Pierwszy backyard ultra zakończył jako „assist” – pierwszy przegrany. Kilka miesięcy później wrócił silniejszy. W Breakheart Backyard Ultra 2026 Paweł Buda ustanowił rekord trasy, pokonując 31 jardów. To opowieść o cierpliwości, taktyce i o tym, że największa walka w formule backyard rozgrywa się we własnej głowie.
Mój pierwszy Backyard był zimą, w lutym, w górach Brecon Beacon. 28 jardów, odwodnienie i zakończenie jako „assist” – czyli pierwszy przegrany. Wróciłem do domu z doświadczeniem, ale i z niedosytem.
Breakheart w Gloucestershire to inna bajka jeśli chodzi o teren. 170 metrów w górę na każdej pętli, kamieniołomowe ścieżki, gęsty las i słynny „BIG’s Hill” – który z każdą rundą wydaje się coraz wyższy. Jeden z trudniejszych backyardów w UK i czuć to już od pierwszych kilometrów.
Pierwsze 20 pętli biegłem razem z Damianem Banaszyńskim – dla niego to był pierwszy backyard w życiu. Trzymaliśmy spokojne tempo, 45–50 minut na kółko, gadaliśmy, pilnowaliśmy się nawzajem. Bez szaleństw. Po 20. pętli postanowiłem trochę przycisnąć – chciałem zejść poniżej 45 minut, żeby między rundami złapać chociaż chwilę snu.
Na 26. jardzie byliśmy we trzech: ja, Damian i Kevin – Anglik z doświadczeniem w backyardach. 26 jardów to wyrównanie rekordu trasy. Damian zdecydował się skończyć – jak na debiut zostawił po sobie naprawdę dobry wynik. Ja i Kevin pobiegliśmy dalej, jeszcze 4 pętle razem, po czym Kevin też odpuścił.
Zostałem sam. I szczerze – fizycznie czułem się naprawdę mocno. Najtrudniejsza okazała się ostatnia pętla i to nie przez ponad 200 km, które miałem już za sobą. Bałem się po prostu, że coś odwalę głupiego. Że się zgubię. W południe, po całej nocy i poranku spędzonych w kółko na tej samej trasie, głowa zaczyna robić swoje. I to jest chyba największe nieznane w tym formacie – nie kondycja, nie mięśnie, tylko to co zaczyna się dziać w głowie kiedy zostajesz sam na trasie.
Skończyłem na 31. jardzie – nowy rekord trasy. Przy okazji 22. pętlę zrobiłem w 33 minuty, co też jest rekordem okrążenia. Kiedy wszystko gra – głowa, nogi, jedzenie, nastawienie – czujesz po prostu, że możesz biec dalej. To właśnie dla tego uczucia się to robi.
Support miałem genialny. Żona ogarniała wszystko – jedzenie, regenerację, logistykę. Marcin i Magda dopingowali i napędzali mnie, kiedy było ciężko. Było ciepło, jakieś 20 stopni i duszno – nie pomagało, ale dawało się z tym żyć.

