150 kilometrów przez Beskid Niski, dwie noce na szlaku, zmęczenie, senność i łzy wzruszenia. Tadeusz Kozieł, nazywany Szczęściarzem, po raz dziesiąty zmierzył się z Łemkowyną 150 km. Tym razem trasę pokonał w towarzystwie przyjaciół, a wspólna wędrówka do Komańczy stała się czymś znacznie więcej niż biegiem.
- Przed startem Łemkowyna Trail 150. Krynica. Spokój. Emocje.
- START – pierwszy krok! Kierunek Komańcza!
- Zmierzamy do Hańczowej
- Przed nami jeszcze cała sobota i pół niedzieli
- Las się kończy, przed nami zamglone pastwiska
- Wołowiec i bagna! Będzie mokro, będzie błoto!
- Witamy w Bartnem!
- Pilnujemy siebie i jedzenia, i picia. Beskid Niski taki piękny!
- Trzeba iść w drugą noc…
- Królowa Cergowa
- Iwonicz. Aplauz. Wrzawa. To drużyna LoveLasa, uśmiechy, uściski!
- Bo druga noc jest dłuższa, bardziej straszna. I najgorzej zostać samemu…
- W końcu jest! Dyniowa z ziemniaczkami w Puławach
- Znicze w lesie. To oznacza jedno Wilcze Budy
- Przybyszów zostawiamy za sobą. Teraz łąką do góry
- A jaka była meta?! Chcecie wiedzieć?! To weźcie sobie chusteczki
Przed startem Łemkowyna Trail 150. Krynica. Spokój. Emocje.
Krynica. Spokój. Emocje. Herosi przed wyjściem na szlak. Migają czerwone światełka i flesze. Ostatnie poprawki przy plecakach, ostatnie okrzyki. Serca kołaczą jak oszalałe. Wysłana wiadomość do kogoś: „Zaczynamy. Śpij za mnie. Oby do Komańczy!”. Wybija pierwsza. Odliczanie.
Dziesięć – boję się
Dziewięć – to się zaczyna
Osiem – STO PIĘĆDZIESIĄT KILOMETRÓW
Siedem – będzie bolało
Sześć – to strasznie daleko
Pięć – cały Beskid Niski
Cztery – podziwiam tych ludzi
Trzy – oby do punktu
Dwa – cały rok czekałem
Jeden – już!
START – pierwszy krok! Kierunek Komańcza!
Kierunek Komańcza! I jeszcze ktoś się śmieje! Ruszyła fala światełek, jeszcze rozbieganych, jeszcze w emocjach. Rozmowy. Ustalenia. To jest wyścig!
A ja kroczę za Przyjacielem, żeby czuł, że jestem blisko, bo to jego debiut. Nie chciałem zacząć zbyt szybko, żeby nie wywierać niepotrzebnej presji. Mamy czas. Truchtamy przez Krynicę. A później w kolejce na Huzary. Kolejka odważnych, zdeterminowanych, przygotowanych i skupionych. Szum kroków. Powaga sytuacji. Celebrujmy to. Zostało jeszcze jakieś 148 km.
Dobre samopoczucie. Rozmowa, kontakt, komunikacja. Skoro jesteśmy tu razem, to mówimy sobie o wszystkim. A gdy cokolwiek się wydarzy od razu podejmujemy działania, by pojawiający się na horyzoncie problem rozwiązać, nim zacznie eskalować. Po co to komu? Z górki i pod górkę. Spokojnie, jednym tempem. Radośnie. Jestem tu po raz kolejny. Oddycham szczęśliwym powietrzem. Otula mnie radosna mgła. Nie ma strachu. Są emocje!
I wtedy dopisało nam szczęście. Dogoniła nas Kasia z Turnickiego. I od tej pory biegliśmy długo i szczęśliwie. I tu mógłby być koniec, ale pozwólcie, że opowiem Wam więcej.
Zmierzamy do Hańczowej
Zmierzamy do Hańczowej. Tam będzie Agata, ona się ucieszy na nasz widok. Bo Agata jest po raz czwarty na wolontariacie, a zaczęło się od moich opowieści o poprzednich edycjach. Postanowiła, że przyjedzie sprawdzić na własnej skórze, czy ten bieg faktycznie jest tak wyjątkowy. Skoro wraca, to chyba odpowiedź jest oczywista. Długa góra, ale się nie dłuży. Noc pełna gwiazd, łąki błyszczące, jakby mrówki robiły nam zdjęcia. Las. Kręte ścieżki. Małe kałuże. Drzewa malowane oznaczeniami czerwonego szlaku, różowe tasiemki z odblaskami. Kurs znany. Nogi na autopilocie. Znam te zakręty. Oby do drogi. Oby się nie zatrzymać. Mogło być zimniej, jest jedynie rześko. Na punkcie czekają. Herbatka. Rosołek. Pijemy ciepłe, by się ogrzać, utrzymać temperaturę. Jest toaleta. Odrobina luksusu. Umyte rączki. Patrzę w lustro i widzę w oczach szczęście. Spełniam swoje marzenie. Rok czekałem na ten czas. No ale gdzie jest Agata?!
Jeszcze podjadam ciastka i pomarańczę, robię mieszankę coli z herbatą. I słyszę znajomy głos! Znalazła się. Czekała, czekała, odeszła sobie na 5 minut i akurat my dotarliśmy w tym czasie. Ale udało się! Jasne, że można zdjęcie! Rozwiązujemy problem z trackerem, bo chyba sam się wyłączył i przez to moja kropka była wciąż w Krynicy. Jesteśmy już na pierwszym punkcie. 22,2 km z 150.
Przed nami jeszcze cała sobota i pół niedzieli
Ruszamy dalej. Na metalowy most. Później kawałek na rozbudzenie. Przez rzeczkę, raz jednym brzegiem, raz drugim. Roztropne kroki. Stan wody bardzo niski. Kamienie odsłonięte. I znów na drodze. Zaraz kolejna atrakcja Kozie Żebro (847m).
Wymagające podejście, buzię widzę na drzewie. Prędkość dostosowana do nachylenia. Suchutko, liście odgarnięte przez tych szybszych. Widzimy, gdzie stawiać nogi. Między korzenie, na stały grunt. Oddech głębszy. Szczyt zdobyty. Teraz będzie troszkę gorzej, bo bardzo stromo w dół. Zachowujemy spokój. Nie ma co się spieszyć. Wzrasta uważność. W dół, od lewej do prawej. Czasem łapiąc za gałąź. Bezpieczni. Do Regietowa. Tu przyjeżdżałem kiedyś na obozy konne. Już wtedy mi się tu podobało.
Do drogi. W prawo. W lewo. W prawo. W górę. Na Rotundę. Drugie wyzwanie. Jest stromo. Ale jest sucho. Buty wciąż czyste. To znaczy moje są brudne, bo nigdy ich niestety nie czyszczę. Mogły być oblepione błotem, moglibyśmy się ślizgać, osuwać. A tak powolutku kroczek za kroczkiem się wspinamy. Zachwyca nas las. Każdy kolejny jest inny. Bo każde drzewo ma swoją historię. My jesteśmy tylko przechodniami. Piechurami. Trochę Pielgrzymami. Noc ustępuje. Na szczycie widać krzyże cmentarne bardzo wyraźnie. O tej porze wydają się jeszcze bardziej majestatyczne. Krótka modlitwa za poległych. Przed nami zbieg. Już łagodniejszy, już bezpieczniejszy. I ten Paweł cały czas rozmawia, zagaduje, jestem w szoku, bo na wcześniejszych wspólnych biegach to było nie do pomyślenia, zawsze pół zdania lub pełne zdanie na kilometr. A tutaj jest płynna ciągła rozmowa. Dzięki temu też wiem, że robimy ten bieg w tempie konwersacyjnym. Kasia łapie nasze specyficzne poczucie humoru i fajnie sobie spędzamy czas. Przed nami jeszcze cała sobota i pół niedzieli. Jestem spokojny!
Las się kończy, przed nami zamglone pastwiska
Las się kończy, przed nami zamglone pastwiska. I pięknie jest. Mój raj i moje miejsce na ziemi. Czego jeszcze można więcej chcieć do szczęścia, ano jednego. Zdjęcia. No i wykrakałem. Nieco niżej. Stoi Bartek Bodzek! I krzyczę z radości i płaczę sobie. „Ty to masz szczęście”.
Dobiegamy do drogi. Spotykamy Artura (mąż i support Kasi). Jest przygotowany szybki pit stop. My z Pawłem korzystamy z okazji, zdejmujemy czołówki podpinamy do powerbanków i oddajemy do auta. Bo niestety kabelki w plecaku biegacza w ciągłym ruchu potrafią się rozłączać, a jednak czeka nas druga, dłuższa noc. Kasia podjada, zmienia skarpetki. Wiejska sielanka. Wtem! Widzimy stado krów na drodze. Wśród mgły. Idą prosto na nas! Jedna ta bardziej biała zaczyna biec. I jak tu uciec?! Skoro Kasia jeszcze ogarnia tematy. Powoli się oddalamy, bez gwałtownych ruchów. Nie ucierpiał żaden biegacz, ani żadna krowa. Kawałek asfaltem. I później nasze trio znów się wspina za Zdynią. W lesie zaczyna się spektakl! Przebijają się promienie słońca. Kolory kolorują dzień! U nas uśmiechy! U nas radość! Zaczynamy Łemko dzień. Oby był spokojny. Oby był szczęśliwy.
Wołowiec i bagna! Będzie mokro, będzie błoto!
Co teraz przed nami? Wołowiec i bagna! Będzie mokro, będzie błoto!
Wcale nie było. Wyjątkowo sucha ta edycja. Więc kolejnych kilometrów było coraz więcej, a entuzjazm nas nie opuszczał. Tam gdzie zawsze było rozlewisko powyżej kostek teraz były tylko pojedyncze kałuże i to nieduże. Rzeczkę przeszliśmy zbyt sucho. Później sobie szedłem, a było lekko z górki, to Pawełek musiał truchtać. Śmiechom nie było końca.
Zmierzamy do Bartnego. Tam miała być pomidorowa i nasze grupa osobistych kibiców. Ale nie miałem zasięgu by dać znać, że się zbliżam. W Bartnym też zasięg mocno ograniczony. Więc mijamy różne domki, sobotni wiejski spokój. Coś czego nie ma w odległym świecie. Robi się troszkę cieplej. Kolejny piękny las. Do punktu coraz bliżej. A mnie bierze na wspominki i mówię, a w 2022 w tym miejscu spotkałem Radka, a w 2023 pod tamtym drzewem myślałem o tym, by zejść, bo było mi źle, a tam widzieliście ten placyk kiedyś punkt był w tym miejscu i na mojej pierwszej Łemkowynie sam Marcin Świerc nalewał mi pomidorową!
Witamy w Bartnem!
W Bartnym rozczarowanie, bo kiedyś po lewej był taki niewielki zagajnik, a w nim ścieżynka prowadząca do ławeczki, a z niej widać był taki widok! I chciałem tam zdjęcie. A tu ani zagajnika, ani ławeczki. Pozostał widok. I zabłąkany obłoczek z mgły utknął nad jesiennym lasem. I tak było pięknie! Już słychać punkt! Najlepszą serwują herbatkę z sokiem, wypiłem kilka, dwie pomidorowe z ryżem, kilka ciasteczek, cola do flaska. Paweł siada i zmienia skarpetki. Widziałem w gorszym stanie jego stopy. Teraz widać, że zrobił ponad 47 km, ale zrobi i 103 więcej!!
Kibiców nie ma. Wracamy na szlak. Do lasu. Koło schroniska. I teraz powinno być najgorsze błoto, przez które się brnie, które się omija, a i tak ma się błoto ponad łydki (u Pawła powyżej kolana), a tu niespodzianka. Przeszliśmy suchymi stopami! I później las, szeroka ścieżka. Musimy nabrać sił, bo przed nami Magura (829m). Wtem! Coś zaszumiało wśród drzew, jakieś głosy, prawie krzyki. To Agnieszka, Jagódka, Idalia i Andrzej. Nie spotkaliśmy się na punkcie, bo poszli na grzyby, ale Aga usłyszała mój głos, dostrzegła róż na nogach! Dużo emocji! Kto by się spodziewał, że się uda odnaleźć w środku lasu. Jeszcze zdjęcie! I możemy się wspinać.
Góra wymagająca, na swoich pierwszych edycjach potrzebowałem robić postoje, odpocząć i złapać oddech. A teraz idziemy równiutko, wolniutko, ale cały czas ku górze! Na szczycie chałupka, kiedyś tam musiałem poleżeć, by odpocząć. A my ją mijamy niewzruszeni. Wzrusza nas widok, bo widać Tatry! I zaczyna się mój ulubiony etap, ostatnio byłem tu kilka tygodni temu w ramach Biegu Beskidnika, wtedy biegłem z Bartkiem. Uśmiecham się pod nosem, bo wszystko wydaje się znajome. Więcej liści pod nogami, a mniej na drzewach to jedyna różnica.
Pilnujemy siebie i jedzenia, i picia. Beskid Niski taki piękny!
Pilnujemy siebie i jedzenia, i picia. Beskid Niski taki piękny! A przed nami góruje Kolanin. Podejście wymagające, ale prawdziwym wyzwaniem będzie zejście. Na górze kolanka nie bolą. Zejście ze wzmożoną ostrożnością! Daliśmy radę! Bez szkód. Zatem śmigamy dalej. Następna stacja to Przełęcz Hałbowska, a tam będzie Danusia! Poznaliśmy się na Łemko, zawsze serdeczna, zawsze z uśmiechem i dobrym słowem. Bo według mnie wolontariat to taka misja, którą robią ludzie z ogromnym serduchem! Bo ja rozumiem wspierać najlepszych, szybkich. A oni czekają również na tych z końcówki, których boli, którym ciężko, którzy mają jeszcze daleko i bardziej pod górkę. Potrafią zmotywować. Zatroszczyć się i zaopiekować. A te bułki z Posmakuj to jakiś fenomen! „weźcie jeszcze po jednej na drogę” I jest bardzo miło. Wychodzimy bardziej uśmiechnięci! A zdjęcie!? Jeszcze zdjęcie! Dla zdjęcia jestem w stanie się wrócić. Z kolejnymi kilometrami jesteśmy sobie bliżsi. Rozumiemy przez co przechodzimy. Jesteśmy w tym razem.
Trudna górka, trudniejsze zejście. Otwiera się przestrzeń i widać „serduszko Beskidu”, krówki są spokojne, ale nie mają dzwoneczków u szyi. Kasia pokazuje na lewo i mówi, że tam Babia Góra. Mówię, że jestem tu dziesiąty raz, a pierwsze słyszę! Trzeba to zweryfikować. Dzwoni Maciek, ma się dobrze! Będzie podchodził na Cergową. Kibicujemy sobie nawzajem. On szybszy, a zadzwonił, ogromnie to było miłe! Zaraz będą Kąty. Odzyskamy naładowane czołówki. Artur wychodzi nam naprzeciw, robi kilka zdjęć, a to zawsze jest mile widziane. Debiutanci ogarniają sobie stópki. Ja ogarniam siebie. Ruszamy! Kiedyś na tym podejściu mnie dogrzało, kiedyś wątpiłem tu w siebie, a kiedyś gonił mnie dron i Jarek (operator drona) na rowerze. Kluczem naszego sukcesu jest równe tempo. Na otwartej przestrzeni nie wieje, słońca nas nie przegrzewa. Nadal wszystko gra. Wszystkie czynniki nam sprzyjają. Przed siebie! Dzwonię na chwilkę do Beaty. Dzwonię do Oskara. Kibicują. Są spokojni! Wzruszam się. Lekko się dłuży do Chyrowej. Przegadujemy sytuację. I postanawiamy, że się nie przebieramy. Damy przepak do auta supportu. Teraz przejmuje nas Adam. I będzie na kolejnych punktach.
Trzeba iść w drugą noc…
Gdy widzę punkt to mocno się wzruszam i płaczę. Słyszę dzwonki. Udało się jeszcze przed zmrokiem. Jemy z Pawłem pół zupy i pół makaronu, Kasia wybiera zupę. Przepakowanie. Zabieramy potrzebniejsze rzeczy. A przy sąsiednim stoliku wolontariusze z poprzedniego punktu zastanawiają się, który jestem rocznik skoro to moja 10. edycja. Po prostu szybko zacząłem, bo jakoś nie kręciło mi robienie życiówek na ulicznych maratonach. Wybrałem swoją niszę i jestem w niej rozpoznawalny. Cel osiągnięty. Jest miło, ale trzeba iść w drugą noc. Przyjemnie już było. Docierają do nas sygnały, o zwycięzcy zrobił tą samą trasę w 14,5h, my nie byliśmy nawet w połowie, i wiemy, że na mecie będziemy później niż w 30tej godzinie. Ale czy to ma na nas zły wpływ? Nie. Bo każdy tu przyjechał ze swoim celem i najważniejsze jest jego spełnienie.
Idziemy w noc. Odblaski wskazują nam drogę. Przez puste pastwisko, temperatura jeszcze nie spada. Wiatr się nie zerwał. Trochę zaczyna łapać nas senność. Za dużo bodźców. Wstępnie planujemy czy spać w Iwoniczu czy w Puławach. Oceniamy sytuację na bieżąco. Nadal w zgodzie! I to jest piękne!
Królowa Cergowa
Do Jana z Dukli, później przez drogę krajową. Jest i ona! Królowa Cergowa! Kiedyś nie była w humorze to w wietrze zrzucała gałęzie, kiedyś w deszczu, kiedyś w mgle takiej, że szedłem od drzewa do drzewa. A dziś dostojnie spokojna. Przyjęła nas jak Mona Lisa, z lekkim uśmiechem. Zmęczeni. Ale dochodzimy do kolejnych biegaczy, są bardziej zmęczeni od nas. Kto był ten wie jak zdradziecka to góra, gdyby wokół był ocean na pewno byłyby tu syreny, a nasza podróż by trwała latami. Jest suchutko. Pot na czole. Ale oddechy stabilne! I wtedy się dzieje rzecz niebywała. Zadzieram lekko głowę i widzę znajomą sylwetkę, głos też rozpoznaję. To Sebastian! Mam fun z tego, że przed szczytem go wyprzedzę! Zawsze miło mi się wyprzedza Sebastiana, a on jest wyrozumiały. Może się jeszcze spotkamy.
Cergowa, ale nie wchodzę na wieżę. Nie tym razem. Wszystkie zachwyty trzymam w sobie. Teraz na dół. I pamiętam jak byliśmy tu z Jemiołą. Jak obserwowaliśmy budowę wieży dla nietoperzy. Jak mi opowiadała o wszystkim, jak robiliśmy wspólne szczęśliwe kilometry. A dziś ona biegła z Ryśkiem 48 km i prosto z mety wrócili do Iwonicza, by na nas czekać.
Iwonicz. Aplauz. Wrzawa. To drużyna LoveLasa, uśmiechy, uściski!
Do asfaltu i długim asfaltem do Iwonicza. Czuć stopy, czuć zmęczenie. Długo już jesteśmy w drodze. Ale nie będziemy spać. Wcale nie zrobiło się chłodnij, nie będę zmieniał ciuchów. Jedynie uzupełnię zapas żeli, doleją mi izo, przyda się coś ciepłego i do plecaka dołożę grubszą kurteczkę. Taki jest plan. Asfalt nas męczy. Nie lubimy monotonii.
Iwonicz. Aplauz. Wrzawa. To drużyna LoveLasa, uśmiechy, uściski! Jest Jemioła. Od wielu edycji była na łączach, a na jubileusz zrobiła mi prezent, że pojawiła się osobiście, niestety jak to bywa w ferworze wrażeń zapomnieliśmy o najważniejszym nie mamy wspólnego zdjęcia. Ale przytuliła, doskonale wiedziała co powiedzieć, jak nas zmotywować, przyniosła kawę. Nie śpimy. Odliczamy ile jeszcze możemy tu pobyć. Paweł i Kasia po raz kolejny zmieniają skarpetki. Sudokrem, tejpy. Magiczne rytuały. Rozmowy. Śmiechy! Jesteśmy w dobrym miejscu z Przyjaciółmi. Nim wyszliśmy pojawił się Sebastian z pytaniem czy może iść dalej z nami! Lubimy Sebastiana. A jak nas będzie czworo to wtedy niedźwiedź nie będzie się w stanie zdecydować kogo zjeść i nas puści dalej.
Bo druga noc jest dłuższa, bardziej straszna. I najgorzej zostać samemu…
Bo druga noc jest dłuższa, bardziej straszna. I najgorzej zostać samemu, szczególnie gdyby nie było widać światełka ani przed sobą, ani za sobą. I trzasnęłaby jakaś gałąź, zabłysnęłyby jakieś oczy. Wtedy bym włączył muzyczkę na full i patrzył jedynie pod nogi. Ale jest nas czworo! Idziemy odważni prosto w las. To nie horror, nie będziemy się rozdzielać. Seba ciekawie opowiada, podpytuje. Jest dobrym towarzyszem. I robimy swoje. W dobrym tempie. Trochę sen nas łapie i puszcza. Warto rozmawiać. Uwaga na kamienie, nierówności. Rymanów już śpi, przechodzimy jak duchy. Później na cerkwisko. Kolejna łąka, na której nie wieje. Wspinamy się. Później do lasu i do Wisłoczka. Wyprzedza nas jakiś świeżak, co ty jadłeś? Spałem dwie godziny w Iwoniczu. Zazdrościmy. Nie możemy sobie na to pozwolić ani w Puławach ani nigdzie. Musimy iść, rozmawiać. Pilnować siebie nawzajem. W Wisłoczku jest ognisko, ciepła lemoniada. Przed nami asfalt i kolejny punkt.
W końcu jest! Dyniowa z ziemniaczkami w Puławach
Asfalt się nie dłuży tak bardzo, ale jest zbyt gładki, pamiętam jak był bardziej dziurawy, to lepiej się po nim chodziło. Senność. Daleko jeszcze? Punkt jakby się uparcie od nas oddalał.
W końcu jest! Dyniową, z ziemniaczkami i jeszcze raz. Kilka łyków kawy. Rozbudziło nas. Ale jest za cieplutko. Nie siedzimy aż tak długo. Wychodzimy razem. Na pastwiskach cisza. Bez wiatru. Cieplutko. Niekoniecznie to jest dobre. Senność nas chce uderzyć, zbyt często mrużymy oczy. Pawłem rzuciło raz, drugi. Kasia to zauważyła. Zgłosiła. Co możemy zrobić. Pamiętam, że tam niedaleko jest ławeczka, na niej usiądziemy. Ale czasem najtrudniej jest się zatrzymać, czasem lepiej ciągle iść. A tam czeka strome podejście. Siadam na ławce z Pawłem, a Kasia i Sebastian idą powolutku. Dajemy sobie 5 minut, a później się dogonimy, jeszcze przed szczytem. We dwóch gasimy czołówki. Patrzę w piękną noc. Paweł chyba zasnął. Czy pomogło? Wracamy na szlak. Widzimy dwa światełka przed nami, niedługo ich dogonimy. Paweł twierdzi, że jest lepiej. Już w komplecie. Seba wyciąga miętowe gumy do życia, bierzemy po jednej i to trochę działa! Idziemy dalej! Las nie straszy, nie huczy, żadnych zwierząt nie pamiętam. Rozmawiamy. Więc jest dobrze. Nadal! To niesamowite.
Znicze w lesie. To oznacza jedno Wilcze Budy
Znicze w lesie. To oznacza jedno Wilcze Budy. Wspaniali wolontariusze, zupka, herbatki, kromka chleba. Pawła męczy brzuch. Doszliśmy nocą. Ale siedząc na punkcie już zdejmujemy czołówki. Idzie świt. Czekamy na nowe siły.
Po konsultacji Sebastian postanawia przyspieszyć, życzymy powodzenia i obiecujemy, że będziemy go gonić. Robi się ciężko. Kasia walczy z bólem stóp i kolana. Paweł zmęczony i teraz czuje ucisk w brzuchu. Jedzenie przyjmuje, to dobrze, ale jednak boli, a nie powinno. A meta nadal jest daleko. Jeszcze nie możemy odpuścić, nie teraz! Piszę do Agnieszki. Bardzo przeżywam. Bo Paweł jest tu przeze mnie, nie mogę dopuścić, że coś mu się stanie! Boję się o niego. Trochę mnie uspokaja. Bardzo mnie uspokaja. Paweł zjadł mus. Przyjął się. Brzuch boli, ale jakby mniej.
Idziemy. Czekamy na zakręt w prawo, tylko że on się chowa przed nami. Wreszcie jest. Jest też Tokarnia. I tu mamy wschód słońca. Najpiękniejszy! Bo nasz wspólny. Nie daliśmy się nocy! Nie pokonały nas demony i nie porwała zła czarownica. Szczyt, powolna droga w dół. Widzę auta. Widzę maleńkich ludzi. Jesień na wzgórzach. Nie mogę powstrzymać łez. Zauważyli nas. Dzwonią dzwonkami. Płaczę coraz bardziej. Muszę się przytulić. Przepraszam śmierdzę. Te ciuchy ubrałem w piątek, a już jest niedziela. Kilka herbat, kilka rozmów, uśmiechy i serdeczność. Czekali na nas. Czekali całą noc. A my ledwo przytomni, śmierdzący. Ale wreszcie pojawia się myśl: „to się faktycznie uda!”. No i Tadek znowu ryczy.
Przybyszów zostawiamy za sobą. Teraz łąką do góry
Przybyszów zostawiamy za sobą. Teraz łąką do góry. I znowu w las. Przedostatni, ale nie lubię go, więc tylko jedno zdanie. Las niby spoko, ale mógłby się tak nie dłużyć.
Gdy wreszcie nas wypuścił. Zaczęła się łąka. To puściła tama łez. Tu chciałem być. Wahalowski Wierch (666m) już nad nami góruje. Idę przez łzy. Przeciekam. Szlocham. Spełniam marzenie. A ze mną są moi Przyjaciele! Też płaczą. Przy szczycie zamieszanie, bo najkrótszy dystans ma tam nawrotkę. Opieram się o tabliczkę z wysokością i płaczę. Krzyczę, że dziesiąty raz. I ryczę dalej. Idziemy. Paweł dostrzega fotografa. Znowu Bartek! Podnoszę rękę. Odmachuje. Chyba zrobi zdjęcie. Obym dobrze wyszedł, bo to MOJA DZIESIĄTA ŁEMKOWYNA 150KM.
Ostatni las. Zostało 5km. Wyjątkowo nie ma błota. Można iść główną ścieżką. Nic nie wciąga, nic nie chce zabrać buta. Emocje rosną. Maciek daje znać, że będzie czekał na mecie. Jeszcze trochę nam zejdzie z tym schodzeniem. Ale nie będziemy się przecież wracać. Idę i płaczę. Za pierwszym razem nie wierzyłem, że zaszedłem tak daleko. Nie mogłem w to uwierzyć, dlatego przyjechałem rok później. Nadal to było poza logiką. Każda kolejna edycja utwierdzała mnie, że to bardzo daleko, że ciężko, że trudno. A mimo to z takim uporem wracałem. Dlaczego? Może właśnie dla tego uczucia, że wierzę w siebie, że jestem silny, że robię to z miłością.
Teraz doszła duma z moich Towarzyszy! Nie spali, nie marudzili. Nie pokłóciliśmy się mimo odczuwanego bólu. To będzie najbardziej szczególne STO PIĘĆDZIESIĄT KILOMETRÓW!
A jaka była meta?! Chcecie wiedzieć?! To weźcie sobie chusteczki
A jaka była meta?! Chcecie wiedzieć?! To weźcie sobie chusteczki.
Las się przerzedza. Jest jakiś limit łez!? Ktoś to badał?! Idzie starsze małżeństwo. Podobało się w Krynicy? Wszędzie nam się podobało! To idźcie do Komańczy, czekają na was.
Znam te ścieżki doskonale, tylko raz tu byłem nocą. I kończy się las. I asfalt. I jesteśmy w komplecie. Obmyślamy szyk wpadnięcia na metę. Co jakiś czas się odwracam czy nikt nie chce nas wyprzedzić. Po swoje! Na metę! Po dzwonek!
Jadące auta zwalniają. Ktoś trąbi. Ktoś otwiera okno i dzwoni dzwonkiem. Krzyczą. Klaszczą. Spełniamy marzenie. Zbliżamy się do parkingu. Jakieś zamieszanie. Biegnie do nas Ewa z dzwonkiem. Przytula. Gratuluje. Mamy już blisko.
Artur z dzieciakami, z aparatem. Zaraz ostatnia prosta. Nie musimy biec. Dostojnie. Mijamy ludzi. Dzwonią nam dzwonkami. Gratulują. Ja w środku, Kasia po prawej, a Paweł po lewej. Słyszę głos ulubionego konferansjera. Przy bandach stoją ludzie z dzwonkami. Za chwilkę koniec. Jest już Maciek wyspany, Sebastian przebrany, są obiektywy, są przytulasy.
Jesteśmy i my Finisherzy Łemkowyny! We trójkę! To był zaszczyt z nimi biec. Dowieźliśmy.
Ja już wiem, że wrócę za rok, ale nie wiem czy mi się jeszcze kiedykolwiek trafi taka współpraca. Dziękuję każdemu kogo nie wymieniłem z imienia. Dziękuję, że jesteście!
Zdjęcie „otwarciowe”: Manuel Uribe Photography

