22 lipca 2023 By LUDZIE, RUNSTYLE, Slider With 1372 Views

Grzegorz Korsak: Montane Spine Race 2023 [wywiad]

“Nie lubię się ścigać, a na takich biegach nie muszę. Dobrze jest czasami zatęsknić za wygodnym łóżkiem, wtedy człowiek docenia to, co ma na co dzień, mniej narzeka i wybrzydza. Docenia się to, że ciągle można biegać i zdrowie nam na to pozwala”. Rozmowa z Grzegorzem Korsakiem, tegorocznym finisherem letniej wersji Montane Spine Race.


22.07.2023 r.

18 czerwca 2023 roku rozpoczęła tegoroczna edycja Montane Spine Race, czyli letnia wersja legendarnego Spine Race rozgrywanego na przełomie stycznia i lutego z Edale/Anglia do Kirk Yetholm/Szkocja. Zawodnicy mieli do pokonania 268 mil, czyli 425 km w formule self suport. Jednym z finisherów był Grzegorz Korsak. 


Monika Bartnik: 268 mil, czyli 425 km… Dla większości z nas to dystans poza zasięgiem, nawet poza zasięgiem naszej wyobraźni… A tymczasem 18 czerwca 2023 roku ruszyłeś na trasę Montane Spine Race, letniej wersji legendarnego Spine Race, rozgrywanego na przełomie stycznia i lutego z Edale/Anglia do Kirk Yetholm/Szkocja i bieg ten ukończyłeś. Jak narodził się pomysł na start?

Grzegorz Korsak: Tak naprawdę nie miałem w planach wystartować w tym biegu w tym roku. Próbowałem dostać się na Bieg Kreta Hard Core i w razie odmowy miałem przygotowane inne alternatywne starty na dystansach około 200 mil. Jednak, kiedy się nie dostałem na hard core, a organizator kluczył w uzasadnieniach poczułem, że muszę zrobić coś większego, więc padło na Summer Spine Race. Ten bieg znajdował się na mojej liście, więc ta sytuacja przyspieszyła to, co nieuniknione.

Jakie warunki trzeba spełnić, żeby wystartować w Montaine Spine Race? Czy organizatorzy wymagają udokumentowania konkretnego doświadczenia biegowego?

Grzegorz Korsak: Żeby wystartować w tym biegu trzeba mieć ukończony inny krótszy bieg organizowany przez nich  na tej trasie albo jakikolwiek inny bieg 100-milowy. Wydaje mi się, że organizator sam to weryfikuje, bo na potwierdzenie czeka się bardzo krótko.

Jaka jest formuła biegu i co jest największą trudnością na trasie?

Grzegorz Korsak: Bieg rozgrywany jest w formule self support, więc jakakolwiek pomoc z zewnątrz jest zabroniona, a organizator bardzo się stara, aby etos tej wyprawy był zachowany. Byłem świadkiem, jak przypadkowy kibic rozmawiał z walijskim biegaczem w tym właśnie języku i padło podejrzenie, że korzysta z pomocy. Walijczyk dostał ostrzeżenie. Na trasie można się spotkać np. z członkami rodziny tylko raz i tylko spotkać. 

Jakie wyposażenie trzeba mieć ze sobą na trasie?

Grzegorz Korsak: Wyposażenie  obowiązkowe składa się z 22 elementów, ale to się zmienia co roku. Na zimową wersję potrzebujemy aż 28-30, a wśród nich znajdują się takie rzeczy jak kilka warstw odzieży, apteczka, 3l wody i 1500 kalorii, które trzeba dobierać kilka razy na punktach kontrolnych, ale też kurtka puchowa czy łopatka do zakopywanie odchodów i oczywiście bevy bag.


Co dla Ciebie było największym wyzwaniem?

Grzegorz Korsak: W kość najbardziej dawały mi odległości między punktami kontrolnymi, upał i gwałtowne załamania pogody. Punktów kontrolnych na trasie jest tylko 5, między 60-100 km, czyli pięć ultra jeden po drugim i to było dla mnie największym wyzwaniem, bo końcowe kilometry naprawdę potrafią się dłużyć 


Na czym skupiasz myśli podczas tak długich startów? Na realizacji strategii czy może Twoja głowa i myśli są zupełnie gdzie indziej?

Grzegorz Korsak: Podczas biegu staram się najbardziej nie złapać jakiejś głupiej kontuzji, pilnować jedzenia. Nie ścigam się, robię swoje. Jestem typem zadaniowca. Jak w wojsku – jest robota do zrobienia, wychodzę i robię, chociaż podczas tak długiego biegu człowiek zaczyna dostrzegać i odczuwać bardziej otaczające go piękno. Wtedy przychodzi czas na refleksje na różne tematy, od prozaicznych po jakieś dziwne metafizyczne rozważania na temat sensu istnienia.

Nie biegamy wyłącznie dla mierzenia się z wyzwaniami, lecz także dla piękna, które towarzyszy nam na trasie. Czym Ciebie urzekła trasa?

Grzegorz Korsak: Często jest tak, że ludzie w Polsce kojarzą Wielką Brytanię z wielkimi aglomeracjami, takim jak Londyn czy Manchester, a to przecież nie prawda. Są tutaj przepiękne parki narodowe, góry, przepiękne doliny i rozległe wrzosowiska. Ja jednak najbardziej będę pamiętał górskie pogranicze Szkocji, bo to ona stała się dla mnie i mojej rodziny domem, ale wierzcie mi, każdy fragment trasy jest piękny i zachwycający.

Jak się przygotowywałeś do startu? Czy w ogóle do takiego biegu można się przygotować?

Grzegorz Korsak: Tak jak wspominałem, jest robota do zrobienia wychodzę i robię. Jestem skupiony na celu, ale celem nadrzędnym jest powrót do domu w jednym kawałku i może to powstrzymuje mnie przed ułańską fantazją i zrobieniem sobie krzywdy. Mam przecież rodzinę, dom i pracę,  do których muszę wrócić. 2.5 miesiąca biegałem tylko z pełnym wyposażeniem, a nawet chodziłem w nim po domu czy z psami. 

Wielu świetnych biegaczy nie ukończyło zawodów, ponieważ zawsze korzystali z supportu podczas wcześniejszych startów. Ja nigdy tego nie robię. Nie mówię, że to konieczne, ale na pewno można w ten sposób zwiększyć swoje szanse na ukończenie tego biegu.


Skąd u Ciebie takie zamiłowanie do skrajnie wyczerpujących biegowych przeżyć? Co lubisz w biegach długodystansowych? Jakie inne, równie trudne imprezy, masz na swoim koncie? Wspominałeś przed startem, że nie będzie to Twoje pierwsze 200 mil…

Grzegorz Korsak: Nie lubię się ścigać, a na takich biegach nie muszę. Dobrze jest czasami zatęsknić za wygodnym łóżkiem, wtedy człowiek docenia to, co ma na co dzień, mniej narzeka i wybrzydza. Docenia się to, że ciągle można biegać i zdrowie nam na to pozwala. 

Zanim wyjechałem z kraju chciałem pracować w wojskach specjalnych, jednak psycholog stwierdził, że mam za słabą psychikę i postanowiłem wyjechać. Zamiłowanie do rzeczy trudnych jednak pozostało i to właśnie w tych biegach odnalazłem cząstkę tego, co chciałem robić w młodości. 

Widocznie tak miało być, bo mam cudowną, kochającą rodzinę i pasję. Staram się otaczać ludźmi ciekawymi, od których można się czegoś nauczyć i nie zadawać z jednostkami toksycznymi, które z zawiści mogą zatruć życie.


Jakie inne biegi masz na liście swoich biegowych marzeń? Czy na tej liście jest zimowa wersja Spine Race?

Grzegorz Korsak: Przebiegłem w 2021 roku Race Across Scotland (215 mil) i na trasę tego biegu wracam za kilka tygodni. Dwukrotnie przebiegłem Highland 180 mil. Kilka 100-milowców oraz parę mniejszych lokalnych biegów. Lubię też pobiegać poza zawodami – uważam, że to jest esencja ultra. 

Jakie inne biegi? Na pewno nie Kret, organizator skutecznie zraził mnie do siebie, może miał taki zamiar. W Wielkiej Brytanii jest z czego wybierać. W przyszłym roku najprawdopodobniej pobiegnę serię trzech biegów Wild Horse 200. To trzy biegi w różnych częściach Walii, każdy po 200 mil. Naprawdę trudno się zdecydować. Na pewno pobiegnę jeszcze raz letnią wersję Spine zanim zmierzę się z tą trasa w zimowej wersji, ale już od tej zimy zaczynam kompletować szpej i trenować zimowe biwaki. W zimowej wersji nie ma miejsca na błędy i improwizację.  


Krótka relacja Grzegorza po starcie w Montane Spine Race 2023

Plan był taki, żeby przebiec Montaine Spine Race i w przyszłym roku ponownie wysłać zgłoszenie. Teraz, oglądając zdjęcia sprzed startu widzę, że byłem troszkę przerażony. Czy się bałem? Nie, nie bałem się. Nurtowało mnie tylko pytanie, czy to, co zrobiłem wystarczy. Mentalnie wiedziałem, że jak nie urwę co najmniej dwóch nóg, to nie zejdę. Tym razem miałem spokój ducha, w domu wszyscy zdrowi, a ja mogę skupić się na biegu. To, że możemy robić takie rzeczy, to w bardzo dużej mierze zasługa naszych drugich połówek. My się pakujemy i znikamy w biegu na kilka dni zostawiając wszystko na ich barkach. Dziękuję, że jesteście – gdyby nie wy, nie byłoby nas Ultrasów. Dziwne, ciągle mam problem używaniem tej nazwy w stosunku do siebie. Może dlatego że nie trenuję, tylko sobie biegam? Doceniajcie swoich życiowych towarzyszy, to oni niejednokrotnie cierpią przez nas i nasze humory bardziej niż my podczas biegu. 

Na miejsce dotarłem bez problemu, co jak twierdzi moja żonka, było większym sukcesem niż sam bieg, bo w gąszczach dużych miast, przesiadek, pociągów błądzę jak dziecko we mgle, na szczęście poszło gładko. Rejestracja i już leżę sobie w namiocie na pobliskim polu namiotowym. Niektórzy demonizują namiot, ja jestem zachwycony i wyspałem się bardziej niż w niejednym brytyjskim hotelu. 

Na starcie czuć niesamowitą atmosferę. Bez fajerwerków, piękno w swej prostocie. Kątem oka spoglądam na pana z protezą. Odliczanie i ruszamy. 

Tydzień po biegu ciężko mi niektóre zdarzenia umiejscowić w czasie. Do pierwszego punktu kontrolnego sporo biegłem z Clare. To nie był jej pierwszy raz na tej trasie, więc postanowiłem wykorzystać jej doświadczenie. Na cp docieram jednak sam, nie śpię, przebieram się, jem i już człapię sobie dalej. Nie pamiętam jak to się stało, ale jakoś zacząłem biec z Francuzem, też weteran (drugi raz na trasie) i to z tym gentlemanem docieram do cp 2. To był bardzo gorący dzień. Na dwójce decyduje się na 2 godzinki snu. To już druga noc, więc wypadałoby coś pospać.  

Bardzo mi się podoba surowości tego wyścigu. Każdy ma takie samo spanie w namiocie. O śpiwór i matę musisz zadbać sam – jak nie zadbasz, nie masz. Nikt nie dowiezie.

Na punkcie kontrolnym można zostać do 6 godzin. To sporo czasu, ale… jeśli śpisz, bierzesz prysznic, jesz i jeszcze musisz zadbać o to coś w butach, a wszystko trwa dłużej niż normalnie, jest zimny poranek, a meszki zjadają cię żywcem, to trzeba dobrze gospodarować czasem. Przed każdym opuszczeniem cp jest sprawdzany zestaw obowiązkowy – nie cały, ale 5 losowo wybranych rzeczy. O tym też trzeba pamiętać. Czasami musisz poczekać na swoją kolej albo znaleźć kogoś, kto jest za to odpowiedzialny. 

Dalsza część wyścigu to wspólne pokonywanie trasy z Amandą, Szkotką, która z żoną mieszka w Anglii i Gordonem, walijskim smokiem z samego serca Snowdonii. O czym my nie gadamy! O matko! Czasami lepiej nie mówić, śmiejemy się do rozpuku. Gordon nadaje mi walijską ksywę Jimmy COESA IAR, co znaczy Jimmy chicken legs. Jest ciężko, ale jakoś tego się nie odczuwa. Sam Gordon wychodzi z propozycją ukończenia tego razem. Szkoda tylko, że gdy Amanda ma ciężkie chwile, walijskie serce się wyłamało i Gordon nas zostawił. 

W pełnym słońcu powoli posuwamy się do cp5. Gdy moja towarzyszka biegnie, zauważam na jej łydkach dziwne bąble. Mówię jej o tym. Gdy próbuje je delikatnie dotknąć one wręcz eksplodują. Trochę wyglądają jak oparzenie słoneczne tylko że występują dziwnie punktowo i jeszcze lgną do tego muchy… Po chwili zauważam białe kwiaty barszczu Sosnowskiego i wszystko staje się jasne. 

Docieramy do ostatniego cp. Prysznic, jedzenie, spanie, opatrzenie stóp i już gnamy do mety. To dziwne, ale po jakimś czasie my zaczynamy biec i powiem więcej – jest ok. Biegnie się przyjemnie, nareszcie nie jest upalnie. W komforcie docieramy do punktu kontrolnego 5, na którym można zostać tylko pół godziny. Nie ma jedzenia – jest  tylko woda, kawa i herbata. Tak zwana szybka akcja i podążamy w stronę domu.

Mimo kilku kolejnych kryzysów Amandy posuwamy się do przodu. Jak mówi, że ją boli, opowiadam jej, co mi pomaga, jak myślę wtedy o ludziach śmiertelnie chorych, których boli dużo bardziej, o ludziach, którzy uciekają przed wojną albo tych, którzy muszą patrzeć na śmierć swojego dziecka i tych, co by chcieli a nie mogą, a my możemy… Zmiana perspektywy pomaga i przed zmrokiem docieramy do mety.  

Nie znajdziesz na mecie fajerwerków, rac czy Zenka grającego przaśne kawałki. Garstka ludzi, najbliżsi ze łzami w oczach biją brawo w chwili, gdy dotykasz legendarnej ściany. Medal, gratulacje, jeden z organizatorów z ogromnym przejęciem przeprowadza z nami krótką rozmowę. Naprawdę czuć, że coś się zadziało, że ten, kto przebiegł musiał włożyć w ten bieg dużo serducha. Jeszcze łza mi się kręci w oku jak to wspominam. Wchodzimy do sali przygotowanej dla finisherów. Cały czas ktoś bije brawo, cały czas ktoś gratuluje. Po dotarciu na salę wszystko trochę ucicha, słychać tylko głośne chrapanie walijskiego dragona, który dotarł samotnie niewiele przed nami.

Niesamowity bieg! Skromny, a piękny w swej prostocie. Jestem ogromnym szczęściarzem, że mogę w zdrowiu robić to, co kocham. 


Jesteś naszym Czytelnikiem? Dołącz do naszych Patronów i w ramach Patronite.pl wspieraj rozwój portalu ruandtravel.pl.

Naszym Patronom oferujemy m.in. pakiety startowe na biegi, przekazujemy produkty do testów, wysyłamy newsletter…

Kliknij w baner poniżej i poznaj szczegóły


Tags : ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *