Trzy starty na UTMB, trzy różne historie i wreszcie wynik, na który pracował przez lata. W 2026 roku Michał Leśniak pokonał 170-kilometrową trasę wokół Mont Blanc w czasie 25:35:13, W rozmowie z Runandtravel.pl opowiada o doświadczeniach, które pomogły mu osiągnąć ten wynik, emocjach na trasie, treningu jelit, walce do ostatnich metrów i marzeniu o Western States. A także o tym, dlaczego UTMB wciąż potrafi go zaskoczyć i jak wiele jeszcze chciałby z siebie na tej trasie wycisnąć.
- Tegoroczne UTMB było już Twoim kolejnym startem na koronnym dystansie. W 2023 i 2025 roku kończyłeś UTMB praktycznie w tym samym czasie – około 29 godzin. Co sprawiło, że w tym roku pobiegłeś ponad trzy i pół godziny szybciej (25:35:13)?
- Czy przed startem czułeś jeszcze emocje, czy Chamonix stało się już trochę „znanym terenem”?
- Czy podczas tegorocznego UTMB korzystałeś z doświadczeń poprzednich startów? Było coś, co zrobiłeś zupełnie inaczej niż w 2023 czy 2025 roku?
- Czy tym razem inaczej rozłożyłeś siły, tempo albo żywienie? Co z perspektywy mety okazało się kluczowe?
- Czy za każdym razem ten bieg przeżywa się inaczej?
- Który moment tegorocznego UTMB zapamiętasz najdłużej i dlaczego?
- Trzy starty w UTMB i trzy różne historie. Który z nich był dla Ciebie najważniejszy?
- Czego nauczyło Cię UTMB, czego nie nauczył Cię żaden inny bieg?
- Co sprawia, że wciąż chce Ci się biegać tak długie dystanse i spędzać kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin na trasie?
- Masz jeszcze biegowe marzenie, którego nie udało Ci się zrealizować?
Tegoroczne UTMB było już Twoim kolejnym startem na koronnym dystansie. W 2023 i 2025 roku kończyłeś UTMB praktycznie w tym samym czasie – około 29 godzin. Co sprawiło, że w tym roku pobiegłeś ponad trzy i pół godziny szybciej (25:35:13)?
Michał Leśniak: Na pewno dużą rolę odegrało doświadczenie, chociaż UTMB ma to do siebie, że ta trasa co roku potrafi mnie czymś zaskoczyć. Znam ją dobrze, pokonywałem ją już czterokrotnie, do tego mam za sobą CCC, ale za każdym razem pojawiało się coś innego.
Podczas pierwszego UTMB nie byłem wystarczająco dobrze przygotowany żywieniowo. W kolejnych startach zdarzały mi się problemy żołądkowe, wymioty czy bóle brzucha. Rok temu z kolei zawiodła logistyka i nie byłem odpowiednio przygotowany na trudne warunki atmosferyczne. Każdy z tych startów dał mi więc konkretną lekcję i pokazał elementy, które muszę poprawić.
Dlatego przygotowując się do tegorocznego UTMB, starałem się podejść do niego znacznie bardziej kompleksowo. Bardzo dużo poświęciłem treningowi biegowemu, ale równie ważny był trening siłowy oraz trening jelit. Chciałem wyeliminować rzeczy, które ograniczały mnie w poprzednich latach.
Duże znaczenie miał też wyjazd w góry trzy tygodnie przed startem. Na co dzień łączę trening z pracą na pełen etat, a tam przez ten czas mogłem skupić się praktycznie tylko na UTMB trenować, regenerować się i odpoczywać bez codziennych obowiązków. Myślę, że właśnie to zrobiło największą różnicę. Nie jeden magiczny trening czy jedna zmiana, ale suma doświadczeń z poprzednich lat i wyciągnięcie z nich konkretnych wniosków. Tym razem byłem przygotowany nie tylko fizycznie, ale na cały bieg. A w dniu startu wszystko zagrało tak, jak powinno.
Czy przed startem czułeś jeszcze emocje, czy Chamonix stało się już trochę „znanym terenem”?
Michał Leśniak: Chamonix jest już dla mnie trochę znanym terenem, ale emocje przed UTMB absolutnie się nie zmniejszają. Myślę, że wręcz przeciwnie, im więcej razy tam wracam, tym lepiej wiem, co mnie czeka i jak wiele może wydarzyć się przez te 170 kilometrów.
Sam moment przed startem jest wyjątkowy. Tysiące ludzi, atmosfera w Chamonix, muzyka i świadomość, że za chwilę ruszasz na całą pętlę wokół Mont Blanc tego chyba nie da się traktować jak kolejnego zwykłego startu.
W tym roku czułem jednak dużo więcej spokoju i pewności siebie. Wiedziałem, jaką pracę wykonałem i że jestem dobrze przygotowany. Były emocje, ale bardziej pozytywne podekscytowanie niż stres.
Czy podczas tegorocznego UTMB korzystałeś z doświadczeń poprzednich startów? Było coś, co zrobiłeś zupełnie inaczej niż w 2023 czy 2025 roku?
Michał Leśniak: Zdecydowanie korzystałem z doświadczeń poprzednich startów, ale kilka rzeczy zrobiłem inaczej. Przede wszystkim zacząłem spokojniej. Startowałem praktycznie z końca stawki i przez pierwsze kilkanaście kilometrów był spory ścisk. Dopiero po około 15 kilometrach mogłem zacząć biec swoim tempem.
Dużą zmianą było żywienie. W większości zrezygnowałem z żeli i bazowałem głównie na proszku węglowodanowym oraz normalnym jedzeniu na punktach. Starałem się utrzymywać około 70 gramów węglowodanów na godzinę, tak jak wypracowałem to wcześniej na treningach. To bardzo dobrze się sprawdziło i tym razem nie miałem większych problemów żołądkowych.
Ogromną różnicę zrobił też dobrze zorganizowany support, dzięki któremu zaoszczędziłem sporo czasu na punktach.
No i kijki. Dużo podpatrywałem powerhiking Toma Evansa, zwycięzcy z poprzedniej edycji, sam mocno nad tym pracowałem. Spędziłem też dużo czasu na siłowni, żeby być mocniejszym na podejściach.
Myślę, że właśnie na tym polegała największa różnica – nie próbowałem po prostu być szybszy niż rok czy trzy lata temu. Starałem się znaleźć wszystko, co wcześniej zabierało mi czas i energię, a później krok po kroku to poprawić. Tegoroczny wynik był efektem wyciągnięcia lekcji z każdego poprzedniego UTMB.
Czy tym razem inaczej rozłożyłeś siły, tempo albo żywienie? Co z perspektywy mety okazało się kluczowe?
Michał Leśniak: Myślę, że kluczowe było to, że przez cały bieg nie walczyłem z trasą. Nie próbowałem na siłę realizować konkretnego tempa w każdym momencie, tylko dostosowywałem wysiłek do terenu i tego, jak się czułem.
Na 100 mil bardzo łatwo stracić dużo przez jedną złą decyzję albo zbyt mocno przepracowany fragment. Tym razem miałem dużo więcej cierpliwości. Kiedy trzeba było odpuścić odpuszczałem, a kiedy czułem, że mogę mocniej pracować wykorzystywałem to.
Najlepszym potwierdzeniem było Champex. Czułem już duże zmęczenie i wydawało mi się, że wyraźnie zwalniam, a mimo to międzyczasy pokazywały, że nadal jestem przed swoim planem. To dało mi pewność, że bieg jest dobrze poukładany. Myślę, że właśnie cierpliwość i kontrola nad wysiłkiem były w tym roku najważniejsze.
Czy za każdym razem ten bieg przeżywa się inaczej?
Michał Leśniak: Zdecydowanie. Każde UTMB było dla mnie zupełnie inną historią. Za pierwszym razem było przede wszystkim spełnienie marzenia i ogromna niewiadoma. Kolejne starty przynosiły większe oczekiwania wobec samego siebie, ale też inne problemy i lekcje.
W tym roku czułem, że jestem naprawdę dobrze przygotowany i chciałem w końcu pokazać na tej trasie, na co mnie stać. Dlatego meta smakowała wyjątkowo nie tylko ze względu na 25:35, ale przede wszystkim dlatego, że udało mi się pobiec taki bieg, jaki od dawna chciałem na UTMB pobiec.
UTMB ma dla mnie też taki rodzinny smaczek trochę żartobliwie nazywam je małymi mistrzostwami braci Leśniak. Niestety na ten moment 3:0 dla brata, więc mam jeszcze coś do zrobienia!
Który moment tegorocznego UTMB zapamiętasz najdłużej i dlaczego?
Michał Leśniak: Było kilka takich momentów, ale najmocniejszy wydarzył się przed Champex, około 124. kilometra. Nagle zacząłem płakać. Nie z bólu, nie z wyczerpania, ale ze szczęścia. Miałem za sobą ponad 120 kilometrów, a ja wciąż biegłem, wyprzedzałem kolejnych zawodników i nie przeżywałem żadnego kryzysu. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że po tylu godzinach moje ciało nadal pozwala mi tak się ścigać.
Emocje kompletnie mnie wtedy poniosły. Płakałem, a jednocześnie byłem niesamowicie nakręcony. Na podejściach wkręcałem się w powerhiking, mocno pracowałem kijami i przesuwałem się do przodu. Im bardziej czułem, że ten dzień naprawdę jest „mój”, tym więcej miałem w sobie energii. To było bardzo dziwne uczucie ogromne zmęczenie fizyczne, a jednocześnie euforia i poczucie, że nie chcę, żeby ten moment się kończył.
Drugi taki moment to ostatni zbieg do Chamonix. Wiedziałem już, że zamknę UTMB w 25 godzinach. Na chwilę przeszedłem do marszu i pomyślałem: „mam to, tyle mi wystarczy”. Ale kiedy zaczęli wyprzedzać mnie kolejni zawodnicy, odezwał się charakter. Skoro przez ponad 160 kilometrów walczyłem o każdą minutę, nie chciałem oddawać ich na samym końcu. Ruszyłem ponownie i walczyłem do Chamonix.
A meta… tego nie da się dobrze opisać. Tłum ludzi, hałas, emocje i świadomość, że właśnie zamknąłem pętlę wokół Mont Blanc w 25:35. Po miesiącach przygotowań i wszystkim, co wcześniej przeżyłem na tej trasie, to nie była dla mnie tylko meta kolejnego ultramaratonu. To był moment, w którym poczułem, że cała ta praca naprawdę miała sens.
Trzy starty w UTMB i trzy różne historie. Który z nich był dla Ciebie najważniejszy?
Michał Leśniak: Naprawdę ciężko wybrać jeden. Każdy z tych startów był dla mnie ważny z zupełnie innego powodu. Pierwszy był spełnieniem marzenia i zderzeniem z tym, czym naprawdę jest UTMB. Drugi dał mi kolejne, momentami bolesne lekcje i pokazał, jak wiele rzeczy poza samą formą musi zagrać na dystansie 100 mil.
Tegoroczny był natomiast momentem, w którym udało mi się zebrać te wszystkie doświadczenia w całość i w końcu pobiec UTMB tak, jak wiedziałem, że potrafię.
Dlatego nie chciałbym wybierać najważniejszego. Bez pierwszego i drugiego prawdopodobnie nie byłoby tego trzeciego i tych 25:35. Każdy z nich był po prostu kolejnym rozdziałem tej samej historii.
Czego nauczyło Cię UTMB, czego nie nauczył Cię żaden inny bieg?
Michał Leśniak: UTMB nauczyło mnie przede wszystkim pokory. Za każdym razem przyjeżdżałem do Chamonix mocniejszy i bogatszy o kolejne doświadczenia, a ta trasa za każdym razem znajdowała coś nowego, czym potrafiła mnie zaskoczyć. To chyba najlepsza lekcja, że w górach nigdy nie można uważać, że ma się już wszystko rozpracowane.
Paradoksalnie ta pokora dała mi też dużo większą wiarę w siebie. Kiedy po 120 czy 150 kilometrach odkrywasz, że mimo ogromnego zmęczenia nadal potrafisz biec, walczyć i podejmować dobre decyzje, zaczynasz inaczej patrzeć na własne granice.
UTMB nauczyło mnie też cierpliwości. Przez 25 czy 30 godzin przechodzisz przez wiele różnych stanów i nie możesz reagować na każdy z nich. Czasem czujesz się fatalnie, a godzinę później znowu biegniesz. Czasem wydaje ci się, że zwalniasz, a zegarek pokazuje coś zupełnie innego.
I chyba właśnie to jest dla mnie największą lekcją: nie dowiedziałem się, gdzie dokładnie leżą moje granice. Dowiedziałem się, że prawdopodobnie są dużo dalej, niż sam sobie wcześniej wyznaczałem.
Co sprawia, że wciąż chce Ci się biegać tak długie dystanse i spędzać kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin na trasie?
Michał Leśniak: Przede wszystkim lubię się ścigać. Rywalizacja bardzo mnie nakręca i nawet po kilkunastu godzinach, kiedy widzę przed sobą kolejnego zawodnika, automatycznie pojawia się myśl, żeby spróbować go dogonić. Chyba mam to też trochę przez brata Kamila patrzę na to, co robi i gdzie jest sportowo, i myślę sobie: „kurczę, ja też tak chcę!”.
Jest też coś w samym ultra, co trudno mi racjonalnie wytłumaczyć. Chyba naprawdę lubię ten ból i stan kompletnego zmęczenia (śmiech). Po kilkunastu godzinach odpada wszystko, co niepotrzebne. Zostajesz ty, trasa i bardzo proste zadanie poruszać się jak najszybciej w stronę mety.
I właśnie to mnie wciąga. Możesz przez wiele miesięcy trenować i przygotowywać każdy szczegół, ale później przychodzi dzień startu i musisz sprawdzić, co naprawdę zbudowałeś. Dla mnie te kilkanaście czy dwadzieścia kilka godzin to nie jest czas, który muszę „przetrwać”. To jest właśnie ta część, dla której to robię.
Masz jeszcze biegowe marzenie, którego nie udało Ci się zrealizować?
Michał Leśniak: Mam ich jeszcze sporo. Przede wszystkim uwielbiam podróże biegowe. Bieganie daje mi możliwość odkrywania miejsc, do których prawdopodobnie nigdy bym nie trafił, gdyby nie zawody. Chcę dalej jeździć po świecie, poznawać nowe góry, ludzi i kultury, a przy okazji mierzyć się z zupełnie nowymi trasami.
Oczywiście wielkim marzeniem pozostaje Western States. Samo dostanie się na start jest ogromnym wyzwaniem, ale bardzo chciałbym kiedyś stanąć na tej legendarnej trasie i przeżyć te 100 mil. Jak już go ukończę, to może w końcu będę mógł przejść na biegową emeryturę… chociaż znając mnie, dzień później pewnie wymyślę sobie kolejny cel. (śmiech)
No i oczywiście UTMB. 25:35 dało mi ogromną satysfakcję, ale też jeszcze większy apetyt. Chciałbym wrócić i sprawdzić, ile jeszcze jestem w stanie urwać z tego czasu. Mam też dodatkową motywację w postaci brata, który na UTMB mocno mi odjechał. Trochę jeszcze brakuje, żeby go dogonić, ale przynajmniej wiem, w którą stronę mam biec. (śmiech)

