3 marca 2021 By GÓRY & ULTRA, Slider With 660 Views

Ultra w Tatrach zimą, solo i bez supportu. Małgorzata Tomik opowiada o trasie i przebiegu akcji.

28 lutego 2021 roku Małgorzata Tomik zrealizowała swój Indywidualny Projekt Biegowy  – „18 h, 75 km, 5037 m+. Tatry – projekt ultra w zimie, solo i bez supportu”. Zapraszamy na drugą część relacji, w której znajdziecie informacje o doborze trasy i  przebiegu akcji.

—————————————————————————————————————————————-

Małgorzata  Tomik  |  3.03.2021  r.

Część II relacji. Dobór trasy i przebieg akcji.

Podjęty projekt w zasadzie nie miał opierać się na sztywnym celu, ale służyć jako rozgrzewka przed planami, które chcę zrealizować w sezonie. I tak to traktuję. Trasę ok. 100 km planowałam już w październiku 2020 roku, ale przebieg szlaków zimowych często jest zupełnie inny i przede wszystkim wybierając odpowiedni wariant przejścia, trzeba sugerować się doborem jak najbezpieczniejszego terenu pod kątem zagrożenia lawinowego, co może wiązać się z torowaniem nowego śladu (często te wydeptane przez turystów są niebezpieczne lub zwyczajnie po opadzie i działaniu wiatru… szlak znika) i wydłużeniem czasu przeznaczonego na dany odcinek. Na nic więc wgrywanie gpxa w zegarek – decyzje trzeba podejmować na bieżąco, nie sugerując się zanadto mapą.

Trasa “jesienna” zakładała 100 km i jestem pewna, że w przełożeniu na warunki bez śniegu jest spokojnie do zrobienia w znacznie lepszym czasie. Trasa którą pokonałam: (czas turystyczny: 32 h 53 min. Mój czas: 18 h 17 min, self-supported).

Start: Siwa Polana – Dolina Chochołowska – Grześ – Rakoń – wycof ze względu na torowanie i dalej nieprzetartą trasę + wiatr – powrót do Doliny Chochołowskiej. Dalej przed Iwaniacką Przełęcz do Doliny Kościeliskiej. Stamtąd czerwonym szlakiem na Ciemniak i kontynuacja granią – do momentu, gdzie przejście ze względu na „wiosenny” typ operowania słońca byłoby zbyt loteryjne (rano przy zmrożonym śniegu ten problem by nie wystąpił) – powrót do Przełęczy pod Kopą Kondracką :/ i zbieg na Halę Kondratową, następnie do samych Kuźnic. Dalej zielonym szlakiem na Kasprowy Wierch, w dół wzdłuż stoku na Murowaniec, Boczań, powrót do Kuźnic i z Kuźnic Drogą pod Reglami (asekuracyjnie) do Doliny Chochołowskiej.

Docelowo po przedostaniu się od strony Ciemniaka (grań Tatr Zachodnich), chciałam kontynuować przez Kasprowy Wierch – zbiegając na Halę Gąsienicową – przedostać się przez Zawrat do Doliny Pięciu Stawów Polskich, zbiec szlakiem zielonym do drogi prowadzącej nad Morskie Oko i stamtąd albo jeszcze nad Morskie Oko, albo już reglami kontynuować aż do początku Doliny Chochołowskiej.

Nie myślałam, że tak łatwy fragment (w moim pojęciu, przecież mam doświadczenie wspinaczkowe) jak okolice Suchej Czuby może mnie zatrzymać. Po południu natrafiłam jednak na miejsce, które najlepiej jest pokonać ściśle granią – ale ta nie była pokryta śniegiem i zrobiła się z tego krucha II UIAA. Obejście płynęło i wymagało pokonania dość krótkiego trawersu nad stromym żlebem, po czym przejścia nachyloną skałą do góry, pokrytą cienką warstwą śniegu również nad tym żlebem… Przede mną zawróciło 7 osób, co wpłynęło na morale.

Pytałam, czy ktoś ma linę, przy jakiejkolwiek asekuracji nie byłoby problemu (można obejść trawersując stromy żleb). Nie byłoby go również gdybym ten odcinek miała pokonać rano, kiedy śnieg był zmrożony. Czekan trzymałby w takich warunkach – po południu: już nie. Myślę, że gdybym podchodziła do tego planu jeszcze raz, niewykluczone, że wskazane byłoby pokonać trasę w odwrotnym kierunku, ale wybrałam tak jak wybrałam ze względu na to, że drugą część zaplanowałam w niższych partiach na wypadek odwrotu – tak, żebym mogła wcześniej się wycofać, a nie wzywać TOPR, bo opadłam z sił na wysokości 2000 m n.p.m.

Straciłam dużo czasu na decyzję, która jednak sugerowała odrzucenie ryzyka i powrót do Przełęczy Pod Kopą Kondracką. Jednocześnie wiedziałam, że straciłam szansę na “setkę”, bo stać mnie było już tylko na jedno radykalne podejście. Stąd moja decyzja, że z Kuźnic ruszam jeszcze na Kasprowy Wierch i skończę na 75 km.

Ruszyłam po 4:00 rano i celowo opóźniłam start, ze względu na opad śniegu z towarzyszącym mu wiatrem i mgły prognozowane do godziny 3:00. Do wysokości 1900 m n.p.m. sytuacja lawinowa była bardzo stabilna, ale okolice grani wciąż wymagające. Na jej szerokich płaszczyznach nie ma problemu. Wąskie – np. okolice Kończystego Wierchu, przy braku widoczności rokują loteryjnymi decyzjami.

Zaczęłam spokojnie, nastawiając się raczej na wycieczkę biegową i przygodę niż na wynik. Zresztą przy takiej amplitudzie temperatury (-12 st. C. rano, w ciągu dnia w reglach temperatura dodatnia) trzeba pamiętać o złotej zimowej zasadzie: “jak raz już ruszysz silnik, nie można go wyłączyć” – konsekwentne, nieszarpane tempo było moim priorytetem i przyjacielem. W dodatku z racji COVID część schronisk nie działa w normalny sposób, nie ma więc okazji zagrzać się w “punktach odżywczych” w kluczowych momentach drugiej części biegu.

Noc/poranek, pełnia księżyca. Mróz pod nogami, ale odwilż w głowie. Noc w Tatrach w takich okolicznościach jest wyjątkowa. Wschód słońca, który zastał mnie już na grani w okolicach Rakonia, był fenomenalnym pokazem całego spektrum kolorów na niebie.

Na Wołowcu byłam pierwsza i mimo tego, że śnieg był wywiany – zasypane wczorajszym opadem ślady wymagały wyznaczenia nowego przejścia. Nogi więc do 1900 m n.p.m. spotkały warun idealny, powyżej: raz trafiasz na lód, potem zapadasz się po łydkę. Część trasy w ogóle była bardzo siłowa. Kto biegał w Tatrach ten wie… Choć w zimie wolę używać pojęcia light&fast niż “bieganie”. Przy grani nawisy. Na górze wiał wiatr (co ciekawe, wiało tylko lokalnie i to w porywach)!. Zdecydowałam, że szkoda mi czasu na torowanie – zbiegnę tą samą trasą (zielony szlak przez Rakoń zasypany, nawisy przy grani) i przedostanę się na grań na wysokości Ciemniaka.

Do 50. km suma podejść na odcinek 10 km wychodziła mi pod 1000 m. Biorąc pod uwagę lekkie wychłodzenie (lokalnie wiatr) wiedziałam, że nie mogę kontynuować tej tendencji i drugą część trasy należy zaplanować na niskich przewyższeniach. Magiczne dla mnie były chwile przed świtem i po zachodzie słońca. Hala Gąsienicowa po zmroku, z światełkami czołówek wspinaczy biwakujących w ścianie… Cisza. Światła Betlejemki. Cisza. Noc, noc, ja – i cisza. Bezcenne.  Do końca trasy dobiegłam z zadowoleniem, choć kryzysy mnie nie ominęły. Czułam też ból w miejscu po złamaniu stopy, który… po prostu w pewnym momencie minął jak cud (nie akceptuję używania tabletek przeciwbólowych). Zmęczenie wywołały głównie duże zmiany temperatury i przewyższenie.

Do projektu przystąpiłam w dniu, kiedy jeszcze w ciągu doby pracowałam zawodowo. O 15:00 w sobotę skończyłam pracę, spakowałam się i położyłam na drzemkę. Potem w nocy podróż samochodem (pozdrawiam miłych Panów Policjantów, którzy zatrzymali mnie na sygnale i wykazali złotą wyrozumiałość) z nastawieniem, że nie chcę się wykończyć, bo nie biorę urlopu i we wtorek (działałam przed świtem z soboty na niedzielę i całą niedzielę) wracam do pracy. Takie życie amatorów.

Zdecydowanie mam smaki na więcej i tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że realizując tego typu plany nie ponoszę wielkich kosztów fizycznych. Nie mam odcisków, nic mnie nie boli, czuję wyłącznie ogólnoustrojowe zmęczenie.  I… jeszcze większą satysfakcję.

Przeczytaj również pierwszą część relacji Małgosi Tomik, w której dzieli się informacjami praktycznymi  >>>> Ultra w zimie, solo i bez supportu. Małgorzata Tomik pokonała 75 km w Tatrach w 18h!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *