Sebastian Szotowicz: Ultrakotlina 140 km, czyli dokończyć nieukończone

Sebastian Szotowicz
11 min. czytania

W 2021 roku Sebastian Szotowicz musiał przerwać start na Ultrakotlinie 140 km po upadku i kontuzji. Pięć lat później wrócił na tę samą trasę, by dokończyć to, co wtedy zostało przerwane. W ramach projektu „Dokończyć nieukończone” zmierzył się z deszczem, błotem, zimnem i nocną mgłą, kończąc bieg w czasie 20:07:35 i zajmując 13. miejsce w klasyfikacji open.

Październik to miesiąc, w którym biegacze powoli myślą o zakończeniu sezonu i zasłużonym roztrenowaniu. Jednym z ostatnich jesiennych wyzwań jest zyskująca na popularności Ultrakotlina – impreza z trasami o długości od 15 do 140 km, sztafetami dla drużyn czteroosobowych oraz Małą Ultrakotliną dla najmłodszych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: od osób stawiających pierwsze kroki w trailu po najbardziej zaprawionych górskich wyjadaczy.

Moja historia z UltraKotliną zaczęła się w 2018 roku

Moja historia z tym biegiem zaczęła się w 2018 roku. Przyjechałem wówczas do Jakuszyc (skąd pierwotnie startowano), by w roli supportu wspierać kolegę. Trzy lata później, w 2021 roku, po udanym sezonie sam stanąłem na linii startu koronnego dystansu 140 km. Zakończyłem go niespodziewanie szybko. Zdecydowanie za szybko. Już na 16. kilometrze, w okolicach Przełęczy Karkonoskiej, zaliczyłem poważny upadek. Z urazem barku i kolana musiałem przedwcześnie zejść z trasy i pogodzić się z pierwszym w życiu DNF-em.

Długo leczyłem skutki kontuzji, ale jeszcze dłużej nie dawał mi spokoju sam fakt nieukończenia zawodów. Wówczas była to moja pierwsza, choć – jak się później okazało – nie ostatnia przedwczesna rezygnacja. Kolejne gorzkie lekcje pokory odebrałem na Julian Alps Trail Run w 2023 oraz na Ultra Trail Chianti Castles w 2025 roku.

Powrót na pętlę wokół Kotliny Jeleniogórskiej zacząłem małymi krokami. W 2023 roku wspólnie z Agnieszką Markiewicz, Piotrem Kamińskim i Leszkiem Winiarkiem wystartowaliśmy w Sztafecie Ultrakotliny, domykając trasę z czasem 15:33:30 i stając na najniższym stopniu podium. Kolejnym krokiem był solowy start na dystansie UK80 w 2025 roku, który ukończyłem na solidnym 15. miejscu z wynikiem 9:16:35.

W ubiegłym roku postanowiłem, że w nadchodzących sezonach zrealizuję projekt „Dokończyć nieukończone” – wrócę na trasy, na których zostawiłem otwarte rachunki. Projekt wystartował w marcu 2026 roku udanym powrotem do Włoch i odczarowaniem najświeższego niepowodzenia. Naturalnym kolejnym etapem było więc zamknięcie pętli wokół Kotliny Jeleniogórskiej na dystansie UK140.

Nie przyjechałem po rewanż na trasie. Przyjechałem dokończyć to, co zacząłem w 2021 roku

Start UltraKotlina 140 w Szklarskiej Porębie _ fot. Anita Suchocka Photography

Są trasy, które zostawiają ślad nie tylko w zmęczonych mięśniach, ale przede wszystkim głęboko w psychice. Kiedy po latach wracam na linię startu biegu, który kiedyś brutalnie zweryfikował moje plany, czuję w żołądku specyficzny niepokój. Ból rozbitego kolana i barku dawno minął, jednak echo tamtego upadku wciąż tkwiło w pamięci. Stając w chłodny, deszczowy październikowy poranek na starcie Ultrakotliny 140, wiedziałem jedno: nie przyjechałem po rewanż na trasie. Przyjechałem dokończyć to, co zacząłem w 2021 roku.

Punktualnie o 7:00 ze Skweru Radiowej Trójki w Szklarskiej Porębie ruszyła liczna grupa uczestników UK140 wraz z pierwszą zmianą Sztafety. Na pokonanie całej pętli wokół Kotliny Jeleniogórskiej organizatorzy wyznaczyli limit 30 godzin. Tym razem o wyniku decydował nie tylko dystans, ale też trudne warunki: przy tak długim biegu źle dobrana odzież potrafi szybko przerodzić się w poważny problem.

Plan i pogoda

Fot. Andrzej Wojciechowskiej fotografia biegowa

Założyłem, że trasę uda mi się pokonać w około 21 godzin. Podczas biegu nigdy nie wybiegam myślami do samej mety. Długi dystans zawsze dzielę na mniejsze etapy. Te najmniejsze to punkty odżywcze, których na trasie było dziewięć. Większe wyznaczały kolejne pasma górskie: Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie i Góry Izerskie. Dzięki temu głowa pracuje wyłącznie nad najbliższymi kilometrami, a nie nad dystansem, który wciąż pozostaje do pokonania.

Pogoda od początku nie pozostawiała złudzeń. Na całej trasie dominowało mokre, błotniste podłoże, które skutecznie odbierało siły. Zdecydowałem się biec w długich spodniach, ciepłej bluzie z długim rękawem, wiatro i wodoszczelnej kurtce. W plecaku miałem dodatkowo grubszą warstwę docieplającą, zimową czapkę, komin i dwie pary rękawiczek.

Karkonosze i 16. kilometr

Sebastian Szotowicz na trasie UltraKotlina 140 _ fot. Anita Suchocka Photography

Przez całe Karkonosze padał deszcz, a zimny wiatr mocno wychładzał na odsłoniętych odcinkach. Mijając miejsce, w którym w 2021 roku zakończył się mój start, zachowałem maksymalne skupienie, żeby nie powtórzyć tamtego błędu. Jednocześnie zastanawiałem się, jak w ogóle mogło dojść do tamtego wypadku. Co sprawiło, że rozpędzony na łatwym technicznie zbiegu nagle przewróciłem się i koziołkowałem? Nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie. Po zbiegu do Karpacza opady ustąpiły, ale niewiele to zmieniło: przy wysokiej wilgotności powietrza przemoczona odzież w ogóle nie schła na ciele.

Kryzys i przepak

Sebastian Szotowicz _ Schronisko Szwajcarka

Głowa ani przez ułamek sekundy nie dopuszczała myśli o zejściu z trasy. „Nie po to trenowałem tyle miesięcy, żeby teraz kalkulować” – powtarzałem sobie w duchu. Jednak ciało w okolicach 50. kilometra wystawiło bezlitosny rachunek. Zbiegi, które od zawsze są moją słabszą stroną, tym razem zamieniły się w prawdziwą próbę charakteru. Każde uderzenie stóp o podłoże wbijało się prosto w mięśnie czworogłowe. Nogi paliły żywym ogniem, a próby utrzymania płynnego kroku kończyły się asekuracyjnym hamowaniem. Zamiast puszczać krok i nadrabiać sekundy w dół, walczyłem o każdy metr, zaciskając zęby, by nie przejść do bezradnego marszu. W głowie kołatała się tylko jedna myśl: byle do Szwajcarki.

Upragniony ratunek nadszedł na 62. kilometrze. Przepak przy Schronisku Szwajcarka okazał się zbawienną przystanią. Zrzucenie z nóg oblepionych błotem, mokrych butów oraz wklejonych w skórę skarpet przyniosło natychmiastową ulgę. Chwila oddechu, łyk gorącego płynu i ten bezcenny moment: założenie świeżego, idealnie suchego zestawu na stopy. To niesamowite, jak prosta zmiana sprzętu potrafi zresetować psychikę. Wstałem z ławki, zrobiłem kilka dynamicznych kroków i poczułem się tak, jakbym dopiero zaczynał zawody. Czwórki nadal pulsowały tępym bólem, ale głowa dostała potężny zastrzyk nowej energii.

31 żeli na 140 km, czyli co jadłem na trasie

Bardzo rzadko miewam żołądkowe kłopoty na zawodach, a tym razem układ trawienny pracował jak w szwajcarskim zegarku. W trakcie biegu zjadłem w równomiernych odstępach 31 żeli, około pięciu bananów na punktach, cztery miski zupy i jednego ogórka kiszonego, co zapewniło średnio około 80 gramów węglowodanów na każdą godzinę wysiłku. Do picia miałem własny, sprawdzony izotonik oraz napoje serwowane przez organizatora. Po zmierzchu podstawą stała się ciepła herbata.

Noc w Górach Izerskich

Sporą trudnością okazały się Góry Izerskie, w które wbiegłem już po zmroku. Było zimno, wilgotno i mgliście. Gęsta mgła sprawiała, że światło czołówki odbijało się od zawieszonej w powietrzu wilgoci, ograniczając widoczność niemal do zera. Szlaku wprawdzie nie zgubiłem, ale bez przerwy kontrolowałem track na zegarku, upewniając się, że trzymam właściwy kierunek. Widoczność była miejscami tak znikoma, że traciłem orientację w rejonach, które doskonale znam. Nie poznałem nawet Zakrętu Śmierci – dopiero stojący tam wolontariusze i kibice uświadomili mi, gdzie się znajduję. W pewnym momencie miałem nawet wrażenie, że Wysoki Kamień mijam po raz drugi.

Na trasie był czas, by zamienić parę słów z kilkoma biegaczami i wymienić uwagi o trudach trasy. Szczególnie zapamiętałem Kubę z Mazowsza, biegnącego z charakterystyczną maskotką przypiętą do plecaka. Mijaliśmy się wielokrotnie od wczesnego etapu trasy. Za każdym razem, gdy go dochodziłem na podejściach, a zaczynał się zbieg, błyskawicznie uciekał mi z pola widzenia. Ta wzajemna pogoń trwała właściwie aż do samej mety.

Ostatnie kilometry i meta

Końcówka trasy to mozolne podejście na Przedział – szczyt, w pobliżu którego leżą Owcze Skały – oraz wymagający zbieg dawnym torem saneczkowym. To był najtrudniejszy technicznie fragment całego biegu: woda sięgająca powyżej cholewki, gęste błoto próbujące zassać buty, śliskie gałęzie i zdradliwe korzenie. Każdy krok był walką o to, by uniknąć upadku lub skręcenia stawu skokowego. Na ten odcinek specjalnie zachowałem świeży akumulator do czołówki. Tuż przed podejściem wymieniłem baterię i odpaliłem pełną moc 1200 lumenów. Fragment, na którym wszystko mogło się posypać, pokonałem bez choćby jednego potknięcia. Zbieg, który kiedyś mnie pokonał, i ten, który zamknął pętlę, dzieli pięć lat biegowych doświadczeń, ale łączy jedna zasada: nie wolno tracić czujności ani na ułamek sekundy.

Mijając Wodospad Kamieńczyka, czułem już czystą euforię z domknięcia pętli wokół Kotliny, choć czekało mnie jeszcze około 2,5 km zbiegu do centrum miasta. Linię mety na Skwerze Radiowej Trójki przekroczyłem o 3:07 w nocy z czasem 20:07:35 – niemal godzinę szybciej niż zakładałem w planie. Przywitali mnie koledzy z TT Szczecin. Ten wynik dał mi 13. miejsce w klasyfikacji Open.

Domknięcie projektu

Kiedy emocje po przekroczeniu mety w Szklarskiej Porębie opadły, dotarło do mnie, że wraz z ostatnim krokiem zamknąłem znacznie większy rozdział, niż zakładałem. Trasa, która pięć lat temu brutalnie mnie zatrzymała, tym razem pozwoliła się pokonać na własnych warunkach. Z listy trzech wielkich DNF-ów, które nie dawały mi spokoju, skreśliłem już dwa. Został tylko jeden zaległy dług – Julian Alps Trail Run w Słowenii. Tamten start z 2023 roku wciąż przypomina mi o granicach, na które wówczas natrafiłem. Projekt „Dokończyć nieukończone” nigdy nie był jednak pogonią za rewanżem czy próbą udowodnienia czegokolwiek górom. To proces uczenia się na własnych błędach, budowania cierpliwości i wyciągania wniosków. Do Kranjskiej Gory wrócę bogatszy o kolejne doświadczenia. 

Sebastian Szotowicz na mecie UltraKotlina w Szklarskiej Porębie

Udostępnij ten artykuł