Ostatnie kilometry i pierwsza myśl na mecie...
Monika Bartnik: Zimowa edycja Montane Spine Race. 268 mil, czyli ok. 432 km. 106 godzin, 25 minut, 35 sekund na trasie i 4. miejsce wśród mężczyzn. To wynik, który robi ogromne wrażenie! Jak wyglądały ostatnie kilometry i co było pierwszą myślą, gdy przekraczałeś linię mety?
- Ostatnie kilometry i pierwsza myśl na mecie...
- Wysoka lokata czy bezpieczne ukończenie?
- Dlaczego zimowa edycja Spine Race a nie letnia?
- Co "łamie" zawodników na trasie Spine Race?
- Jakie doświadczenie trzeba mieć, żeby wystartować?
- Jak zbudować formę pod Montane Spine Race?
- Strategia na bieg
- Sprzęt na zimową odsłonę Pennine Way
- Jak dbać o energię na trasie?
- Sen i regeneracja
- Sytuacje kryzysowe, momenty zwątpienia...
- Jak wyglądała rywalizacja?
- Moment, który zapada w pamięć na zawsze
- Właśnie po to tu jestem...
- Największy prezent, jaki dał mi Winter Spine to...
- Czy Winter Spine uruchomił apetyt na letnią edycję?
- Kilka słów do tych, którzy myślą o Spine Race
Paweł Cymbalista: Ostatnie kilometry Spine’a to zawsze osobny rozdział, taki, którego nie da się w pełni opisać liczbami, bo tam już nie biegnie ciało, tylko czysta wola. To moment, w którym Pennine Way przestaje być trasą, a staje się przeciwnikiem i partnerem.
Ostatnie kilometry?
To była mieszanka mikrodrzemek na stojąco, kiedy głowa gasła jak żarówka po zwarciu… zimna, które wchodziło pod skórę jakby chciało sprawdzić, czy naprawdę jeszcze żyje… napięcia, bo wiedziałem, że miejsce jest w zasięgu, ale każdy krok mógł być tym, który wszystko rozsypie… i tej dziwnej, surowej radości, że to już naprawdę koniec, że nie muszę już nic udowadniać, tylko dowieźć to, co wypracowałem przez cztery doby.
To był bieg na autopilocie, ale z pełną świadomością, że każdy kamień, każdy podmuch wiatru i każdy metr błota to ostatnie przeszkody w najdłuższej rozmowie z samym sobą.
Pierwsza myśl na mecie? Nie była heroiczna. Nie była patetyczna. To było coś w stylu: „Wreszcie mogę przestać.” A zaraz potem przyszło to drugie uderzenie, takie, które dociera dopiero po kilku sekundach: „Zrobiłem to. Naprawdę to zrobiłem.”
Nie euforia, nie krzyk, tylko głęboka, spokojna fala ulgi i wdzięczności. Za ciało, które wytrzymało. Za głowę, która nie pękła. Za ludzi, którzy trzymali kciuki. Za to, że ta potworna, piękna przygoda dobiegła końca.
Wysoka lokata czy bezpieczne ukończenie?
To był Twój debiut w Montane Spine Race i od razu w zimowej odsłonie. Czy przed startem w ogóle dopuszczałeś myśl o tak wysokiej lokacie, czy liczyło się raczej bezpieczne ukończenie?
Paweł Cymbalista: To jest jedno z tych pytań, na które odpowiedź zmienia się w zależności od tego, kiedy je zadasz – przed startem, w trakcie, czy po wszystkim.
Przed startem. W głowie były dwie równoległe narracje:
– Realistyczna: „To Spine. Tu się nie walczy o miejsca, tu się walczy o przetrwanie.”
Debiut, zimowa edycja, zero doświadczenia z Pennine Way w takich warunkach, zdrowy rozsądek mówił, że celem jest bezpieczne ukończenie i sprawdzenie, jak organizm reaguje na cztery doby w trybie ekstremalnym.
– Ambitna, cicha, ale uparta: „A jeśli wszystko zagra…?”
Gdzieś głęboko tliła się myśl, że jeśli nogi będą zdrowe, głowa stabilna, a decyzje mądre, to można powalczyć o coś więcej niż samo dotarcie do Kirk Yetholm.
To nie była pewność. To była otwartość na możliwość.
W trakcie wyścigu. Już po kilku checkpointach stało się jasne, że tempo, regeneracja i decyzje taktyczne układają się lepiej, niż można było zakładać. Wtedy pojawiła się myśl: „Nie zmarnuj tego.” Nie chodziło o ryzyko. Chodziło o to, żeby nie odpuścić, jeśli ciało i głowa dają zielone światło.
Po wszystkim. Z perspektywy mety łatwo powiedzieć, że „celowało się wysoko”. Ale prawda jest bardziej surowa i bardziej ludzka: Najpierw chciałem walczyć o podium, później przetrwać. Dowieźć to, co zaczęło wyglądać jak życiowy bieg.
Dlaczego zimowa edycja Spine Race a nie letnia?
Wielu zawodników zaczyna przygodę ze Spine Race od letniej edycji. Ty zdecydowałeś się od razu na ekstremalną wersję zimową. Skąd taka decyzja i co Cię do niej przekonało?
Paweł Cymbalista: To była decyzja, która z zewnątrz wygląda jak szaleństwo, ale od środka była… zaskakująco logiczna.
Dlaczego od razu zima? Letnia edycja jest świetnym wprowadzeniem, ale to zimowy Spine jest prawdziwym testem. To on tworzy legendy, to o nim mówi się szeptem, to on sprawia, że ludzie pytają: „Po co?”. I właśnie dlatego.
Były trzy główne powody:
- Chciałem poznać „prawdziwy” Spine
W mojej głowie istniała jedna wersja tego wyścigu, ta surowa, mroźna, bezlitosna. Letnia edycja wydawała się jak… demo. A ja nie jestem człowiekiem od wersji demo.
- Pociągała mnie niepewność
Zimą nie ma komfortu, nie ma przewidywalności. Jest noc, wiatr, lód, błoto, halucynacje i decyzje, które mogą zniszczyć cały bieg. To właśnie ta niekontrolowalność była magnesem. Bo jeśli już mam wejść w coś tak dużego, to chcę to zrobić w pełnej skali trudności.
- Chciałem sprawdzić, kim jestem w ekstremum
Nie chodziło o wynik. Chodziło o to, co zostaje, kiedy wszystko inne się odrywa: komfort, sen, ciepło, plan.
Zimowy Spine to laboratorium charakteru. A ja chciałem wejść tam od razu, bez półśrodków. Co mnie ostatecznie przekonało? Nie był to żaden wielki impuls. To była spokojna, wewnętrzna pewność: Jeśli mam poznać tę trasę, to chcę ją poznać w jej najtrudniejszej wersji. I jeszcze jedno, coś, czego nie mówi się głośno: Wiedziałem, że jeśli wejdę w zimę i ją przetrwam, to już nic mnie nie złamie.
Montane Spine Race po takim debiucie przestaje być „startem”. To nawet nie jest „test”. To jest punkt odniesienia, coś, co zmienia sposób, w jaki patrzę na siebie, na wysiłek, na granice.
Nie jest zwykłym startem. Bo zwykłe starty kończą się na mecie. Spine nie kończy się w Kirk Yetholm, on zostaje w Tobie. W sposobie, w jaki myślisz o zmęczeniu. W tym, jak reagujesz na kryzys. W tym, jak definiujesz słowo „daleko”.
Nie jest tylko ekstremalnym testem. Test to coś, co zdajesz albo oblewasz.
Spine to coś, co przeżywasz. To cztery doby, które odzierają Cię ze wszystkiego, co zbędne, i zostawiają tylko to, co prawdziwe.
To laboratorium charakteru, w którym nie ma miejsca na pozory.
Czym jest dziś? Czymś znacznie większym. Czymś, co ustawia wewnętrzny kompas. Czymś, co mówi: „Skoro przeszedłeś przez to, to jesteś gotów na wszystko.”
To jest doświadczenie, które nie tylko sprawdza, ale przedefiniowuje. Nie chodzi o wynik, choć wynik jest imponujący. Chodzi o to, że Spine staje się częścią Twojej tożsamości, nie jako trofeum, ale jako dowód, że potrafisz wejść w absolutne ekstremum i wyjść z niego silniejszy.
Co "łamie" zawodników na trasie Spine Race?
Spine Race często bywa określany jako jeden z najcięższych zimowych biegów ultra nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale również w Europie. Co Twoim zdaniem najbardziej „łamie” zawodników na tej trasie?
Paweł Cymbalista: Spine nie łamie ludzi jednym wielkim ciosem. On dłubie. Powoli, metodycznie, bez emocji. I właśnie to sprawia, że jest tak bezlitosny.
Na tej trasie nie wygrywa najszybszy – wygrywa ten, kto najdłużej pozostaje sobą.
- Sen, a właściwie jego brak
To jest największy kat. Nie zimno, nie dystans, nie wysokość. Sen. Po 40–50 godzinach mózg zaczyna pracować jak stary komputer z przegrzaną kartą graficzną. Halucynacje, mikrodrzemki w marszu, utrata logiki, błędne decyzje. Wielu zawodników odpada nie dlatego, że nie mają siły, ale dlatego, że nie są już w stanie myśleć.
- Pogoda, która nie ma litości
Wiatry na Cross Fell, ulewy na północy, lód na południu, błoto wszędzie. To nie jest „zła pogoda”. To jest ciągła zmienność, która niszczy morale. Kiedy po raz trzeci w ciągu doby musisz zmieniać strategię, bo warunki wywracają wszystko do góry nogami, zaczynasz tracić kontrolę.
- Samotność, która nie przypomina niczego innego
To nie jest samotność z górskich biegów 100 km.
To jest samotność, w której przez 20 godzin nie widzisz nikogo, a jedynym głosem jest ten w Twojej głowie, i on nie zawsze jest Twoim sprzymierzeńcem.
Dla wielu to właśnie ten element jest najtrudniejszy do zniesienia.
- Nawigacja w nocy i w zmęczeniu
Pennine Way zimą to nie jest ścieżka. To jest sugestia ścieżki. Mgła, śnieg, wiatr, ciemność – to wszystko sprawia, że nawet najlepsi potrafią zgubić się kilka razy. A każdy błąd to dodatkowe minuty, dodatkowe kilometry i dodatkowy cios w psychikę.
- Chłód, który nie atakuje od razu
Zimno na Spine nie jest spektakularne. Ono jest podstępne. Wchodzi powoli, odbiera czucie, odbiera precyzję, odbiera zdolność podejmowania decyzji. Nie zabija jednym uderzeniem, tylko tysiącem małych ukłuć.
- Decyzje, które trzeba podejmować w stanie, w którym nie powinno się decydować o niczym
Kiedy jesteś wyspany i najedzony, wszystko jest proste. Ale na Spine musisz decydować o:
– zmianie warstwy,
– jedzeniu,
– tempie,
– kierunku,
– odpoczynku,
– bezpieczeństwie,
w momencie, kiedy Twój mózg działa na 30% mocy.
To właśnie wtedy ludzie popełniają błędy, które kończą ich wyścig.
- Trench foot to jeden z najgroźniejszych przeciwników na Spine. Mokre, zimne stopy zaczynają puchnąć, traci się czucie i każdy krok staje się ryzykiem. To nie tylko ból fizyczny, to uderza w głowę. Zaczynasz wątpić w każdy ruch, tracisz pewność siebie i kontrolę nad tempem. Dlatego dbałość o stopy to nie kosmetyka, tylko kluczowy element strategii przetrwania na trasie.
Dlaczego stopy to tak ważny element psychiki na Spine?
Bo są jedynym punktem kontaktu z trasą. Jeśli one zawodzą, wszystko inne traci sens: tempo, strategia, ambicje, marzenia. Trench foot nie zabija biegu od razu, on powoli odbiera Ci wiarę, że masz jeszcze kontrolę nad sytuacją.
Co naprawdę łamie zawodników? Nie jeden element. Sumaryczny ciężar wszystkiego naraz. Spine nie ma jednego „bossa”. To jest gra, w której każdy mały przeciwnik zadaje po jednym punkcie obrażeń, aż nagle orientujesz się, że pasek życia jest na czerwono.
Jakie doświadczenie trzeba mieć, żeby wystartować?
To nie są zawody, na które można zapisać się z marszu. Jakie doświadczenie i zaplecze są realnie potrzebne, żeby zostać dopuszczonym do startu w Winter Spine? Jak wyglądało to w Twoim przypadku, przy debiucie na tym dystansie?
Paweł Cymbalista: Winter Spine to nie są zawody, na które można wejść „z ulicy”. Organizatorzy wymagają solidnego doświadczenia w biegach ultra, umiejętności nawigacji, obycia z zimowymi warunkami i wiedzy, jak funkcjonować przez kilka dób bez snu. Trzeba udowodnić, że potrafisz zadbać o bezpieczeństwo swoje i innych — od sprzętu, przez nawigację, po decyzje w trudnych warunkach.
W moim przypadku, mimo że był to debiut na tym dystansie, miałem za sobą lata startów w ultra, doświadczenie górskie i zimowe, przygotowanie sprzętowe i trening pod wielodniowy wysiłek. Miałem też szczęście — zostałem zaproszony jako elitarny atleta, co otworzyło mi drzwi do startu, ale nie zwalniało z odpowiedzialności, by przyjechać w pełni gotowym. Spine to nie jest miejsce na eksperymenty.
Jak zbudować formę pod Montane Spine Race?
Jak budowałeś formę pod tak specyficzny bieg? Co było największym wyzwaniem w przygotowaniach?
Paweł Cymbalista: Przygotowania do Winter Spine to nie jest klasyczny trening pod ultra. Tu buduje się nie tylko formę, ale odporność na wielodniowy wysiłek, brak snu i funkcjonowanie w zimnie. Skupiałem się na długich, spokojnych wybieganiach, pracy nad siłą w nogach, testowaniu sprzętu i nawigacji oraz na treningach w trudnych warunkach – deszcz, wiatr, błoto, noc. Chodziło o to, żeby ciało i głowa znały ten dyskomfort zanim pojawi się na trasie.
Największym wyzwaniem było przygotowanie się do wielodniowej pracy bez snu. Tego nie da się w pełni zasymulować, więc kluczowe było budowanie odporności mentalnej, umiejętności podejmowania decyzji w zmęczeniu i testowanie strategii regeneracji. Spine wymaga nie tylko formy fizycznej, ale gotowości na to, że przez cztery doby nic nie idzie zgodnie z planem.
Strategia na bieg
Czy ruszałeś na trasę z dokładnym planem na poszczególne etapy, czy raczej z założeniem, że Winter Spine i tak wszystko zweryfikuje po swojemu?
Paweł Cymbalista: Miałem ogólny plan na tempo, sen i kluczowe odcinki, ale nie szczegółowy scenariusz. Winter Spine i tak wszystko weryfikuje po swojemu — pogoda, teren, zmęczenie i decyzje podejmowane po 60–80 godzinach biegu potrafią wywrócić każdy harmonogram. Dlatego ruszałem z założeniem, że plan jest tylko punktem wyjścia, a najważniejsze będzie reagowanie na to, co dzieje się tu i teraz. Na Spine wygrywa nie ten, kto ma najdokładniejszy plan, tylko ten, kto potrafi go mądrze modyfikować.
Sprzęt na zimową odsłonę Pennine Way
Zima na Pennine Way to nie miejsce na przypadkowy sprzęt. Jak wyglądał Twój zestaw startowy i co z perspektywy czasu okazało się absolutnie kluczowe?
Paweł Cymbalista: Zima na Pennine Way nie wybacza błędów, więc mój zestaw startowy musiał być absolutnie pewny. Jestem sponsorowany przez Dynafit, Teko Eco Performance Socks oraz Petzl — i to właśnie dzięki nim wszystko to było możliwe.
Na górze biegłem w Dynafit Technical Base Layer Speed Dryarn techniczny długi rękaw, Speed Softshell Jacket kurtka przeciwwiatrowa i TLT Gore-Tex kurtka przeciwdeszczowa. Na dole: Dynafit leginsy i… dwa komplety Dynafit spodni przeciwdeszczowych. Tak, dwa, bo na Spine sucha warstwa to waluta przetrwania. Do tego skarpety Teko, które chroniły przed trench footem, oraz niezawodna czołówka Petzl, bez której nocne odcinki byłyby nierealne. Z perspektywy czasu to właśnie jakość warstw, ochrona przed wodą i pewne oświetlenie okazały się kluczowe.
Jak dbać o energię na trasie?
Ponad 400 kilometrów w niskich temperaturach to ogromne wyzwanie dla organizmu. Jak dbałeś o dostarczanie energii na trasie?
Paweł Cymbalista: Przy takim dystansie i zimnie kluczowe jest jedno: regularność. Nie chodzi o wielkie posiłki, tylko o stałe „dokarmianie” organizmu, zanim pojawi się kryzys.
Stawiałem na prostą zasadę: coś małego co 30–40 minut. Żele, batony, kanapki, ciepłe jedzenie na checkpointach i ciągłe picie, nawet gdy nie chciało się pić. W zimie łatwo o odwodnienie, bo pragnienie jest mniejsze, a organizm zużywa mnóstwo energii na utrzymanie temperatury.
Najważniejsze było trzymanie rytmu. Nawet kiedy nie miałem apetytu, wiedziałem, że jeśli odpuszczę jedzenie na 2–3 godziny, to później zapłacę za to podwójnie: spadkiem mocy, wychłodzeniem i problemami z koncentracją. Dlatego jadłem „na zegarek”, a nie „na ochotę”.
Ciepłe posiłki na checkpointach były game-changerem. Podnosiły temperaturę, morale i pozwalały wrócić na trasę z nową energią.
W zimowym Spine jedzenie to nie jest dodatek, to paliwo, które decyduje o tym, czy ciało i głowa będą w stanie pracować przez cztery doby.
Sen i regeneracja
Jak wyglądało Twoje podejście do snu i regeneracji podczas biegu? Trzymałeś się jakiegoś schematu czy wszystko zależało od sytuacji na trasie?
Paweł Cymbalista: Na Spine nie da się trzymać sztywnego planu snu, wszystko zależy od tego, co dzieje się na trasie. Miałem ogólne założenie, żeby korzystać z krótkich drzemek, ale realnie to warunki i stan głowy decydowały, kiedy faktycznie się zatrzymam. Spałem 20 minut na drugim checkpoincie, 35 minut na trzecim, 4 godziny na czwartym i 2 godziny na piątym.
Szybko okazało się jednak, że krótkie drzemki są za małe na te warunki. Potrzebowałem zmienić taktykę i postawić na więcej snu, żeby pozostać w grze i zachować jasność myślenia. To była kluczowa decyzja, która pozwoliła mi dowieźć ten bieg do końca.
Sytuacje kryzysowe, momenty zwątpienia...
Z czym tak naprawdę musiałeś się mierzyć przez te 106 godzin na trasie Winter Spine? Co najbardziej dawało się we znaki fizycznie? Jak radziłeś sobie z momentami zwątpienia? Czy był kryzys, w którym naprawdę musiałeś zawalczyć o to, aby dalej rywalizować?
Paweł Cymbalista: Przez 106 godzin mierzyłem się przede wszystkim z zimnem, wilgocią i narastającym zmęczeniem, które w pewnym momencie zaczyna działać jak osobny przeciwnik. Fizycznie najbardziej dawała się we znaki kombinacja mokrych stóp, wiatru i braku snu — to połączenie potrafi zniszczyć ciało szybciej niż sam dystans.
Zimno wchodziło powoli, ale konsekwentnie. Wilgoć była wszędzie — w butach, w ubraniu, w powietrzu. Każdy odcinek w błocie i wodzie pogarszał stan stóp, a to od razu odbijało się na tempie i technice biegu. Do tego dochodziło narastające zmęczenie, które po kilkudziesięciu godzinach zaczyna wpływać na koordynację, koncentrację i podejmowanie decyzji.
Najtrudniejsze fizycznie nie były podbiegi czy dystans, tylko ciągła walka o utrzymanie ciepła, sprawności i kontroli nad własnym ciałem. To właśnie te elementy, nie spektakularne, ale powtarzalne, najbardziej zużywają zawodnika na Winter Spine.
Momentów zwątpienia było kilka, bo przy 106 godzinach wysiłku to nieuniknione. Najtrudniejszy przyszedł wtedy, gdy zmęczenie, zimno i problemy ze stopami zaczęły się nakładać. Czułem, że tracę kontrolę nad tempem i nad głową, to był moment, w którym naprawdę musiałem zdecydować, czy walczę dalej, czy odpuszczam.
Właśnie wtedy zmieniłem taktykę snu i postawiłem na dłuższy odpoczynek. To była walka nie z trasą, tylko z własnym ego i ambicją, żeby nie cisnąć na siłę. Po tej przerwie wróciła jasność myślenia i mogłem znowu rywalizować. Spine uczy pokory, czasem największą siłą jest umiejętność zatrzymania się na chwilę, żeby móc iść dalej.
Jak wyglądała rywalizacja?
“Pierwszy odcinek pobiegłem z Sebastienem – późniejszym zwycięzcą – i zżyliśmy się przy przekąskach jak dwaj wojownicy dzielący racje przed bitwą. Czołówka pognała do przodu… a potem, jeden po drugim, zawodnicy znikali z rywalizacji niczym bohaterowie horroru.“ Na trasie mierzyłeś się z absolutną światową czołówką, w tym z Sébastienem Raichonem, kilkukrotnym zwycięzcą TOR450. Jak wyglądała ta rywalizacja od środka i czy obecność takich nazwisk wpływała na Twoje decyzje?
Paweł Cymbalista: Rywalizacja z takimi zawodnikami jak Sébastien Raichon to zupełnie inny wymiar biegu. Od środka wygląda to tak, że tempo, decyzje i sposób poruszania się po trasie są na poziomie, który wymusza pełną koncentrację od pierwszych minut. Pierwszy odcinek pobiegliśmy razem i szybko złapałem, że to nie jest „ściganie się”, tylko wspólna walka o przetrwanie w tempie światowej czołówki.
Obecność takich nazwisk działa motywująco, ale nie może dyktować strategii. Wiedziałem, że jeśli spróbuję kopiować ich decyzje, to spalę się za szybko. Dlatego trzymałem się swojego planu, reagowałem na warunki i słuchałem organizmu. Patrzyłem, jak czołówka odjeżdża, a potem… jak kolejni zawodnicy znikają z rywalizacji. To był najlepszy dowód na to, że na Spine nie wygrywa ten, kto najmocniej ruszy, tylko ten, kto potrafi przetrwać.
Rywalizacja była inspirująca, ale kluczowe było zachowanie własnej tożsamości biegowej. Szacunek do ich poziomu, tak. Kopiowanie ich stylu, absolutnie nie. Dzięki temu mogłem biec swoje, podejmować mądre decyzje i utrzymać się w grze do samego końca.
Moment, który zapada w pamięć na zawsze
Czy był na trasie moment, który szczególnie zapadł Ci w pamięć — niekoniecznie najtrudniejszy, ale taki, do którego będziesz wracał myślami?
Paweł Cymbalista: Był taki moment, który zostanie ze mną na zawsze, i to nie dlatego, że był najtrudniejszy, tylko dlatego, że najlepiej oddaje, czym jest Winter Spine.
To połączenie surowości, absurdu i piękna, które potrafi wywrócić człowieka na lewą stronę.
Z jednej strony były odcinki, które pachniały jak koszmar: śmierdzące, rozmoknięte pola, błoto po kostki, lód, głęboki śnieg i ciemność tak gęsta, że czułem ją fizycznie. To były chwile, kiedy trasa testowała nie tylko ciało, ale i psychikę, krok po kroku, bez litości.
A z drugiej strony pojawiały się momenty, które kompletnie mnie rozbrajały: ciepłe słowa i wsparcie na checkpointach, majestatyczny Hadrian’s Wall, farma z pięknymi kurczakami wyglądająca jak scena z innego świata, wejście na Cheviot, które dawało poczucie bycia na końcu mapy. I wreszcie ta najważniejsza chwila, kiedy w środku zimna, zmęczenia i ciszy odkryłem, kim tak naprawdę jestem, gdy wszystko zostaje odarte do fundamentów.
To właśnie te kontrasty tworzą pamięć o Spine. Nie jeden moment, ale cała mozaika — brud, zimno, piękno, absurd i prawda o sobie samym.
Właśnie po to tu jestem...
Czy zdarzyła się chwila, w której pomyślałeś: „właśnie po to tu jestem”, mimo zimna, zmęczenia i bólu?
Paweł Cymbalista: Tak, była taka chwila, i to bardzo wyraźna.
Nie miała nic wspólnego z euforią. Przyszła w momencie, kiedy byłem już zmęczony, obolały, zmarznięty i daleko poza komfortem. Szło się ciężko, wiatr wbijał się w twarz, a śnieg skrzypiał pod stopami jakby chciał przypomnieć, że tu rządzi natura, nie zawodnik.
I właśnie wtedy poczułem coś absolutnie czystego: „Po to tu jestem. Właśnie dlatego.”
Nie dla wyniku, nie dla rywalizacji, nie dla medalu. Dla tej surowości. Dla tej prawdy o sobie, która wychodzi dopiero wtedy, gdy wszystko inne się rozsypuje. Dla momentu, w którym nie ma już nic poza tobą, trasą i decyzją, że idziesz dalej.
To była chwila, która nie wygląda spektakularnie z zewnątrz, żadnego widoku, żadnego heroizmu.
Ale w środku zapadła jak pieczęć. Bo Winter Spine nie daje wielu momentów „wow”. Daje za to momenty, które mówią: „To jest twoje miejsce. Tu sprawdzasz, kim jesteś naprawdę.”
Największy prezent, jaki dał mi Winter Spine to...
Co zabierasz z tego startu dla siebie – nie tylko jako zawodnik ultra, ale jako człowiek?
Paweł Cymbalista: Największy prezent, jaki dał mi Winter Spine, nie ma nic wspólnego z wynikiem. To doświadczenie, które zostaje pod skórą — takie, które zmienia sposób patrzenia na siebie i na świat.
Jako zawodnik ultra zabieram świadomość, że potrafię funkcjonować daleko poza tym, co uważałem za granicę. Nie chodzi o heroizm, tylko o zrozumienie, że wytrzymałość to nie jest jedna cecha, ale suma małych decyzji: kiedy zwolnić, kiedy przyspieszyć, kiedy zjeść, kiedy spać, kiedy odpuścić dumę i zrobić to, co naprawdę potrzebne, żeby przetrwać.
A jako człowiek zabieram coś jeszcze ważniejszego:
– pokorę wobec natury,
– wdzięczność za ludzi, którzy pojawiają się w najtrudniejszych momentach,
– świadomość, że siła nie polega na byciu twardym, tylko na umiejętności zmiany taktyki,
– i to ciche, głębokie poczucie, że kiedy wszystko zostaje odarte do kości, zostaje prawda o tym, kim jesteś.
Winter Spine nie jest tylko biegiem.
To lustro.
I zabieram z niego obraz siebie, którego wcześniej nie znałem, bardziej surowy, bardziej prawdziwy, ale też bardziej mój.
Czy Winter Spine uruchomił apetyt na letnią edycję?
Po takim debiucie i takim wyniku trudno nie myśleć o przyszłości. Czy Winter Spine uruchomił apetyt na letnią edycję, czy raczej na razie potrzebujesz dystansu? A może wybierzesz zupełnie inny bieg?
Paweł Cymbalista: Winter Spine na pewno coś we mnie otworzył, ale nie w taki prosty sposób, że „zrobiłem zimę, to teraz czas na lato”.
To doświadczenie było tak intensywne, że najpierw potrzebuję chwilę dystansu — nie fizycznie, tylko mentalnie. Chcę, żeby to, co się wydarzyło, dobrze „osiadło”, bo taki bieg zmienia perspektywę na wiele rzeczy.
Czy letnia edycja kusi? Tak, ale nie dlatego, że jest „łatwiejsza”. Ona jest po prostu inną bestią — szybszą, bardziej biegową, z inną dynamiką rywalizacji. Po zimie wiem, że mógłbym tam powalczyć, ale nie chcę podejmować decyzji na gorąco tylko dlatego, że emocje jeszcze buzują.
Czy pojawi się coś zupełnie innego? Też możliwe. Spine pokazał mi, że dobrze odnajduję się w długich, wielodniowych formatach, więc naturalnie myślę o biegach, które mają podobną głębię: TOR, SwissPeaks, Dragon’s Back, może coś bardziej dzikiego i mniej oczywistego. Ale to musi być wybór świadomy, a nie reakcja na euforię po mecie.
Na dziś wiem jedno: Spine zostawił we mnie apetyt, nie na konkretny bieg, tylko na dalsze odkrywanie, jak daleko mogę zajść, kiedy warunki są surowe, a gra toczy się nie tylko o czas, ale o charakter. Reszta przyjdzie, kiedy ciało odpocznie, a głowa złapie właściwy kierunek. Coś czuję że Winter Spine Race jeszcze o mnie usłyszy.
Kilka słów do tych, którzy myślą o Spine Race
Co powiedziałbyś osobom, które myślą o Winter Spine, ale wciąż nie są pewne, czy są gotowe na taką próbę?
Paweł Cymbalista: Powiedziałbym im jedno: gotowość na Winter Spine nie przychodzi nagle — ona rodzi się w procesie. Nikt nie budzi się pewnego dnia z myślą: „tak, jestem w 100% przygotowany na 400 km zimowego piekła”. To tak nie działa. Spine to bieg, który zawsze będzie większy niż Twoja pewność siebie.
Ale jeśli ta myśl wraca, jeśli coś Cię tam ciągnie — to znaczy, że masz w sobie właściwe ziarno.
Reszta to praca, doświadczenie i pokora.
Powiedziałbym im też:
– Nie musisz być gotowy na cały Spine. Musisz być gotowy na pierwszy krok.
Reszta to decyzje podejmowane po drodze.
– Nie czekaj na idealny moment, bo on nie nadejdzie.
Zawsze będzie za mało treningu, za mało doświadczenia, za dużo obaw.
– Przygotuj się mądrze, testuj sprzęt, trenuj w zimnie, ucz się na błędach.
Spine nagradza tych, którzy szanują trasę.
– I najważniejsze: nie jedziesz tam po wynik. Jedziesz po prawdę o sobie.
Jeśli tego właśnie szukasz, jesteś bliżej gotowości, niż Ci się wydaje.
Winter Spine nie jest dla ludzi bez wątpliwości.
Jest dla tych, którzy mimo wątpliwości ruszają przed siebie.

