„Kryzysy to najbardziej pewne punkty biegów ultra” – Łukasz Wróbel o biciu rekordu Głównego Szlaku Beskidzkiego

Rozmawiała Monika Bartnik
9 min. czytania
Łukasz Wróbel i ekipa na mecie GSB _ Konstancja Nowak

Kiedy 29 czerwca o godzinie 4.00 Łukasz Wróbel wyruszał z Wołosatego na Główny Szlak Beskidzki, miał dwa cele. Pierwszy – sportowy: poprawić rekord trasy w formule ze wsparciem. Drugi – znacznie ważniejszy: wykorzystać swoje wyzwanie do wsparcia Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”.

Dzisiaj wiemy już, że oba te cele udało się zrealizować. Łukasz pokonał liczący ponad 500 kilometrów Główny Szlak Beskidzki w 92 godziny i 30   minut i 46 sekundy, ustanawiając nowy rekord trasy w formule supported.

Zapytaliśmy więc Łukasza, jak było 🙂

Główny Szlak Beskidzki nie jest najdłuższym dystansem, jaki pokonałeś w swojej biegowej karierze, ale jednak Legends Backyard Belgium (ponad 777 km) w swojej formule znacząco różni się od GSB. Co było więc dla Ciebie największym wyzwaniem podczas bicia rekordu?

Łukasz Wróbel: Muszę to podkreślić, że pomimo specjalizacji biegów długich, ultra jest wybitnym rodzajem biegania, z jego przeróżnymi odmianami. Dlatego w ogromnym skrócie muszę powiedzieć, że biegi górskie, od których zacząłem przygodę z ultra, różnią się diametralnie od dyscypliny, jaką jest BackYard Ultra.

Oczywiście biegi wielodniowe płaskie nadal wiele łączy z biegami w górach i w pewnym sensie są dobrym przygotowaniem do przyszłych startów i wyzwań. Jeśli już mówimy o próbie pobicia dotychczasowego rekordu na GSB to największym wyzwaniem jest presja czasu i dobrze dobrana strategia. Dla mnie stanowiło to klucz do powodzenia całej akcji, to ze strategii wynikały kolejne elementy, nad którymi mogłem pracować, które musiałem rozwijać, żeby móc myśleć o zbliżeniu się do zakładanego czasu. .

Jak bardzo różni się taki bieg od Backyard Ultra, w którym jesteś mistrzem – mentalnie i fizycznie?

Łukasz Wróbel: W zasadzie tylko dystans jest tym, co łączy obie dyscypliny. BackYard Ultra jest formą biegów ultra, gdzie w bardzo kontrolowany i bezpieczny sposób można sprawdzić granice swoich możliwości zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Po drodze wiele się o sobie dowiemy, jak reagujemy na narastające zmęczenie, jak nasz organizm radzi sobie z brakiem snu. Okazuje się jednak, że wiele z tych procesów można wyćwiczyć lub przynajmniej nauczyć organizm, że to co się będzie działo to nic strasznego.

Natomiast rywalizując na szlaku – czy to w formule ze wsparciem czy też bez – jesteś nieustannie poddawany wielu próbom. Snu jest jak na lekarstwo, jeśli zwolnisz i potrzebujesz dłuższych przerw to automatycznie wydłużasz końcowy czas. Dlatego w tego typu biegach trzeba być od początku do końca skoncentrowanym na celu i wyniku, bez rozpraszania się, tracenia czasu i energii.

Łukasz Wróbel na trasie GSB _ fot Krzysztof Jagiełka

W którym momencie poczułeś, że rekord jest realny, a gdzie pojawiły się najtrudniejsze kryzysy?

Łukasz Wróbel: To że rekord jest realny czułem jeszcze przed startem, analizując bieg ostatniego rekordzisty tj. Kamila Leśniaka, ale także jego poprzedników, a szczególnie Jarka Gonczarenki i Rafała Bielawy. Widziałem, kiedy i jak długo chłopcy odpoczywali, gdzie zwalniali , a gdzie przyspieszali. Zrobiłem wyliczenia i kalkulacje. Rozpisałem sobie kilka scenariuszy, aby być gotowym na różne ewentualność. Wiedziałem, że przy pomocy mojego suportu jest możliwe zapisanie się w historii GSB.

Kryzysy to najbardziej pewne punkty biegów ultra. Wiedziałem, że się pojawią i miałem czas na przywitanie ich. Na moje szczęście przyszły późno, bo w  ostatniej fazie biegu. To było przed przełęczą Krowiarki, a później po wybiegnięciu z Węgierskiej Górki.

Jak wyglądała Twoja strategia na sen i regenerację podczas GSB?

Łukasz Wróbel: Sen ograniczyłem do minimum, założyłem 3 krótkie 20-minutowe sesje regeneracyjne, w których miałem spać, jednak finalnie w sen zapadłem na ostatniej z nich. Na regenerację w zasadzie nie było już czasu. Za to podczas samego biegu mogłem robić w zasadzie wszystko. 

Łukasz Wróbel na trasie GSB _ fot Krzysztof Jagiełka

Co było kluczowe w pracy zespołu wsparcia? Czy formuła ze wsparciem bardziej pomaga czy czasem też dokłada presji?

Łukasz Wróbel: Formuła ze wsparciem daje przede wszystkim możliwość dzielenia się emocjami, a tych w tej podróży jest naprawdę dużo. Logistykę, a w tym zasady pracy supportu opracowałem wcześnie, gdzie kluczowe były nasze wspólne doświadczenia podczas ustanowienia Rekordu na GSS. Tu znowu nawet w pracy supportu najważniejsze były konsekwencja w działaniu, trzymanie się planu, korzystanie z tych samych schematów. Mój serwis składał się z 2 samochodów typu bus, do tego zabezpieczenie w dodatkowe dwa samochody osobowe. Zespół był podzielony na biegaczy, kierowców, kierowników stref, media.

Na trasie GSB jest więcej biegania czy „zarządzania przetrwaniem”? Jak to wyglądało u Ciebie?

Łukasz Wróbel: Zdecydowanie jest to szlak biegowy i niech Was nie zwiedzie fakt, że suma przewyższeń wynosi ponad 22 tys. metrów. Ale oczywiście nie wszystkie podbiegi należy biec, tu trzeba znaleźć kompromis, złoty środek. Pierwszy dzień to nauczenie się powtarzalności, to chyba najtrudniejszy dzień. Kolejne dni to utrzymanie tempa, a finalnie przy końcu jego podkręcenie.

Łukasz Wróbel na trasie GSB _ fot Krzysztof Jagiełka

Który odcinek szlaku wspominasz jako najtrudniejszy i dlaczego?

Łukasz Wróbel: Bardzo trudny był dla mnie pierwszy dzień, a szczególnie od Cisnej do Komańczy, a to z uwagi na wysokie temperatury sięgające 36C, to był gotujący się garnek, w którym wszyscy byliśmy zanurzeni. Kolejny kryzys dopadł mnie w okolicach Baraniej Góry i był to bardzo silny dołek psychiczny, gdzie straciłem poczucie czasu i celu, i byłem o włos od rezygnacji.

GSB w Twoim wykonaniu to nie tylko sport – skąd wziął się pomysł, by połączyć rekord z pomocą dzieciom?

Łukasz Wróbel: Nie pierwszy raz jestem ambasadorem Fundacji Na Ratunek Dzieciom Z Chorobą Nowotworową. Chciałem zrobić coś dobrego, co realnie może pomóc najmłodszym i wykorzystałem do tego celu to co umiem robić najlepiej , postanowiłem pobiec. 

Czy świadomość, że biegasz „dla kogoś”, pomagała w najtrudniejszych momentach?

Łukasz Wróbel: Zdecydowanie tak, dzieci nie mogą mówić o swoich chorobach, a rodzice są zbyt przerażeni żeby coś powiedzieć. To my przy okazji takich projektów stajemy się ich głosem. To pomaga także mi bo wiem, że w tej drodze stoją za mną inni.

Łukasz Wróbel na trasie GSB _ fot Krzysztof Jagiełka

Który moment tego biegu zostanie z Tobą najdłużej?

Łukasz Wróbel: Tych momentów jest cała masa, począwszy od biegu przez połoniny w Bieszczadach, krainę Łemków, wbieg na raz na Babią Górę, czy  czas spędzony w biegu z osobami, które dołączyły, żeby dołożyć swoją cegiełkę do tego wydarzenia. To sprint na Stożek i końcówka, czyli zbieg z Wielkiej Czantorii. Niestety będę pamiętał również wcześniej wspomniane kryzysy, a to dlatego, że one sporo uczą o nas samych.

Czy Twoim zdaniem takie projekty zmieniają sposób, w jaki postrzegamy bieganie ultra?

Łukasz Wróbel: Myślę, że projekty wnoszą coś nowego, wręcz przesuwają granice. To, co jeszcze niedawno było marzeniem teraz staje się faktem. Oczywiście dla większego grona osób te dystanse i odległości są abstrakcyjne. Jednak jakby to nie brzmiało „kilometry to tylko liczby”.

Czy już pojawia się pomysł na kolejny projekt, czy GSB jeszcze długo będzie „żył w głowie”?

Łukasz Wróbel: Biegiem przez GSB będzie ze mną bardzo długo, ustanawiając rekord na tym szlaku, dokonałem dwóch fantastycznych rzeczy przesunąłem kolejną granicę, a także jako drugi człowiek w historii jestem jednocześnie rekordzistą GSB i GSS. Wcześniej taka sztuka udała się jedynie Rafałowi Bielawie. 

Łukasz Wróbel na trasie GSB _ fot Krzysztof Jagiełka

Udostępnij ten artykuł