Są biegi, na które jedzie się po czas. Są takie, na które jedzie się po przygodę. A są takie, na które wraca się po godność. Tegoroczny Ultra Trail Chianti Castles to dla mnie ten trzeci przypadek.
Kiedy w marcu 2026 roku ponownie stanąłem na linii startu w Radda in Chianti, nie myślałem o tempie, nie kalkulowałem odcinków, nie robiłem żadnych szacunków czasowych. W głowie miałem tylko jedno: Running Stones. Te przeklęte kamienie, które od trzech lat wymykały mi się z rąk. Dosłownie.
Czym są Running Stones?
Dla niewtajemniczonych: Running Stones to punkty kwalifikacyjne w systemie UTMB World Series, niezbędne, by w ogóle marzyć o starcie w finałach w Chamonix. UTCC daje ich cztery. Cztery kamienie za 120 kilometrów i 5200 metrów przewyższenia w toskańskich wzgórzach. Próbowałem już dwukrotnie zebrać kamienie i dwukrotnie góry powiedziały „nie”.
Pierwsza próba: Słowenia, 2023 rok, Julian Alps Trail Run. Druga: Toskania, 2025 rok, ta sama trasa UTCC. Dwa starty, dwa DNF-y, zero kamieni. Każdy, kto biegał ultra, wie, że DNF to nie porażka w klasycznym sensie, to lekcja. Ale po dwóch takich lekcjach z rzędu człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest uczniem, który powtarza klasę.
Słowenia, 2023: kiedy organizm mówi „dość"
Alpy Julijskie we wrześniu 2023 roku miały być moim wielkim debiutem w systemie UTMB World Series. Julian Alps Trail Run, bieg przez Park Narodowy Triglav, z widokami na jezioro Bled i najwyższe szczyty Słowenii. Pięknie to brzmiało w opisie. W rzeczywistości skończyło się na 45. kilometrze ze skrajnym odwodnieniem. Kiedy twoje ciało przestaje współpracować na takim poziomie, nie ma dyskusji. Nie ma heroicznych przecierpię i pobiegnę dalej. Są mdłości, zawroty głowy, drżenie rąk i świadomość, że następny kilometr może skończyć się na noszach. Oddałem wyższość górom.
Toskania, 2025: trzy chrupnięcia i koniec biegu
Półtora roku później, marzec 2025. Wróciłem po kamienie do Toskanii na UTCC z poprawionym planem żywieniowym, lepszym przygotowaniem, solidnym treningiem za plecami. Tym razem miało być inaczej. I faktycznie było inaczej, ale gorzej. Dwunasty kilometr. Pierwsza podkręcona kostka lewego stawu skokowego. Nic wielkiego, pomyślałem. Staw trochę zapulsował, ale trzymał. Pobiegłem dalej. Kilka kilometrów później nastąpiło drugie podkręcenie. Tym razem ostrzejsze, z wyraźnym trzaskiem. Kostka zaczęła puchnąć, ale adrenalina robiła swoje. Przecież nie przyjechałem do Włoch, żeby się wycofać po dwudziestu kilometrach. Na 24. kilometrze los postawił kropkę nad „i”. Trzecie skręcenie tej samej kostki i tym razem nie było już czym biegać. Ból był zbyt silny, kontrola nad stawem zbyt mała, ryzyko poważniejszego urazu zbyt duże. To ten rodzaj bezsilności, który pali bardziej niż sam uraz. Moment, w którym Twoja wola walki wciąż pracuje na najwyższych obrotach, ale podwozie po prostu rozsypało się w mak. Nie ma nic gorszego niż bycie więźniem we własnym, niesprawnym ciele, gdy umysł jest gotowy biec dalej. Zszedłem z trasy z poczuciem, że UTMB World Series ma wobec mnie jakieś osobiste porachunki. Dwa starty. Dwa kraje. Dwa DNF-y. I pytanie: wracać czy odpuścić? Odpowiedź brzmiała oczywiście: wracać.
120 km włoskiego łomotu między zamkami i winnicami
Ultra Trail Chianti Castles to bieg wyjątkowy pod wieloma względami. Edycja 2026 przyciągnęła ponad 4000 startujących na wszystkich dystansach, a królewski UTCC na 120 km był jednocześnie jednym z ostatnich biegów w cyklu Golden Ticket do Western States 100. Na starcie pojawiły się takie gwiazdy jak Courtney Dauwalter, która w ostatniej chwili przeniosła się z odwołanego Tenerife Bluetrail, czy Thomas Cardin z Francji. Dauwalter wygrała bieg kobiet w czasie 11 godzin i 31 minut, Cardin zamknął się poniżej dziesięciu godzin. Wielki sport na najwyższym poziomie. Ja startowałem w zupełnie innej lidze, w tej, w której celem jest meta, a nie podium. Nie każdy musi ścigać się z elitą, żeby przeżyć coś wielkiego.
Start o 4:00 rano z Piazza Dante w Radda in Chianti. Ciemność, czołówki, oddech kilkuset osób w chłodnym toskańskim powietrzu. Trasa wiedzie dalej przez Arillo, Poggio San Polo, zamek Castello di Brolio, przełęcz Monteluco, Cantalici, Gaiole in Chianti, Tenuta Perano, Castello di Albola, aż do Villa San Michele i z powrotem na metę w Radda. Kto nie był w Chianti, niech sobie wyobrazi łagodne, falujące wzgórza pokryte winnicami i gajami oliwnymi, pomiędzy którymi co jakiś czas wyrasta kamienny zamek albo średniowieczna wieża. Pierwsze 40 kilometrów to jeszcze w miarę cywilizacja: szerokie szutrowe drogi, łagodne podbieganie, przyjemne tempo. Trasa kołysze biegacza, usypia czujność. A potem zmienia się charakter. Po czterdziestym kilometrze zaczynają się odcinki, które przypominają mi bieganie w Beskidzie Śląskim albo na Masywie Ślęży. Podejścia robią się dłuższe i stromsze, podłoże nabiera technicznego wymiaru: kamienie, korzenie, wąskie ścieżki. To tutaj trasa zaczyna weryfikować, kto naprawdę jest gotowy na 120 km.
Ostrożność ponad wszystko. Ruszyłem spokojnie. Celowo, świadomie, z planem: nie zrób nic głupiego w pierwszej połowie. Gdzieś w okolicach odcinków, na których rok temu trzykrotnie podkręciłem kostkę, poczułem coś dziwnego. Nie ból, raczej napięcie. Takie wewnętrzne ściągnięcie uwagi, jakby ciało mówiło: pamiętam to miejsce. Głowa zaczęła pracować szybciej niż nogi. Każdy kamień na ścieżce wyglądał jak potencjalna pułapka, każdy korzeń jak przeszkoda czekająca na moją lewą kostkę. Przeszedłem przez ten odcinek bez problemów. Nogi trzymały, kostka milczała. Ulga? Pewnie. Po Castello di Brolio i przejściu przez przełęcz Monteluco wszedłem w tę część trasy, której rok temu nie dane mi było zobaczyć. Nowe kilometry, nowe widoki, nowe wyzwania. Paradoksalnie czułem się dobrze. Żadnych energetycznych dołków, które potrafią zamienić ultrabiegacza w chodzące zombie. Żywienie działało, nawodnienie działało, nogi pracowały.
W drugiej połowie biegu mogłem utrzymywać tempo, a na niektórych odcinkach nawet lekko przyspieszać. To uczucie, kiedy po 70, 80 kilometrach wciąż masz siłę w nogach i jasność w głowie, jest bezcenne. A potem nadszedł dziewięćdziesiąty kilometr. Toskania nie odpuszcza. Wystarczyła chwila nieuwagi. Sekunda braku koncentracji. Jedna źle postawiona noga i solidna gleba prosto twarzą i rękami na kamienisty szlak. Usłyszałem tylko złowieszcze „trzask” w prawej dłoni. Przez ułamek sekundy czas się zatrzymał. Leżąc na ziemi, czuję, jak po kręgosłupie przebiega fala zimna. Próbuję wstać, ale nie mogę tego zrobić samodzielnie. Zatrzymuje się biegnący za mną biegacz z Czech i pomaga mi stanąć na nogi. W głowie pustka. Nie. Nie kolejny raz. Nie na dziewięćdziesiątym kilometrze. Nie po trzech latach prób. Pojawiły się czarne chmury, nie na niebie, ale w głowie. Czyżby i ta próba miała zostać niewykorzystana? Czyżby Chianti naprawdę miało jakiś osobisty problem ze mną? Po chwili strzał adrenaliny i złość zrobiło swoje. Mentalnie podniosłem się. Ręka pulsowała, palce zaczynały puchnąć, ale nogi wciąż działały. Do mety zostało 30 kilometrów. Trzydzieści kilometrów ze złamaną ręką? Nie brzmi to jak rozsądny plan. Ale rozsądek to nie jest ta cecha, która pcha ludzi do startowania w stukilometrowych biegach górskich. Nie było mowy o wycofaniu się. Nie po Słowenii. Nie po zeszłorocznym DNF-ie. Nie na 90. kilometrze, z metą na wyciągnięcie… no, może nie ręki w tym przypadku, ale na wyciągnięcie nóg. Chciałem walczyć do końca. I walczyłem. Ostatnie trzydzieści kilometrów biegłem ze sztywnymi palcami prawej ręki, trzymając kijka w zacieśniającej się rękawiczce. Castello di Albola, Villa San Michele… to piękne nazwy, których nie potrafiłem w pełni docenić, bo cała moja uwaga skupiała się na dwóch rzeczach: nie upaść ponownie i dotrzeć do mety.
Wbiegłem na Piazza IV Novembre w Radda in Chianti i poczułem coś, czego nie spodziewałem się poczuć. Nie euforię. Nie triumf. Raczej spokój. Głębokie, ciche zadowolenie człowieka, który przez trzy lata pukał do zamkniętych drzwi i wreszcie usłyszał szczęk otwieranego zamka. Cztery Running Stones. Wreszcie. Na mecie nie było czasu na świętowanie. Ręka, która przez ostatnie 30 kilometrów krzyczała coraz głośniej, wymagała uwagi. Zamiast medalu na szyi i lampki wina w ręce czekał szpital i RTG. Diagnoza: złamanie kątowe z przemieszczeniem kości śródręcza.
Czy było warto?
Trzy lata. Trzy starty. Słowenia i odwodnienie, które położyło mnie na 45. kilometrze. Toskania i trzykrotnie skręcona kostka, która skończyła zabawę na dwudziestym czwartym. I znowu Toskania, tym razem z finiszem, ale i ze złamaną ręką na pamiątkę. Ultramaraton to sport, w którym sukces rzadko przychodzi czysty i nieskazitelny. Prawie zawsze jest okupiony jakąś ceną: pęcherzami, bólem, zmęczeniem, a czasem złamaniem. Ale to właśnie dlatego smakuje inaczej niż cokolwiek innego. Bo wiesz, ile to kosztowało.
Jeśli mógłbym przekazać jedną rzecz każdemu, kto właśnie wrócił z biegu z DNF-em i zastanawia się, co dalej, powiedziałbym tak: DNF to przecinek, nie kropka. To przerwa w zdaniu, a nie koniec opowieści. Wracaj. Nie z desperacją, nie z żądzą rewanżu, ale ze spokojem kogoś, kto wie już, czego się spodziewać. Moja historia z Running Stones nie jest historią o talencie czy sile. Jest historią o upartości. O tym, że po drugim DNF-ie człowiek wciąż potrafi stanąć na tej samej linii startu i powiedzieć: tym razem dobiegam, choćby mi rękę złamało. No i złamało. Ale kamienie mam.
Z pozdrowieniami ze szpitalnego łóżka. Sebastian.

