałościowy etap 100 km, a z drugiej etapy po 35 czy 40 km, które są zdecydowanie szybsze. Dlatego starałem się, aby moje treningi były różnorodne i odbywały się we wszystkich strefach tętna. Średnio w tygodniu miałem 5 dni biegowych oraz 1 dzień treningu siłowego. A do tego dochodziły 2 razy dziennie długie spacery z moją suczką husky – co na pewno też pomogło!

Czy trenowałeś w warunkach zbliżonych do pustynnych?

Michał Wolański na trasie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: Kwietniowy termin MDS nie współgra z panującą w Polsce na początku roku pogodą. Zima 2026 była wyjątkowo mroźna, więc można by powiedzieć, że większość treningów odbywała się w warunkach skrajnie różnych od tych panujących na pustyni – długie wybiegania robiłem w raczkach, po śniegu i lodzie, przy temperaturze -12 czy – 14 stopni. Z tego względu bardzo ważnym elementem w moim planie były treningi w trakcie wyjazdu do Portugalii oraz na Zanzibarze, gdzie mogłem przetestować nowy sprzęt, pracować nad techniką biegania po piasku i budować aklimatyzację. Ciekawostką jest, że świeży śnieg zachowuje się do pewnego stopnia podobnie do piachu, wymuszając bieg w sposób, by się „nie zapadać”. Ale na tym niestety podobieństwa się kończą. W przygotowaniach do MDS bardzo ważna jest aklimatyzacja cieplna. Z tego, co wiem, w Polsce nie ma treningowych komór cieplnych, więc by przyzwyczajać organizm do wysokich temperatur, przynajmniej dwa razy w tygodniu byłem również na saunie.

Jak przygotowywałeś się mentalnie na tak ekstremalne wyzwanie?

Michał Wolański: Myślę, że ogólnie jestem osobą o dość mocnej psychice. Obierając sobie jakiś cel, potrafię sam się bardzo dyscyplinować, aby go osiągnąć. I o to chyba chodzi w MDS, zarówno na etapie przygotowań, jak i w trakcie biegu. Sukces to suma setek tysięcy małych kroków, które trzeba konsekwentnie postawić, nie ma drogi na skróty. 

Jak wyglądała organizacja wyjazdu – co było największym wyzwaniem logistycznym?

Michał Wolański: Logistyka poszła mi na szczęście bardzo sprawnie – niedługo po rejestracji na MDS, zarezerwowałem przelot do Marrakeszu, a potem hotele. Organizator zapewniał autokar z Marrakeszu do Warzazat, skąd odbywał się wspólny wyjazd do biwaku na pustyni. Jedynym problemem, który natrafiłem po drodze, to było niespodziewane anulowanie rezerwacji mojego noclegu w Warzazat. Okazało się, że nie byłem jedynym, którego to dotknęło. Na szczęście szybko udało mi się zarezerwować alternatywne miejsce. Mam przy tym komfort, że społeczność zawodników MDS jest tak wzajemnie się wspierająca, że w najgorszym wypadku, ktoś by mnie przygarnął na tę jedną noc.

Jakie wyposażenie było obowiązkowe, a co okazało się kluczowe w praktyce?

Michał Wolański na trasie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: Lista wyposażenia obowiązkowego była naprawdę długa i obejmowała m.in. lusterko sygnałowe, czołówkę, kompas, nóż czy 14 kostek rosołowych (chodziło o uzupełnianie poziomu soli). 

W praktyce kluczowa okazała się czołówka. Odegrała ona kluczową rolę przy porannych startach, gdzie jeszcze w godzinach nocnych musiałem przygotować sobie śniadanie, a także cały ekwipunek na trasę. Trzeba pamiętać, że codziennie w trasę musiałem zabrać ze sobą absolutnie wszystko, co oznaczało pakowanie co rano śpiwora, kurtki i maty; w namiocie nie mogło zostać nic. Czołówka była też niezbędna do wieczornego poruszania się po biwaku, gdzie łatwo było uszkodzić sobie stopę o nieduże i ostre kamienie. 

Ile ważył Twój plecak na starcie?

Michał Wolański: W trakcie oficjalnego ważenia w przeddzień startu wyszło 8,2 kg (bez wody). To niestety dość dużo i zauważalnie powyżej minimalnego limitu 6,5 kg. Wyszedłem jednak z założenia, że mierząc się z tak nietypowym wyzwaniem po raz pierwszy, lepiej być przygotowanym na więcej niż mniej. Najwięcej w tym wszystkim waży oczywiście jedzenie. Aby oszczędzić trochę wagi, przyjąłem założenie braku jakichkolwiek ciepłych posiłków – dzięki temu nie musiałem brać ani kuchenki, ani garnuszka czy rozpałki.   

Czy z perspektywy czasu spakowałbyś się inaczej?

Michał Wolański na trasie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: Myślę, że rozważyłbym zamianę dmuchanej maty na karimatę, co oszczędziłoby mi trochę wagi. Ale wszystko ma swoje plusy i minus. Wraz z upływem dni i zwalniającym się miejscem w plecaku, matę byłem w stanie spakować do środka; z karimatą takiej możliwości by nie było.

Jak radziłeś sobie z ograniczonym dostępem do wody?

Michał Wolański: 5 litrów, które otrzymywałem codziennie w biwaku po zakończeniu etapu, w zupełności wystarczało na zaspokojenie potrzeb nawodnienia i przygotowywania jedzenia. Myślę jednak, że gdyby ktoś planował codzienne pranie ubrań czy mycie włosów, to wtedy pewnie byłby problem. Ze wszystkich rzeczy, których brakuje na MDS, brak dostępu do bieżącej wody i możliwości wzięcia prysznica, by zmyć z siebie pustynny pył, był zdecydowanie najbardziej dotkliwy.

Co jadłeś podczas biegu?

Michał Wolański: Na etapie przygotowań testowałem bardzo różne liofilizaty, np. makarony, owsianki, risotto. Sporządziłem zestawienie i wszystkie posiłki oceniałem według kryteriów: smak, kaloryczność/waga, wpływ na żołądek. To właśnie wtedy zadecydowałem, że rezygnuję całkowicie z posiłków, które wymagają podgrzewania. W ten sposób odpadła mi konieczność pakowania kuchenki oraz garnuszka. Jeśli chodzi o sam bieg, to korzystałem z pełnego przekroju przekąsek energetycznych – od batonów, przez żelki, po klasyczne żele. W tym zakresie naprawdę dobrze jest znać swoje indywidualne potrzeby i preferencje. Przykładowo, żele – z uwagi na zawartość kofeiny oraz szybką przyswajalność – wykorzystywałem na końcówkach etapów, kiedy potrzebowałem szybkiego i mocnego zastrzyku energii.

Czy korzystałeś z liofilizatów czy własnych rozwiązań?

Michał Wolański: Wyłącznie liofilizaty.

Jak organizm reagował na dietę w takich warunkach?

Michał Wolański: Dieta oparta na owsiankach i musli to był strzał w dziesiątkę. Takie posiłki są bardzo bezpieczne dla żołądka i jednocześnie dają dobre poczucie sytości. Ani razu nie miałem nieprzyjemności jelitowych.

Jak wyglądał typowy dzień na trasie?

Michał Wolański na trasie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: Startowaliśmy dość wcześnie rano, najczęściej około 6:00, a 100-kilometrowy etap ruszał o 5:00. Wstawałem na 1,5h przed wyznaczoną godziną startu i już drugiego dnia miałem przyjętą stałą rutynę. Pierwszą rzeczą, którą robiłem było zalanie owsianki. W tym czasie zaczynałem szykowanie sprzętu: skrupulatne oczyszczenie skarpetek z piasku, buty, ułożenie przekąsek w kieszonkach plecaka. Wszystko odbywało się przy świetle z czołówki. 

Jedząc śniadanie przechodziłem przez szczegóły trasy, w szczególności ważne były odległości między punktami kontrolnymi. Gdy do pierwszego punktu było np. tylko 8 km, wiedziałem, że mogę napełnić bidony tylko w połowie, aby zgubić trochę z wagi plecaka. Potem toaleta i pakowanie reszty dobytku – śpiwór, materac. Trzeci etap udowodnił mi jak ważne jest właściwe rozłożenie wagi w plecaku. Miałem tak mocno odbity dół pleców, że ledwo mogłem się położyć. 

Briefing zaczynał się ok. 15 min przed startem, energetyczny zastrzyk z Highway to Hell, odliczanie i ruszaliśmy! Trasa to z kolei była nieustanna walka… pomiędzy chęcią robienia zdjęć, a próbą osiągnięcia jak najlepszego wyniku. Pustynia jest naprawdę niezwykle różnorodna i na każdym kroku wprawiała mnie w zachwyt. Obfitujące w deszcze ostatnie miesiące sprawiły, że wielokrotnie biegłem przez polany kolorowych kwiatów, które przy nadepnięciu kruszyły się i wydzielały zapach, jakbym znajdował się w sklepie zielarskim. I najważniejsze chyba: możliwość stanięcia na kilkudziesięciu metrowej wydmie o wschodzie słońca – bezcenne. 

Który etap był dla Ciebie najtrudniejszy i dlaczego?

Michał Wolański: Myślę, że najtrudniejszy był dla mnie etap 5 – przedostatni – 42,5 km. To był ten moment, gdy w nogach miałem już ponad 200 km, otarcia na stopach zaczęły się kumulować, a trwająca kilka godzin burza piaskowa poprzedniego dnia nie dała możliwości odpoczynku po 100 km. Z jednej strony duża ilość kamienistych odcinków dawała potencjał szybkości, a z drugiej, te same kamienie potęgowały ból zmęczonych stóp. To etap, od którego zaczęła się prawdziwa walka z samym sobą, a zmęczenie psychiczne zaczęło przeważać nawet nad zmęczeniem fizycznym.

Jak poradziłeś sobie z wydłużonym, 100-kilometrowym etapem?

Michał Wolański na trasie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: Czułem ogromny respekt do tego odcinka, więc nie było mowy o przeszarżowaniu. Tu w szczególności trzeba było reagować na bieżąco na pojawiające się problemy, aby nie przerodziły się w coś większego, co mogłoby zagrozić kolejnym dwóm etapom. Po porannej przeprawie przez wysokie wydmy czułem, że pojawiły mi się obtarcia na małym palcu, więc już na najbliższym checkpoint miałem przerwę na bandażowanie, aby sytuacja się nie pogorszyła. To był też etap, gdzie po raz pierwszy poczułem prawdziwe piekło pustyni, która nie oferuje nawet skrawka cienia. Od 9 rano do 18 cały czas trwa ekspozycja na palące słońce. Na punktach kontrolnych lekarze polewali nam kark zimną wodą i oferowali lód, wkładany do kieszonki w chustce na szyi, którą dostawaliśmy na 40 km. Mimo wszystkich starań, dorobiłem się pęcherza (jednego z kilku), który postawił pod znakiem zapytania dalszy los paznokcia. Po konsultacji medycznej zdecydowano jednak go nie usuwać i mocno obkleić, aby tylko wytrzymał jeszcze 2 etapy. 

Jak wyglądało tempo i strategia biegu?

Michał Wolański: Strategia była dość prosta – nie przepalać energii na podbiegach oraz odcinkach grząskiego piasku. Nie wliczając elity, nie mogłem uwierzyć widząc zawodników, którzy wbiegali na wydmy, by chwilę później nie móc złapać oddechu na pięknym, płaskim i utwardzonym odcinku! Koszt energetyczny podbiegu w takim terenie jest absolutnie niewspółmierny z uzyskiwaną przewagą czasową. Na płaskich odcinkach biegłem tempem oscylującym średnio między 6:00-6:40 min/km, co pozwalało mi utrzymać dobre i spokojne tętno. Myślę, że przyjęta strategia się sprawdziła, bo udało mi się ukończyć w top 10% startujących.

Czy były momenty kryzysowe? Jak sobie z nimi poradziłeś?

Michał Wolański w obozowisku Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: Doświadczałem czegoś, co bym bardziej nazwał chwilami zwątpienia aniżeli pełnowymiarowym kryzysem. W takich chwilach pomagało mi przypominanie sobie, dlaczego to robię, ile pracy włożyłem w przygotowania oraz wizualizacja satysfakcji, którą przyniesie mi ukończenie biegu z możliwie najlepszym wynikiem. Dobrze się znam i wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko, aby nie czuć później żalu.

Co było najtrudniejsze – fizycznie i psychicznie?

Michał Wolański: Za największe wyzwanie fizycznie wskazałbym brak wystarczającej regeneracji. Jeżeli jesteśmy właściwie przygotowani kondycyjnie i mamy doświadczenia w biegach ultra, to w tym obszarze nie powinno nic nas zaskoczyć – jest ogromny wysiłek, ból, gorąc, dyskomfort. 

Psychicznie? Trwanie przez tydzień w stanie permanentnej niedogodności. Kładąc się każdej nocy w łopoczącym od wiatru namiocie, na pokrytym piachem materacu, z obolałym ciałem i świeżymi bandażami na stopach, musiałem oswoić myśli, że kolejny dzień nie przyniesie oddechu i będzie równie ciężki lub nawet cięższy. Ostateczny cel, upragniona meta 6-ego etapu przybliża się niestety bardzo powoli. Myślę, że gdyby MDS trwał choćby dwa dni dłużej, to dużo osób by się poddało.

Jak radziłeś sobie ze snem i regeneracją?

Michał Wolański odpoczywa po kolejnym etapie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: To był chyba najtrudniejszy element (zaraz za samym biegiem przez pustynię) MDS. W teorii wydawałoby się, że formuła jest dość prosta: biegnę, a potem resztę dnia i noc odpoczywam. W praktyce wyglądało to dużo gorzej. Panujące na pustyni warunki bardzo utrudniają lub wręcz czasem uniemożliwiają właściwą regenerację. W ciągu dnia palące słońce, w nocy temperatury spadające do kilku stopni oraz miotający całym namiotem silny wiatr i piasek. Budziłem się każdej nocy kilkakrotnie, czy to, aby osłonić bardziej twarz od zacinającego piasku czy aby włożyć cieplejszą kurtkę. To wszystko powodowało, że w MDS nie ma mowy o pełnej regeneracji i trochę jak w wyprawach wysokogórskich, z każdym dniem maksymalny poziom energii jest trochę niżej. Dlatego tak istotne jest, aby przed startem być maksymalnie wyspanym i wypoczętym, bo z tej energii będziemy czerpać przez kolejny tydzień.   

Jak wyglądała atmosfera pomiędzy uczestnikami na takim biegu jak Marathon des Sables?

Michał Wolański: MDS to świetny przykład, że wspólna niedola łączy ludzi. Z każdym kolejnym etapem kojarzyłem na trasie coraz więcej osób, które biegły podobnym tempem do mnie. Wszyscy sobie wzajemnie kibicują i standardem było zagrzewanie do walki osobę, którą się wyprzedzało. Rozmawiałem z osobami z najróżniejszych zakątków świata o praktycznie wszystkim, o rodzinie, pracy, doświadczeniach biegowych. W namiocie z kolei zawarłem znajomości, które jestem pewien, że zostaną ze mną na lata.

Jak oceniasz organizację biegu?

Michał Wolański: Absolutne 10/10. W trakcie całego biegu czułem się bardzo bezpiecznie, co jest niezwykle istotne, gdy rozmawiamy o tak ekstremalnym wysiłku. Na trasie były patrole z wielbłądami, pustynne buggy, a także obsługa pokonująca trasę w przeciwnym kierunku niż zawodnicy. Ilość wolontariuszy i lekarzy, zarówno na trasie i punktach kontrolnych, była prawdziwie imponująca, a ich zaangażowanie przekraczało wszelkie granice. Wbiegając na punkt zawsze słyszałem głośne zagrzewanie do walki, oklaski, było zbijanie piątki czy nawet wspólny taniec! Ze świetnych rzeczy były też emotion boxes. W związku z brakiem zasięgu, w każdym biwaku były namioty, w których można było nagrać minutowe wiadomości wideo dla bliskich, wysyłane przez internet satelitarny. Dzięki temu bliscy wiedzieli, że jestem cały i zdrowy.

Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem?

Michał Wolański: Konieczność samodzielnego przekłuwania pęcherzy na stopach! Ja i igły raczej nie pałamy do siebie miłością, więc gdy za pierwszym razem francuski lekarz próbował mi wytłumaczyć, w jaki sposób powinienem nakłuć pęcherz, odciągnąć płyn, a następnie wstrzyknąć lekarstwo, to zrobiło mi się naprawdę gorąco.

Jak to doświadczenie wpłynęło na Ciebie nie jako na biegacza, ale po prostu człowieka?

Michał Wolański na trasie Marathon des Sables 2026

Michał Wolański: MDS sprawiło, że doceniłem wiele rzeczy, które mam na co dzień i traktowałem dotychczas jako pewne. W codziennym pędzie zwykle rozmawiamy tylko o tym, co byśmy chcieli jeszcze mieć, a za rzadko cieszymy się tym, co już mamy. To doświadczenie przypomniało mi, że nawet takie elementarne rzeczy jak bieżąca woda czy prąd, to w wielu miejscach na świecie nie jest standard. 

Czy był moment, który zapamiętasz na całe życie?

Michał Wolański: Start i meta. W obu tych chwilach czułem, że do oczu cisną mi się łzy wzruszenia. Na starcie była to kwestia niesamowitych emocji – 1,5 tys. ludzi, wszyscy zjednoczeni w walce, która nas czeka przez kolejne 7 dni, przed nami bezkres surowej pustyni, a z głośników lecące bardzo głośno AC/DC – Highway to Hell. Meta to z kolei niewyobrażalna radość, satysfakcja i możliwość powiedzenia samemu sobie „to koniec, udało Ci się”. Na pewno nie zapomnę ostatniego zbiegu wydmy w kierunku mety.

Czy planujesz ponowny start w Marathon des Sables?

Michał Wolański: Czy planuję? Raczej nie. Czy może się wydarzyć, że ponownie wystartuję na kolejną okrągłą 50 rocznicę? Niewykluczone!

Jakie inne wyzwania biegowe masz w planach?

Michał Wolański: W bliższej perspektywie czasowej będę rozglądał się za jakimś szybkim górskim ultra, z dystansem w okolicach 50-60 km. Alpy Julijskie w Słowenii chodzą mi od pewnego czasu po głowie. W dalszej perspektywie, będę pracował by spełnić wyśrubowane wymogi i wystartować w legendarnym i prestiżowym Spartathlonie, na dystansie 246 km.

Jakie rady dałbyś osobom, które marzą o starcie?

Michał Wolański: W MDS przygotowanie technicznie jest równie ważne, co przygotowanie kondycyjne. Wcześniejsze testy sprzętu i jedzenia to absolutna konieczność. Widziałem osoby, które pomimo bardzo dobrej formy fizycznej, musiały po drugim czy trzecim etapie zastąpić bieg pełnym spacerem, bo uszkodzenia stóp z uwagi na źle dobrany sprzęt, uniemożliwiały nawet trucht. Materiałów w internecie jest sporo i naprawdę warto się z nimi zapoznać, bo ze wszystkiego da się wyciągnąć coś cennego. Należy mieć też świadomość, że start w tym biegu wiąże się ze sporą liczbą wydatków – sprzęt, który zabieramy na pustynię, to nie ten sam sprzęt, w którym wychodzimy pobiegać po lesie. Jednym słowem, niezależnie od doświadczenia biegowego, warto dać sobie przynajmniej 3-4 miesiące na skompletowanie i test sprzętu.

Udostępnij ten artykuł