„Na ten start czekałem 10 lat” – Andrzej Kowalik o Western States Endurance Run 2026

Rozmawiała Monika Bartnik
9 min. czytania

Na start w Western States Endurance Run Andrzej Kowalik czekał 10 lat. Tyle zajęło mu zdobycie miejsca w loterii do najstarszego i jednego z najbardziej prestiżowych biegów ultra na świecie. W rozmowie z opowiada o drodze do spełnienia marzenia, wyjątkowej atmosferze legendarnego biegu i emocjach, które towarzyszyły mu na mecie w Auburn.

Spis treści

Na ten start czekałeś 10 lat. Pamiętasz moment, w którym pomyślałeś: „Kiedyś pobiegnę Western States Endurance Run?”? Dlaczego właśnie ten bieg stał się Twoim marzeniem?

Andrzej Kowalik przed startem w Western States Endurance 2026

Andrzej Kowalik: Pamiętam bardzo dobrze. Około 11 lat temu po ukończeniu słynnego biegu UTMB 100 mil w Chamonix zacząłem interesować się historią najważniejszych biegów ultra na świecie i wtedy trafiłem na Western States. Im więcej o nim czytałem, tym bardziej wiedziałem, że to nie jest zwykły bieg. To miejsce, od którego w dużej mierze zaczęła się historia współczesnego ultramaratonu. Niesamowita tradycja, wyjątkowa atmosfera i legenda tego wydarzenia sprawiły, że pomyślałem: „Kiedyś muszę tam pobiec”. To było marzenie, które dojrzewało przez lata.

Jak wygląda droga do Western States? Jak wyglądają kwalifikacje i losowanie? Jakie warunki trzeba spełnić?

Andrzej Kowalik: Samo ukończenie biegu kwalifikacyjnego nie daje miejsca na liście startowej. Trzeba zdobyć kwalifikację podczas jednego z wyznaczonych biegów, a następnie wziąć udział w loterii. Każdy kolejny rok bez wylosowania zwiększa liczbę losów, ale nadal nie ma żadnej gwarancji. W praktyce wiele osób czeka na swoją szansę przez długie lata. Mnie również zajęło to 10 lat.

Co działo się w Twojej głowie na kilka dni przed startem?

Andrzej Kowalik: Przede wszystkim ogromna ekscytacja. Wiedziałem, że za chwilę spełni się marzenie, na które czekałem tyle lat. Było też sporo pokory, bo Western States budzi respekt. Starałem się jednak nie nakręcać wynikiem, tylko cieszyć się samą możliwością stanięcia na starcie.

Jak radziłeś sobie z presją, że Western States to jeden z najbardziej prestiżowych biegów ultra?

Andrzej Kowalik: Paradoksalnie pomagało mi doświadczenie. Mam za sobą wiele biegów na dystansie 100 mil i wiedziałem, że niezależnie od rangi imprezy, na końcu wszystko sprowadza się do tego samego – trzeba mądrze biec, jeść, pić i cierpliwie pokonywać kolejne kilometry. Bardziej niż presję czułem ogromny szacunek do tego miejsca.

Masz za sobą wiele 100-milówek na całym świecie. Czym Western States różni się od innych legendarnych biegów ultra jeszcze zanim staniesz na linii startu?

Andrzej Kowalik: Atmosferą. Od momentu odbioru pakietu czuć, że uczestniczy się w czymś wyjątkowym. Wszędzie spotyka się ludzi, którzy żyją historią tego biegu. Jest ogromna liczba wolontariuszy, kibiców i byłych uczestników w tym legend świata ultra. To bardziej święto ultramaratonu niż zwykłe zawody.

Kiedy przekroczyłeś linię mety, jaka była pierwsza myśl, która pojawiła się w Twojej głowie? Bardziej czułeś radość, ulgę czy satysfakcję, że po 10 latach marzenie w końcu się spełniło?

Andrzej Kowalik: Chyba wszystko naraz. Radość, ogromną satysfakcję i wzruszenie. Przez chwilę nawet trudno było uwierzyć, że to już koniec. Pomyślałem przede wszystkim: „Warto było czekać 10 lat.”

Czy rzeczywistość okazała się taka, jak sobie wyobrażałeś przez te wszystkie lata? A może coś Cię podczas biegu całkowicie zaskoczyło?

Andrzej Kowalik: Sam bieg spełnił wszystkie oczekiwania, ale najbardziej zaskoczyła mnie energia kibiców i wolontariuszy. Każdy punkt żył własnym życiem, wszyscy starali się pomagać zawodnikom. To tworzy atmosferę, którą trudno porównać z czymkolwiek innym.

(Pytanie od Artura Paciorka): Co było trudniejsze – start w Andorra Ultra Trail czy Western States Endurance Run?

Andrzej Kowalik: To dwa zupełnie różne wyzwania. Andorra to przede wszystkim ekstremalnie wymagające góry, ogrom przewyższeń i techniczne szlaki. Western States jest szybkim biegiem z bardzo krótkim limitem czasowym, w tym dochodzi ogromny wpływ temperatury i konieczność bardzo rozsądnego zarządzania wysiłkiem. Andorra Ultra Trail to  zdecydowanie jeden z najtrudniejszych biegów na świecie i startowałem w nim dwa razy na dystansie 100 mil. Ktoś kto tam biegał to wie, o co chodzi ☺

Western States słynie z ekstremalnych temperatur. Jak wyglądała walka z upałem?

Andrzej Kowalik: Było  gorąco aczkolwiek temperatura w tym roku nie była tak wysoka jak zwykle. Nad ranem zaskoczeniem było to, że u góry temperatura wynosiła – 5 stopni a w ciągu dnia odczuwalna 35 stopni.  Kluczowe było regularne chłodzenie organizmu – lód pod czapkę, do buffa na kark, polewanie wodą na punktach oraz pilnowanie nawodnienia i elektrolitów.

Czy był moment, w którym pomyślałeś, że ten bieg może wymknąć Ci się z rąk? Jak poradziłeś sobie z największym kryzysem?

Andrzej Kowalik: Każdy bieg 100 milowy ma swoje trudniejsze momenty. U mnie również pojawił się kryzys, ale wiedziałem z doświadczenia, że takie chwile mijają. Skupiłem się na najbliższym punkcie odżywczym, uzupełniłem płyny i kalorie, zwolniłem na chwilę tempo. Nie myślałem o mecie, tylko o kolejnym odcinku.

Jaka jest trasa WSER? Na co trzeba być przygotowanym? Co może być największą trudnością?

Andrzej Kowalik: Trasa jest bardzo zróżnicowana. Początek prowadzi przez góry Sierra Nevada, później pojawiają się długie, szybkie zbiegi, kaniony z ogromnym upałem i końcówka z bardziej biegowym profilem. Największym wyzwaniem jest połączenie wysokiej temperatury, długiego dystansu i konieczności odpowiedniego rozłożenia sił a w tym wszystkim  krótki limit.

Jaka jest formuła biegu? Czy można mieć wsparcie na trasie?

Andrzej Kowalik: Tak. Na wybranych punktach można korzystać z pomocy własnego supportu, a od określonego miejsca na trasie zawodnik może również biec z pacerem. To ogromne wsparcie, szczególnie w końcówce biegu, kiedy zmęczenie jest już bardzo duże.

(pytanie od Sebastiana Szotowicza) Czy po spełnieniu marzenia o Western States masz jeszcze jakieś biegowe marzenia?

Andrzej Kowalik: Oczywiście. W ultramaratonach zawsze pojawiają się kolejne cele. Są jeszcze biegi, które chciałbym ukończyć, ale równie ważne jest dla mnie nadal czerpanie radości z biegania i odkrywanie nowych miejsc. Nie bez powodu w tym roku ukończyłem bardzo trudny bieg 100-milowy Ultra Sandnes w Norwegii który jest przepustką do losowania na  kolejny bieg legendę ☺

Czy po ukończeniu Western States coś się w Tobie zmieniło jako biegaczu?

Andrzej Kowalik: Myślę, że utwierdziłem się w przekonaniu, że cierpliwość naprawdę się opłaca. Na niektóre marzenia trzeba poczekać wiele lat i warto konsekwentnie robić swoje.

Czy taki start zamyka pewien etap, czy raczej otwiera nowy?

Andrzej Kowalik: W pewnym sensie zamyka pewien etap moich startów w cyklu Ultra Trail World Tour, który realizowałem przez 11 lat, a z drugiej strony  otwiera nowy etap. Spełnienie jednego marzenia nie oznacza końca drogi. To bardziej motywacja, żeby szukać kolejnych wyzwań.

Czy jest coś, czego przed wyjazdem do Stanów nie da się przewidzieć, a o czym powinien wiedzieć każdy marzący o Western States?

Andrzej Kowalik: Atmosfery. O niej można czytać i oglądać filmy, ale dopiero będąc na miejscu można zrozumieć, dlaczego ten bieg jest tak wyjątkowy. To doświadczenie znacznie wykraczające poza samą rywalizację.

Gdybyś miał wystartować jeszcze raz, co zrobiłbyś inaczej?

Andrzej Kowalik: Być może jeszcze odważniej wykorzystałbym doświadczenia z pierwszego startu, szczególnie w zarządzaniu tempem. Ale generalnie jestem bardzo zadowolony z tego, jak ten bieg ułożyłem.

Co najbardziej zapamiętasz z Western States?

Andrzej Kowalik: Moment wbiegnięcia na stadion w Auburn wypełniony kibicami i finisz na czerwonym tartanie. To obraz, który zostanie ze mną na całe życie.

Czy bliska jest Ci idea „Run & Travel”? Czy miałeś okazję pozwiedzać Stany?

Andrzej Kowalik: Zdecydowanie tak. Dla mnie bieganie to również sposób na poznawanie świata. Przed zawodami  udało się zobaczyć kilka miejsc w Kalifornii (San Francisco, Sequoia Park, Yosemite Park, Lake Tahoe)  i myślę, że właśnie takie połączenie sportu z podróżowaniem daje najwięcej pięknych wspomnień.

Udostępnij ten artykuł