Adamello Ultra Trail nie było w moim tegorocznym kalendarzu. Co więcej – wcześniej nawet nie wiedziałem, że taki bieg istnieje. Po kompletnie nieudanym starcie w PTL-u i związanej z nim frustracji dostałem z Runandtravel.pl propozycję startu. Szybkie sprawdzenie trasy i już wiedziałem, że prawie 170 km, około 11 500 m przewyższenia oraz góry na pograniczu Lombardii i Trentino mogą być idealnym lekarstwem. W myśl zasady: „czym się strułeś, tym się lecz” – postanowiłem spróbować.
- Adamello Ultra Trail 170 km – dlaczego zdecydowałem się na start?
- Adamello Ultra Trail – start w Vezza d’Oglio i pierwsze kilometry trasy
- Upał, zmęczenie i pierwsze problemy
- Adamello Ultra Trail nocą – przełęcze, pochodnie i ognisko
- 84 km ze 170 – baza w Ponte di Legno i walka z żołądkiem
- Setny kilometr ze 170 - ostre podejścia i zejścia
- "Ostatnie" kilometry do mety...
- Meta Adamello Ultra Trail - 170 km zaliczone!
Historia mojego startu w Adamello Ultra Trail jest dość interesująca. Był to start, którego nie planowałem w tegorocznym kalendarzu biegowym. Napiszę więcej, to bieg, o którym nie wiedziałem, że istnieje.
Po kompletnie nieudanym starcie w PTL-u i frustracjach z tym związanych dostałem z www.runandtravel.pl propozycję i możliwość startu w Adamello Ultra Trail. Szybkie wertowanie stron internetowych i już wiedziałem, że bieg należy do cyklu biegów w ramach TORX Experience i że teren biegu na pograniczu Lombardii, Trentino, przewyższeniach ok. 11500 m oraz dystansem prawie 170 km może zaoferować odpowiednią dawkę satysfakcji i zmęczenia. Najlepszy lek na frustrację i niezadowolenie. W myśl powiedzenia- „Czym się strułeś (w domyśle- górami), tym się lecz”.
Szybka analiza za i przeciw, i już rejestruję się na stronie organizatora. Sprawdzam wszystkie szczegóły biegu i pakuję torbę na wyjazd. Plan na bieg jest jeden – start i meta. Plan bez zbędnych, pogłębionych analiz trasy i założeń taktycznych. Ma być czysta radość z biegania, z bycia w górach!!!
Przed biegiem byłem spokojny, bo miałem ze sobą najlepszy support na świecie – jechała ze mną żona Beatka. Połowa problemów z głowy. Dla mnie pozostawała tylko czysta radość z biegania i przebywania w górach. Przed startem wszystko było bardzo proste i klarowne. Rzeczywistość w trasie kilkukrotnie mnie wyprostowała i postawiła na baczność (to było jednak trochę później).
Cieszyłem się z biegu, trasy a przede wszystkim z faktu, że dane mi będzie jeszcze raz w tym roku zanurzyć się w alpejskie doliny i przełęcze. Posmakować emocji startu i mety (taką miałem nadzieję 😉).
Adamello Ultra Trail – start w Vezza d’Oglio i pierwsze kilometry trasy
25.09.2026 r. przed godz. 9.00 melduję się w Vezza d’Oglio na starcie gotowy zmierzyć się z wyzwaniem trasy. Szybkie odliczanie i… START. Zabawa się rozpoczęła!!!
Pierwsze kilometry mijały szybko i pod górę. Po pierwszej godzinie wiem już, że łatwo nie będzie. Podejścia będą „syte” i z uwagi na stromiznę z nosem przy ścieżkach, raczej. Słychać było pojedyncze rozmowy i wymiany uwag o trasie, o innych biegach. Sam zostałem „zaczepiony” przez jednego zawodnika i chwilę rozmawiamy. Pytania są proste – Czy pierwszy raz tutaj, czy i jakie inne biegi itp. Trasa biegu nie nastraja jednak do dłuższych wywodów. Trzeba przebierać nogami i próbować łapać rytm. Po dwóch godzinach docieram na Cima Rovaia (2520 m n.p.m.), potem Porta Muralta (2604 m n.p.m.) i rozpoczynam szybki zbieg do punktu Cortebona (1770 m n.p.m.) na prawie 20 km trasy, gdzie znajduje się pierwszy punkt odżywczy. Tam szybkie jedzenie, uzupełnienie wody i w drogę. Trasa sama się nie zrobi.
Upał, zmęczenie i pierwsze problemy
Podejście na Bocchetta di Val Massa (2630 m n.p.m.) jest wymagające i dodatkowo realizowane w pełnym słońcu. Do tej chwili, wszystko było ok. Kilometry mijały i nawet był czas na podziwianie widoków. Teraz sytuacja uległa jednak zmianie.
Podejście robi się coraz trudniejsze. Nogi nie chcą tak dobrze współpracować. Tempo zaczyna spadać. Szybka analiza ujawnia jedno – jestem przegrzany, a połykana z flaska i bukłaka woda przestała się wchłaniać i „radośnie” zaczęła bulgotać w żołądku. Wiem jedno, w najbliższych kilku godzinach przyjdzie mi za to zapłacić. Niższe tempo podejść i próba obniżenia temperatury ciała w celu przywrócenia równowagi. Noga za nogą, idę pod górę pogodzony z sytuacją. Szkoda, że gdzieś na pierwszych kilometrach przeoczyłem, że słońce mocno operuje, a wiejący wiaterek podstępnie nie daje tego zauważyć. Docierając w rejon Val Massa mam jednak na tyle siły, aby podziwiać znajdujące się w całej okolicy umocnienia wojskowe z I Wojny Światowej (robią wrażenie i warte są obejrzenia). Dochodzenie do siebie zajmuje czas aż do Rif. Valmalza (1977 m n.p.m.) na 38 kilometrze trasy.
Po drodze do schroniska spotykam również polskiego zawodnika z numerem startowym 73 (Dariusz Dopierała – pozdrawiam serdecznie) i chwilę rozmawiamy. Po wyjściu ze schroniska dzwonię do mojego supportu, czyli żony i dowiaduję się, że z moim urządzeniem do rejestrowania mojej pozycji na trasie jest coś nie tak. Urządzenie pokazuje, że jestem kilka kilometrów wcześniej i mogę mieć problem z obowiązującym limitem czasu. Po rozmowie rozwiewamy wszystkie wątpliwości i mogę już swobodnie biec do przodu. Zwłaszcza, że trasa robi się łaskawa i aż do S.Apollonia na 43 kilometrze można złapać całkiem mocne tempo biegu. Słońce już zaszło za szczyty, a organizm zaczął dochodzić do siebie. Nareszcie 😊!!!
Kolejne kilometry trasy, to ostre podejścia i mozolne zdobywanie wysokości. Zmrok już powoli zaczął zapadać, a poniższa dolina została w całości zakryta chmurami. Zbieg do punktu Case di Viso (1753 m n.p.m.) na 53 kilometrze trasy, to ze względu na mgłę, która wzięła w posiadanie całą okolicę był dość mozolny i wymagał pełnej koncentracji. Z tyłu głowy cały czas miałem pytania, czy jeszcze jestem na właściwej drodze lub ścieżce? Na punkcie kontrolnym szybkie przejrzenie stołów z przekąskami, uzupełnienie wody i w dalszą trasę.
Podejście na przełęcz Passo dei Contrabbandieri (2681 m n.p.m.) to męczące zakosy ścieżek prowadzących pod górę aż do oświetlonego ogromnym reflektorem schroniska Bozzi (2480 m n.p.m.). Następnie wąska ścieżka kierowała trasę biegu na przełęcz. W okolicach przełęczy trasa została oświetlona pochodniami wbitymi w skałę. Wrażenia oszałamiające, zwłaszcza że z dużej odległości trudno było dojść do wniosku, z czym ma się do czynienia. Na przełęczy natomiast, czuwająca tam obsługa, miała rozpalone ognisko. Sceny nie do zapomnienia – góry, księżyc, pochodnie, ognisko, przyjaźni ludzie dookoła. Wow!!!
To, co mnie zaczęło cieszyć, to fakt, że złapałem rytm trasy, biegu. Wreszcie mogłem się cieszyć tym, że jestem oraz tym, gdzie jestem. W takich odczuciach mijają kolejne kilometry trasy. Zbliżając się do punktu Forte Zaccarana (2075 m n.p.m.) oraz 75 kilometr trasy zacząłem słyszeć dźwięki muzyki. Po chwili już w namiocie zobaczyłem jednego z wolontariuszy grającego na saksofonie, a wszystkie panie dookoła śpiewały dźwięczne, włoskie przeboje. Noc, górskie scenerie dookoła, muzyka, śpiew, czyli materiał na niezapomniane chwile!!! Miło się tego wszystkiego słuchało, ale trasa też wzywała.
84 km ze 170 – baza w Ponte di Legno i walka z żołądkiem
Droga do bazy w Ponte di Legno (1250 m n.p.m.) na prawie 84 km to przyjemne bieganie na Adamello. Trochę pod górę, trochę na dół. Tempo znacznie wzrosło, a i kolejnych zawodników zacząłem wyprzedzać. Byłem z siebie zadowolony. Do bazy z przepakiem dotarłem przed godz. 3 w nocy. Na miejscu już czekała moja żona. Roztoczyła nade mną opiekę i przejęła dowodzenie. Polecenia były proste – wykąp się, jedz, przebierz się, jedz, dlaczego nie chcesz jeść! Starałem się podporządkować i wykonywać słyszane polecenia. Tylko z tym jedzeniem jakoś nie szło. Pyszna, gorąca zupa pomidorowa „nie wchodziła”. Zjadłem, ile mogłem i więcej nie. Trudno!!! Po godzinie ze ściśniętym żołądkiem wyruszyłem w dalszą trasę licząc, że dalsza trasa rozwiąże moje problemy żołądkowe. W myśl zasady, że nie sztuka zjeść, ale sztuka utrzymać 😉.
Rozpocząłem kolejny etap zmagań z Adamello Ultra Trail. Zadanie na tę część trasy było dość proste – nie odpuszczać, „napierać” do przodu, a jak siły pozwolą to i przyspieszyć. Łatwo powiedzieć, a trochę trudniej wykonać. Gdzieś po godzinie podchodzenia zacząłem czuć, że żołądek odpuszcza i przestaje się buntować. Ok, radość, zadowolenie oraz można przystępować do powyższych założeń.
Setny kilometr ze 170 - ostre podejścia i zejścia
Podejście pod Bocchetta di Casola na wysokości 2394 m n.p.m. dawało się we znaki. W nogach już paaaarę kilometrów, a zakosy podejścia nie chciały się skończyć. Dobrze, że pod koniec podejścia i następnie część zejścia z przełęczy to teren skalny wymagający uwagi i koncentracji. W takich momentach całe zmęczenie odchodzi na plan dalszy, a i czas przestaje się dłużyć. W okolicach godz. 7 zaczynam schodzić z przełęczy, a dookoła zaczyna świtać. Następne kilometry, to dość szybkie zbiegi w dół i dół, aż do miasteczka Temu (1150 m n.p.m.) na 100 km trasy. Na punkcie odżywczym jem, piję oraz uzupełniam zapasy na kolejny odcinek trasy. Po ok. 10-15 min. o godz. 8:40 wychodzę w trasę. Czeka na mnie dłuuugie podejście, a konkretnie kilka kolejnych ostrych podejść i zejść. Nie ma wyjścia trzeba się z tym zmierzyć.
Pierwsze kilometry podejść jakoś mijają. Wchodzę coraz wyżej i czuję się całkiem, całkiem. Mam jednak świadomość, że zmięknę jak tylko słońce przygrzeje, a mój optymizm znacznie stopnieje. O godz. 10:30 odbijam się na punkcie Malga Calvo (2015 m n.p.m.) i biegnę dalej, aby zwolnić na podejściu pod Piana dei Morei (2134 m n.p.m.). Podejście jest wymagające i już realizowane w pełnym słońcu. Trzymam jednak fason i nie pozwalam się nikomu wyprzedzić. To już 112 km trasy. Na kolejnym punkcie kontrolno-odżywczym, który chcę minąć z marszu słyszę, że kolejne kilometry trasy będą trudne i technicznie wymagające i abym usiadł zjadł, napił się. Tak robię i wielokrotnie potem na tym odcinku trasy dziękuję tej osobie, która mnie do tego namówiła. Ścieżki, którymi prowadzona jest trasa biegu są kamieniste, wyboiste, a samo podejście na przełęcz Passo Gallinera (2350 m n.p.m.) poprowadzone zanikającą piarżystą ścieżką. O godz. 15 odmeldowuję się w schronie Bivacco Festa (121 km trasy) i już mogę zacząć „zbieg” w dół do Edolo (780 m n.p.m.). „Zbieg” w dół okazał się niestety zsuwaniem się po kamieniach i osypujących się ścieżkach trasy. Problemy z odnalezieniem właściwej drogi też nie ułatwiały zadania. Przesuwałem się jednak do przodu, do Edolo, do końca biegu. Trasa dłużyła się, a godziny zbyt szybko płynęły. Ostatnie kilometry do punktu w Edolo pokonałem biegnąc z kilkoma innymi zawodnikami biegu. Było raźniej i kilometry jakoś sympatyczniej mijały.
"Ostatnie" kilometry do mety...
Na punkt dotarłem o godz. 17:50. Tam ponownie zajął się mną mój support. Szybkie jedzenie, badawcze spojrzenie czy wszystko u mnie ok, „kopniak” na drogę i w trasę.
Poczułem, że nie jest źle, że mogę jeszcze powalczyć. Z nadzieją wybiegłem na kolejny odcinek trasy. Do Rif Malga Mola (1700 m n.p.m.) na 138 km trasy dotarłem o godz. 20:15, wyprzedzając po drodze czterech zawodników. Z punktu wybiegłem po wzięciu na trasę kilku kawałków sera i kilku cząstek jabłek. TRASA WZYWAŁA 😊. Po godzinie dotarłem na przełęcz Costabella (2008 m n.p.m.) i rozpoczął się mój przedostatni zbieg i następnie ostatnie, ostre podejście pod Monte Pagano (2348 m n.p.m.). Potem długa prosta po grani, aż do Pianaccio (2183 m n.p.m.) na 154 km trasy, gdzie znajdował się ostatni punkt kontrolny i już rozpocząłem ostatni zbieg na metę Adamello Ultra Trail. Zbieg nie był jednak lekki i spokojny. Ooo, nie!!! Kilka chwil wcześniej zobaczyłem z tyłu za sobą czołówki innych zawodników, które według mnie zbliżały się zbyt szybko. Postanowiłem nie dopuścić do tego, aby moja wypracowana przewaga została zniweczona. Postanowiłem rozpędzić moje obolałe nogi, a zwłaszcza moje bolące czwórki (czworogłowe uda).
W między czasie odbieram telefon od żony, która dzwoniła z informacjami, jak dotrzeć na metę i nie pobłądzić tuż przed nią. Próbowałem słuchać, ale zerkałem za siebie i szukałem świecących lamp czołowych innych zawodników. Niestety zobaczyłem i w tym momencie przekazałem tylko do telefonu informację – „Muszę kończyć. Gonią Mnie!!!”. Przerwałem rozmowę i „pognałem” w dół, do mety. Nic już nie było w stanie mnie powstrzymać. Rozpędziłem się. Przełamałem ból nóg. W tym momencie trafiłem stopą w wystający kamień. Ból palca rozszedł się bardzo szybko po całym moim obolałym organizmie. Zawyłem z bólu, ale tempa nie odpuściłem. Biegłem nadal i trzymałem prędkość. Trudne zakosy pełne kamieni ustąpiły drodze szutrowej, a po kilku kilometrach droga szutrowa przeszła w drogę asfaltową. Wiedziałem, że meta jest już blisko. Jeszcze skręt w lewo, prosta w dół i już, już jestem na uliczkach Węza d’Oglio. Szybko dobiegam do kościoła w centrum miasteczka. Tam widzę dwóch kolejnych zawodników. Przyspieszają, ja również. Dobiegam do nich i bez problemu wyprzedzam. Wygląda, że odpuścili. Biegnę sam do mety!!
Meta Adamello Ultra Trail - 170 km zaliczone!
Wbiegam na metę po 40 godz. 38 min. Jestem finisherem pięknego, trudnego biegu. Adamello Ulta Trail przechodzi do historii.
Z jednej strony cieszę się, że już koniec, a z drugiej strony jest trochę smutno, że koniec!!!
Ostatecznie zajmuję 30. miejsce w kategorii mężczyzn i 34 w open.
Adamello Ultra Trail 170km. +/- 11500 m+., to piękny i trudny technicznie bieg. Nie polecam go tym, którzy pierwszy raz chcą zmierzyć się z takim dystansem. Polecam wszystkim tym, którzy chcą przesunąć dalej swoje granice związane z biegami ultra. Nie rozczarują się. Doświadczą natomiast nowych, pięknych wrażeń!!!
Warto zobaczyć, co kryje się za kolejną przełęczą 😊!!!
Ps. Podziękowania dla www.runandtravel.pl oraz dla mojej żony – Beaty.

