„Nie wierz profilowi trasy i filmom promocyjnym” – relacja Michała Drozda z Lofoten Ultra Trail

8 min. czytania

Bagna, śliskie skały, techniczne granie i fiordy, które zapierają dech w piersiach. Lofoten Ultra-Trail w Norwegii okazał się dla mnie zupełnie innym biegiem, niż sugerowały profil trasy i materiały promocyjne. – „Nie wierz profilowi i nie wierz filmikom z poprzednich edycji” – powiedziałem po ukończeniu 100-milowej trasy. Przeczytajcie, jak było. Podrzucam też kilka praktycznych informacji.

To był bieg zupełnie inny, niż się spodziewałem. I mam po nim dwa wnioski: nie wierz profilowi trasy i nie wierz filmikom promującym poprzednie edycje. Na materiałach widać piękne widoki i uśmiechniętych biegaczy. Jest może dwusekundowe ujęcie, na którym ktoś wpada do bagna. W rzeczywistości takich bagien było mnóstwo – praktycznie co chwilę trzeba było walczyć o każdy krok.

Jeśli ktoś szuka niezapomnianej przygody w magicznym miejscu, to zdecydowanie ją tutaj znajdzie. Trzeba jednak pamiętać, że ta przygoda oznacza również zmaganie się z terenem – nawet na pozornie płaskich odcinkach można zapaść się w błocie po uda.

Z praktycznych wskazówek? Nie polecałbym tego biegu jako pierwszych 100 mil. Raczej jako… ostatnie. 

Ukończyłem cały dystans, choć początkowo moje założenia czasowe okazały się zupełnie nierealne. Tym bardziej cieszę się, że dołożyłem do swojego dorobku kolejną ukończoną 100-milówkę – i to w naprawdę pięknych okolicznościach przyrody.

Jaka jest trasa Lofoten Ultra-Trail?

Bardzo, bardzo urozmaicona, ale od razu muszę zaznaczyć, że lokalesi i bywalcy twierdzili, że to były jedne z najtrudniejszych warunków dotychczas. Było bardzo dużo błota i trzęsawisk. Właściwie przez cały bieg. Gdyby nie to, skala trudności byłaby na pewno mniejsza. Dużo mniejsza. Ale do rzeczy – no więc jest dużo błota i bagien – to jednak było zasadniczo inne błoto niż w Łemko, bo miękkie i zapadające się. 

Oprócz tego masa kamulców rozmiaru różnego – od normalnych, za to stojących na sztorc, po wielkie jak samochody, po których biegnie trasa bez żadnej ścieżki. Dobrze się czuć w takich warunkach i mieć pewność na śliskiej skale. Są też odcinki eksponowane, również z lepiej lub gorzej widoczną ścieżką. No i jest naprawdę sporo długich asfaltów.

W jakich butach biegłem?

Biegłem w kompletnie niszowych butach VJ Ultra 3, fińskiej marki, u nas kompletnie nieznanej. Solidny, dość głęboki bieżnik (oczywiście nie taki jak w Talonach czy mudclawach, ale to na asfaltach by się nie sprawdziło) i genialny materiał – najlepiej trzymający na skale (mokrej) but, w jakim biegałem. 

Na ostatni odcinek 50 km zmieniłem na Hoki Mafate Speed, żeby czysty but przez chwilę mieć;) Skarpetki zmieniałem na każdym przepaku (były 2) – biegam w Todo Running raidach. Na pierwszym przepaku Pani z obsługi jak mnie zobaczyła, to przyniosła mi miskę z gorącą wodą i ściereczkę – to było boskie, nogi jak nowonarodzone. Pierwsze 40 km było terenowo najtrudniejsze – trasa ginęła w bagnach, dużo technicznych fragmentów, biegu na rympał.

Punkty żywieniowe na trasie Lofoten Ultra-Trail w Norwegii

Punkty żywieniowe są często (9 punktów), są wyposażone ok. Na większości była zupa warzywna z makaronem, standardowego przekąski i picie. Bez rewelacji, ale też nie ma się do czego przyczepić. Jedyne co, to jeśli ktoś lubi herbatę (ja;)), to może być problem np. na jednym punkcie mieli herbatę w szczurach, ale w trzech termosach była kawa i nie było czym zalać;). 

Na jednym punkcie było klimatycznie, bo było ognisko z kociołkiem – ubrane w tradycyjne stroje kobiet wikingów (albo takie to miało być) Panie warzył zupę z jagnięciną i piekły pyszne placki.

Jak się biega w Norwegii?

To mój drugi bieg w Norwegii. od polskich biegów różnią się nie tylko terenem (połączenie Tatr poza szlakiem z Łemko;), ale podejściem Norwegów. Mam wrażenie, że jest ono podobne do ich podejścia do wychowania dzieci – let them play outside;)

Co mam na myśli? Przed biegiem była odprawa, w trakcie której dwóch biegaczy z dużą liczbą startów w biegu (i trochę mniejszą liczbą met) przechodziło przez całą trasę. Było to fajne, trochę w konwencji stand-upu, ale… kilka elementów zwróciło moją uwagę.

„Tutaj będzie biegli, hehe, po takich dużych kamieniach, one mogą być śliskie. Uważajcie na siebie, bo dwa lata temu złamałem tam żebra po upadku”.

„No to lecimy dalej z trasą. Nie czekaj. Tu jest taki trochę bardziej techniczny teren, może być ślisko. W zeszły roku dwa razy helikopter zawodników stamtąd zabierał ze złamaniami.” „A tutaj będziecie biegi skalistą granią. Dobrze by było, gdybyście nie spadli”

To wszystko były takie heheszki, ale się okazało, że nie żartowali i teren naprawdę był miejscami wymagający i bez żadnych zabezpieczeń. A to w połączeniu z oszczędnym oznakowaniem trasy rodziło zabawne sytuacje – np. od dłuższego czasu poruszałem się trawersem stromego zbocza nad samym morzem. W pewnym momencie dotarłem do płyty skalnej z rysą, szerokości takiej, że kawałek podeszwy się mieścił, całej mokrej. Popatrzyłem do przodu – w oddali było widać chorągiewkę trasy, więc zacząłem próbować przejść. No nie wyglądało to ciekawie, bo szczelina była wąska, a poniżej było kilkanaście metrów urwiska i morze z kamulcami. Jeszcze raz się rozejrzałem i okazało się, że trasa szła w górę, tylko było to słabo oznaczone. Oprócz mnie kilka osób, z którymi rozmawiałem też się na to nacięło. W innym miejscu był praktycznie pionowy 5-metrowy komin, bez żadnego ubezpieczenia. Itp. itd. Nudy nie było.

Komu polecam start w Lofoten Ultra Trail?

Polecam bieg ludziom, którzy lubią przygody, dziką przyrodę, piękne tereny i niekoniecznie chcą każdym startem podnosić indeks ITRA:) Przyda się jednak pewne doświadczenie w trudnym terenie, bo bez sensu byłoby lecieć na Lofoty i skończyć na pierwszy cut-offie po 47 km… Inną opcją jest start w 50 milach – też jest co robić 🙂

Jak dojechać na bieg w Norwegii i ile to kosztuje

Przelot z Polski jest bezproblemowy – do Solvaer z dwoma przesiadkami doleciałem z Okęcia w 6h za 1400 PLN z pełnym bagażem – wielką walizą, kabinówką i plecakiem.

Na miejscu tanio nie jest, ale da się przeżyć. Pierwszy nocleg miałem sam, w hotelu za 320 zł ze śniadaniem. Potem była nas czwórka w pięknym apartamencie na brzegu zatoki, wyszło 700 zł za 3 dni.

Transport na sam start zajmuje trochę czasu, bo najpierw 1,5-2 h autokarem, potem przerwa w Reine (tutaj można sobie strzelić kawkę) i rejs stateczkiem na start. Wyjechaliśmy 7.30 start był o 12. Warto wziąć ciepłe ubranie i coś do jedzenia

Udostępnij ten artykuł