Paweł Cymbalista zajął znakomite 4. miejsce w Montane Winter Spine 2026 – jednym z najbardziej ekstremalnych zimowych ultramaratonów w Wielkiej Brytanii. Legendarną trasę Pennine Way o długości 268 mil (ok. 432 km) pokonał w czasie 106:25:35.
Montane Winter Spine to jeden z najbardziej ekstremalnych i wymagających zimowych ultramaratonów w Wielkiej Brytanii. Zawody rozgrywane są w styczniu, bez przerw, na legendarnej trasie Pennine Way, liczącej 268 mil (ok. 432 km). Trasa prowadzi z Edale w Derbyshire aż do Kirk Yetholm na granicy ze Szkocją i uchodzi za prawdziwy test wytrzymałości fizycznej i psychicznej.
To zawody, w których nie liczą się wyłącznie tempo i rywalizacja sportowa, ale przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z ekstremalnym zmęczeniem, brakiem snu oraz nieprzewidywalną pogodą.
Tegoroczna edycja zawodów rozpoczęła się 11 stycznia 2026 roku. W rywalizacji wzięło udział dwóch Polaków: Paweł Cymbalista oraz Grzegorz Korsak. Paweł Cymbalista ukończył bieg na bardzo wysokim 4. miejscu wśród mężczyzn i 5. miejscu w klasyfikacji generalnej, pokonując całą trasę w imponującym czasie 106:25:35.
Zwycięzcą Montane Winter Spine 2026 został Sebastian Raichon, doskonale znany kibicom biegów ultra m.in. z legendarnego TOR450, który wygrał aż trzykrotnie. Francuz dotarł na metę po 95:43:52.
W momencie przygotowywania materiału Grzegorz Korsak miał do pokonania jeszcze około 40 mil.
Kilka słów od Pawła Cymbalisty poMontane Spine Race 2026
“No cóż… wbrew wszelkim przeciwnościom ta przygoda nie zakończyła się ani ewakuacją helikopterem ratunkowym, ani dramatycznym dokumentem na Netfliksie. Co więcej – poszło znacznie lepiej, niż się spodziewałem. A to sporo mówi, biorąc pod uwagę, że na start wychodziłem z emocjonalną stabilnością człowieka wchodzącego do smoczej jamy, uzbrojonego jedynie w flapjacka (red. – flapjack to popularna w krajach anglosaskich batonowa przekąska na bazie płatków owsianych).
Bądźmy szczerzy: byłem zestresowany. I to porządnie. Takim stresem, przy którym zaczynasz kwestionować swoje życiowe wybory, zdrowie psychiczne i zastanawiasz się, czy nie lepiej było zająć się robótkami na drutach. Widziałem, co ten bieg potrafi zrobić z ludźmi. Widziałem rzeźnię z poprzednich edycji. Uwierzcie mi – nie chcecie mieć miejsc w pierwszym rzędzie na to widowisko.
A potem przyszła Śnieżyca Goretti – zjawisko pogodowe tak dramatyczne, że spokojnie zasługiwało na własny motyw muzyczny. Niektórzy nazywali to „zimową krainą czarów”.
Ci ludzie się mylą.
My nazwaliśmy to piekłem na ziemi w błyszczącym, białym płaszczyku.
Wyobraźcie sobie: niesiecie ciężki plecak, próbujecie poruszać się szybko, ślizgacie się, zapadacie się w śnieg i co jakiś czas znikacie, bo śnieg jest tak głęboki, że pochłania was w całości. Ja osobiście zniknąłem po pachy trzy razy. Trzy. Razy. W tym momencie przestajesz martwić się wynikiem, a zaczynasz rozważać, czy nie powinieneś sporządzić testamentu.
Ale na miesiące przed tym szaleństwem przygotowywałem się. Rozciągałem mięśnie, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Rozciągałem mięśnie, o których wy też nie wiedzieliście. Gdyby ktoś kazał mi rozciągać rzęsy, pewnie bym spróbował. Moje zadanie było proste: ukończyć bieg. Czołgać się, jeśli trzeba. Płakać, jeśli trzeba. Ale dobiec do mety.
Plan gonienia najlepszych czasów?
Zniknął.
Wyparował.
Został wyrzucony w otchłań w chwili, gdy zaczęliśmy podbiegać.
Przestawiłem mózg w TRYB PRZETRWANIA.
Pierwszy odcinek pobiegłem z Sebastienem – późniejszym zwycięzcą – i zżyliśmy się przy przekąskach jak dwaj wojownicy dzielący racje przed bitwą. Czołówka pognała do przodu… a potem, jeden po drugim, zawodnicy znikali z rywalizacji niczym bohaterowie horroru. Sebastien wygrał. Ja byłem czwarty.
Potem nadszedł zbieg przed CP1. Poślizgnąłem się, przywaliłem kością ogonową i wymyśliłem kilka zupełnie nowych przekleństw. Chwilę później poślizgnąłem się znowu – jeszcze mocniej – i zsunąłem się jakieś 15 metrów po kamieniach i żwirze. Moja piszczel przyjęła wszystko na siebie, zostawiając dziurę wystarczająco dużą, by wynająć ją jako Airbnb 🙂
Diagnoza medyczna:
„Możliwe złamanie.”
Ja:
„Błagam, nie… dopiero, co zacząłem cierpieć.”
Na szczęście bez złamania – tylko klej, tymczasowe szwy i noga wyglądająca, jakby pogryzł ją bardzo poirytowany borsuk.
A jednak… po czterech godzinach snu na podłodze sali, która miała komfort średniowiecznego narzędzia tortur, byłem gotowy ruszyć dalej. Bo oczywiście, że byłem.
A Ashley?
Bohaterka.
Na bieżąco informowała wszystkich jak operator centrum dowodzenia, prowadząc lekko zdziczałego astronautę przez kosmos. Mam nadzieję, że wszyscy dobrze się bawili, obserwując ten chaos.
Ciąg dalszy nastąpi… gdy przestanę znajdować błoto w miejscach, w których błoto absolutnie nie powinno się znaleźć.

